Niewiele osób wie jak trudno było mi podjąć decyzję o puszczeniu chłopców do przedszkola. Dokładnie tyle samo wie jak jest to ciężkie w praktyce o 6 rano, gdy nieprzytomne dziecięce głowy mówią bez ogródek co myślą o wyjściu do tego przybytku. Chodzą od ostatniego poniedziałku.

Wyrzuty sumienia się stopniowo zmniejszały – najpierw jak dotarło do mnie, że jestem czynnym nauczycielem, którego w każdej chwili można zaprosić na zastępstwo. Wczoraj znikły całkowicie.

Normalnie po 3 dniach pracy tylko z jednym dzieckiem NIE WIEM jak to się stało, że ja funkcjonowałam i udawało mi się coś wartościowego przekazać szkolnym dzieciom. Wczoraj ze względów logistycznych chłopcy pozostali w domu. Były planowane 3 lekcje i już podczas pierwszej zaczęło się robić „ciekawie”. Podczas drugiej było nieziemsko ciężko (tym razem nie w 6c). Oczywiście Trzecia również ma duży talent do przeszkadzania. Jednak jakoś łatwiej z jednym dzieckiem.

Dziś prowadziła mnie do kuchni (pchała i wydawała głośne dźwięki jeśli nie szłam) i pokazywała na coś. Okazało się, że chce zjeść sernik na zimno – tylko, że on jest w proszku niegotowy. Jest dwulatkiem więc wie lepiej. Ona chce i koniec!

Dziś rano dałam jej ubranie. Oczywiście obraziła się, bo nie te. Złożyłam ubranie położyłam na półkę i zaprosiłam ją do wybrania sobie ciuszków. Oczywiście wybrała dokładnie to samo co dałam jej wcześniej. I tak 😉 zaczęła powoli mówić 🙂 tylko nie wtedy gdy jest to najbardziej potrzebne do zrozumienia o co jej chodzi.

Dzień Mamy 2020

Doświadczyłam wczoraj mieszanych uczuć. Pierwszy w wyjściowych spodniach (to znaczy takich bez dziur i nie za krótkich – czekam na dostawę z allegro) biegał po świeżo zmoczonej ziemi. Wybierał co ładniejsze kwiatki z ogródka babci (oczywiście depcząc te, które mu w tym przeszkadzały, a nie uznał ich jeszcze za kwiatki). Wycinał młode pędy winogron (te które są ważne dla tatusia) i wkładał do przygotowanego przez siebie słoika po ogórkach (rocznik 2018).


To wszystko z okazji Dnia Mamy, żebym czuła się szczęśliwa. Twierdzi, że dodawanie codziennie do wody półtorej łyżki cukru nie da im umrzeć NIGDY (mamo, nie znasz się- ja czytałem).


Zdjęcie zrobiłam na tle naszej ściany. Gdyby nie było dzieci, miałaby mniej ciemnych śladów, zwłaszcza tuż przy włącznikach światła.


Drugi natomiast wczoraj wpadł w czarną rozpacz, bo wydawało mu się, że jest nam niepotrzebny i go oddamy. Wtedy przytuliła go z czułością do siebie młodsza siostra. Głaszcząc po policzkach mówiła „jus jus” kojącym i ciepłym głosem. Cała czułość trwała do czasu, aż próbując go uspokoić nie oparła mu się na klatce piersiowej i wolał już przestać płakać, byle pocieszanie swoje zakończyła. Jednak oddech jest ważniejszy. Mówił „już mnie nie pocieszaj! Proszę!”.


I tu czuję, że powinnam napisać jakieś mądre podsumowanie. Jednak pozostawienie niedomówień jest we mnie silniejsze. 🙂

Zdalne nauczanie w praktyce

#zdalnenauczanie #nieuczesananauczycielka

Na jednej z grup „mamowych”, został stworzony post  na temat śmiesznych wydarzeń związanych ze zdalnym nauczaniem. W moim wypadku – jeśli nie ma jakiegoś śmiesznego wydarzenia, to znaczy, że mam problemu ze sprzętem.

Obok siebie staram się mieć tabelkę z zagadnieniami z podstawy programowej, żeby mnie zbytnio w opowieści nie poniosło. Przydają się też po jakiejś domowej atrakcji, żebym dała radę wrócić do tematu.

Był taki czas, że co zajęcia z klasą 6c (naprawdę było to aż niesamowite) to wokół mnie zaczynał się armageddon. Za pierwszym razem Trzecia jak wpadła w histerię – tak nic nie pomagało. Nawet przytulenie itp. itd. Za to następnym razem początek jakoś szedł, do momentu, gdy w pokoju nie zaczął się konflikt. Był na tyle ostry, że musiałam przerwać lekcję (wyłączyć kamerę i mikrofon) wręczyć ścierkę do wytarcia podłogi (Drugi powiedział, że podłogi MI wycierać nie będzie!) i rozstawić po kątach – chodziło o utrzymanie dystansu. Poprostu polanie brata wodą było za mało ekspresyjne, a pod ręką były drewniane tory z których zaczęli korzystać.

Zdarzyły już się rady od uczniów – co mogę zrobić, aby dzieci nam nie przeszkadzały. Jednym z pomysłów było zamknięcie mnie samej w łazience (nie wiedzą, że matki w łazience nigdy nie bywają same). Ewentualnie dzieciaki mogłabym tam zamknąć ;). Kolejny pomysł to zamknięcie w piwnicy – ale tylko dzieci, bo może mi tam wi-fi nie działać.

Zdarzało się, że gdy tylko zaczynałam zajęcia, nagle okazywało się, że muszę  natychmiast! wyciągnąć rowerek, leżaczek, dać mleka (również z piersi), zrobić kanapkę oraz poprostu przytulić. Oczywiście żal z powodu nie zaspokojenia potrzeby natychmiast był bardzo głośny i ekspresyjny. Tuż przed zaczęciem i tuż po zakończeniu lekcji dzieci nigdy nic ode mnie nie chcą. Mogłabym nie istnieć.

Zdarzało się, że podczas lekcji Trzecia korzystała z toalety 🙂 i trzeba było ją ogarnąć (spokojnie! Wyłączam wtedy i kamerę i mikrofon, bo z powodów sprzętowych lekcje mogę prowadzić tylko na komórce).

Dość częste są dziecięce próby zwrócenia na siebie uwagi i  przybieganie do pokoju po to, aby pochwalić się elokwencją skupioną na tematach tylnej części ciała itp.

Był też taki czas, że Drugi przychodził powiedzieć „nie słuchajcie mojej mamy” ;). A jak miałam przyjemność mieć poważną rozmowę z jednym z uczniów, mocno kibicował mówiąc „nie dawaj się mojej mamie!”

Wielokrotnie wyłączałam kamerę, ponieważ na plecach miałam dwójkę lub trójkę dzieci (z jednym na plecach dobór radzę). Zdarzało mi się prowadzić rowerek na górkę i opowiadać o Konfliktach XX w. W środę uzupełniłam wiedzę wszystkim okolicznym sąsiadom. Powinni wiedzieć najważniejsze rzeczy o Władysławie Jagielle oraz bitwie pod Grunwaldem. Poznali również troszkę ciekawostek. Jak nie zapamiętali to zrobię im powtórkę we wtorek. Bo gdzie Trzecia – tam ja, ponieważ nie można jej samej zostawić.

A najlepsze jest to, że w klasie 4 jak tylko zaczynam lekcję, pojawia się pytanie „A pani dzieci dziś będą? My bardzo lubimy z panią lekcje – są takie wesołe”.

Suchy chleb

Jak się okazuje – nie wszystkie kontrole chirurgiczne są teleporadami. Aby zakończyć leczenie złamanego palca udaliśmy się na kontrolę do lekarza z Trzecią. Pani doktor nawet go dotknęła, bo na RTG nic nie wyszło, bo młoda ruszyła palcem.

Z chłopcami została mama mojego małżonka. Po powrocie usłyszałam taką rozmowę:
Pierwszy – Babciu! Jesteś okropna i twoja komórka jest beznadziejna
Babcia – No cóż…
Pierwszy – I teraz zobaczysz! Będziemy cię gościć suchym chlebem!

No cóż 🙂 babcia nie daje sobie wejść na głowę. A na hasło komputer zaproponowała grę na swojej komórce – starej ale jarej – bezdotykowej. Niestety musi ten suchy chleb sobie zorganizować sama, bo głodomory wszystko wyjadają (szkoda że nie wcześniej niż o 22).
Ale spokojnie, jak emocje opadł,  jak po wielkiej bitwie kurz, Pierwszy przyszedł babcię przeprosić, że przesadził.

Pulpety

W czwartek Drugi zamówił na obiad pulpety w sosie pomidorowym. Zamówił je również na piątek ;). Udało mi się przekonać go do paluszków rybnych w piątek i pulpetów dopiero w sobotę.
W niedzielę miałobyć tradycyjne wiosenne niedzielne danie – ziemniaki, sałata ze śmietaną i kotlet.

Sobota – zrobiłam potężna ilość ulubionych pulpetów. Daję młodemu na spróbowanie.
Drugi – Przepyszne mamusiu! Jeszcze takich pysznych nie zrobiłaś!
Ja – No to proszę jeszcze jednego Ci dam.
Drugi – Mamusiu zostaw na później, już nie muszę próbować.

Okazało się, że ostatnio miałam wrażenie, że nie dosalam. Tym razem była to sól z dodatkiem mięsa.

Dziś z resztki soli z mięsem tworzę sos z pomidorami, pieczarkami i kolejnym już nie solonym mięsem ;). Do tego makaron spaghetti. Niedzielny obiad będzie jutro 😉

Nocna troska

Nie miałam bardziej pasującego zdjęcia. Chillout Drugiego i Trzeciej dobrze będzie obrazował ten dialog o odpoczynku. Zresztą chwilę wcześniej Drugi nie chciał siostry wpuścić na leżaczek a później już się pokłócili. Taka dynamika – 7a miała przyjemność uczestniczyć w tych kłótniach „na żywo”.

Drugi – Mamusiu, powiedziałbym Ci coś, ale pewnie się zezłościsz.
Ja – Tak? Powiedz – może jednak się nie zezłoszczę.
Drugi – Mamusiu, bo ja jestem głodny. (Była już prawie 22 a jadł kilkanaście minut wcześniej)
Ja – Ech (kierując się w stronę lodówki)
Drugi – No wiedziałem, że się wkurzysz.
Ja – Idę robić Ci kanapkę, nie złoszczę się.
Drugi – No to już nie musisz. Może sobie posiedzisz i odpoczniesz jednak?

No rozwalił moje serce. Z przyjemnością zrobiłam mu kanapkę. Wracam i rozmów rodzinnych ciąg dalszy:
Drugi – Dziękuję mamusiu, jesteś cudowna!
Pierwszy – A moja kanapka to gdzie!?!?!?
Ja – Nie wiedziałam, że chcesz.
Pierwszy – No to chcę. Zrobisz mi?

Poszłam i zrobiłam (kanapki dla Drugiego są prostsze w robieniu, bo on je chleb z wędlina bez masła, a Pierwszy lubi dużo masła, rzeżuchę, pomidorki, serek i wędlinę).
Ja – Proszę synku.
Pierwszy – Dziękuję. Jesteś kochana.

Jest po 22 zastanawiam się czy jeszcze zgłodnieją czy już nie.

Matczyne hobby

Tyle było pomysłów na notkę, ale dobę mam zbyt krótką. A najgorsze co mi we wszystkim przeszkadza to spanie! Szkoda, że nie można się regenerować pracując! Wszak lubię swoją pracę.

A tak na serio – uczę się tego, że mam prawo odpocząć. Mam prawo poczytać książkę. Mam prawo nie odbierać wiadomości od uczniów w środku weekendu (za kilka godzin nadal będzie tam ta sama informacja). Brak odpoczynku może spowodować, że przestanę lubić tę moją pracę.

Pamiętam taką chwilę w moim matczynym życiu, gdy po kłótni z mężem, że nie mam czasu na swoje przyjemności, musiałam sobie przypomnieć co lubię. No tak – bo nagle moją przyjemnością i nowym hobby stało się wycieranie brudnej pupy i ekstremalne funkcjonowanie po 1h snu i po 1h karmienia piersią (i tak całą noc przez pół roku). Zresztą rozmowy z kimś kto mi nie przerywa miały swój urok.

Co jakiś czas muszę się zatrzymać i przypomnieć sobie co lubię i co sprawia mi przyjemność. Oczywiście zmywanie w ciszy jest pewnego rodzaju relaksem, ale jednak nie chciałabym aby to była jedyna przyjemność „dla mnie”. Zatrzymanie się przy książce to jest to co lubię. Zauważyłam, że świat się nie zawalił, gdy siadłam z kawą i przeczytałam rozdział książki. Oczywiście Drugi koniecznie w tej sekundzie chciał ze mną iść na rower. Gdy usłyszał „za chwilę” obraził się, tupnął nogą i wychodząc znacząco trzasnął drzwiami. Jednak to nie sprawiło, że zatrzęsła się ziemia, ani nie wylądował z tego powodu w szpitalu.

Jak wsiadłam na rower i wyszłam z domu na 15 minut nie reagując na krzyki „mamo ja muszę z Tobą” również niebo nie spadło nikomu na głowę. Żal dzieciom przeszedł równie szybko jak się zaczął. Nie zaobserwowałam stałych zmian w dziecięcym zachowaniu. Tatuś jak się okazuje – dopilnował trzódki – nikt sobie nic nie zrobił ani rodzeństwu. Ilość naczyń pozostała ta sama, sól w dozownikach również miała ten sam poziom.

Ja wiem, że tak powinno być, to zdrowe. Pewnie zaraz będzie kilka komentarzy, że właśnie tak powinnam robić. Tylko piszę uczciwie, że różnie z tym czasem dla mnie bywa i przypuszczam, że nie tylko ja mam świetnie opanowaną teorię. Tylko czasem jak się obejrzę za siebie widzę, że niekoniecznie funkcjonujemy jako rodzina tak jakbym chciała i jak potrzebuję ja. Bo matka też człowiek.

Próbuje to zmienić, chociaż częściej mi to nie wychodzi niż wychodzi, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano.

Aby zobaczyć…

W ostatnim czasie było mi bardzo ciężko. Widziałam na stronie przedszkola te ćwiczone literki, wykonywane zadania i czułam się jak tragiczna matka. Niby wiem, że nie tylko moje dzieci niewiele robią, ale jednak co zdjęcie na Facebooku to miałam poczucie, że tylko ja nie ogarniam. Tak bardzo mocno chciałam, żeby to nie był czas stracony dla moich dzieci.

Skorzystałam nawet z rozmowy z Kasią z Przystanek Relacja Katarzyna Kalinowska.  Kasia jest psychologiem dziecięcym i aktualnie oprócz standardowych konsultacjiz oferuje nieodpłatne wsparcie dla rodziców pracujących w oświacie lub służbie zdrowia. Ta rozmowa była mi bardzo potrzebna. Przede wszystkim dotarło do mnie, że nie muszę robić 300% normy i jak troszkę zwolnię to „niebo nie spadnie nam na głowy”.

Wracając jednak do moich dzieci. Kasia powiedziała, że wszystko z nimi w porządku. Piszczenie, bitwy oraz skakanie po ścianach w aktualnych warunkach jest normalne. Ale jak to normalne? Widzę w internecie miliard zdjęć dokonań dzieci – plastycznych, muzycznych i kaligraficznych. A dla mnie chwila chwały to ta, kiedy nie piszczą i się nie biją (Trzecia ostro korzysta ze swojej nowej broni – ortezy palca).

Wiecie co usłyszałam od Kasi? Że przecież nie wiem jak jest w innych domach. Może być tak, że to są całodzienne sukcesy. Nie wiem czy rodzice pracują zdalnie w tym samym czasie. Nie wiem co lubią ich dzieci. Po prostu zaczęłam się porównywać nie zdając sobie z tego sprawy. Zwłaszcza, że nie znam sytuacji.

Tak bardzo czekałam na literki, szlaczki, obrazki i wykonywanie zadań z przedszkola, że przestałam widzieć to co mam. Przestałam widzieć, że chłopcy starają się opiekować siostrą i przytulają ją wtedy, gdy jej smutno (oczywiście musi im się chcieć). Przestałam cieszyć się z nowych projektów LEGO Pierwszego. Przestałam cieszyć się z rozrzuconych kołder na podłodze Drugiego, które miały być bazą albo siatką na ryby. Przestałam widzieć, że Trzecia sama wchodzi na bujanego konika i cały czas próbuje opowiadać, gdzie prawdziwy koń jadł u nas trawę dwa tygodnie temu.

Dziś, po dwóch tygodniach od rozmowy z Kasią, przestałam się martwić tym bałaganem, który bez względu na to ile zrobię w ciągu dnia i tak mnie zasypuje.

Po pierwsze wyszłam z domu nie patrząc jak Pierwszy robi eksperymenty fizyczne (bardzo lubi oglądać Alchemika). Tworzył zieloną wodę przy pomocy zielonej bibuły. Przy okazji zrobił jezioro w pokoju (ale przecież wodę można wytrzeć). Jednak w końcu zauważyłam, ile on się nauczył różnych rzeczy, innych niż ja zaplanowalam. Mój syn zrobił zielona wodę i powiedział „mamo tak działa fizyka” – już jest lepszy niż matka po 5 latach próbowania pojąć podstaw fizyki.

Drugi dziś postanowił przełamać swój lęk i spróbować jeździć bez bocznych kółek. On po prostu pojechał. Musiał przełamać strach. Ja jestem z niego dumna i bawiliśmy się najzwyczajniej w świecie świetnie. To, że pranie wywiesiłam godzinę później, jakoś wybitnie mu nie zaszkodziło.

Trzecia natomiast urosła – zakłada szybko buty i wychodzi z domu kiedy chce i wraca kiedy chce. Jeszcze jak ktoś jest na podwórku, to może sobie tak chodzić, ale często nikogo tam nie ma. Oj będzie dom zamykany na klucz – nie ma innej możliwości.

A chwaliłam się, że zaplanowałam akcje odpieluchowanie opiekunom, kiedy ja będę w pracy? Zawsze tak planowałam i za każdym razem jednak trafiało na mnie. Tylko, że tym razem było najmniej śmierdząco, bezstresu, na luzie i dziecko zdecydowało samo. Trzecia jest samodzielna. Czasem, aż za bardzo, bo muszę pilnować drzwi do łazienki, bo często rozbiera się i samodzielnie wchodzi do wanny. Przypominam, że 3 tygodnie temu skończyła 2 lata.

I tak patrzę na to wszystko co się dzieje u nas, jak mocno zmieniają się moje dzieci. I przestaję się spinać, bo oni naprawdę dużo chłoną. A że i dorosły ma ochotę skakać po ścianach w czasie tej izolacji, to dzieci tym bardziej.
„Cieszmy się z małych rzeczy”. Kasiu! Dziękuję Ci za tamtą nocną rozmowę, pełną ciepła i zrozumienia. Bardzo mi tego było potrzeba.

Jak coś jest złe… o nauce zdalnej cd.

Po wpisie, w którym mi się „ulało”, gdzieś w swoim środku czuję, że nie wszystko udało mi się tam powiedzieć. Bardzo szybko pojawiły się komentarze, czy w sytuacji życiowej w jakiej przyszło nam żyć, mam inne pomysły na rozwiązanie problemu edukacji.

Nie! Nie mam, ale nie bez powodu nie pracuję w Ministerstwie Edukacji. A tak całkiem serio. To, że nie mamy innych pomysłów, to nie znaczy, że to co jest teraz, jest dobre i sobie poradziliśmy.

Myśląc o tym wszystkim przyszły mi do głowy dwa porównania historyczne. Druga wojna światowa i rząd na emigracji, rozmawiający w imieniu Polaków z aliantami. Wyobrażacie sobie sytuację, w której mówią, że „sobie poradzili”? Bo rozmawiają i jest ok? No błagam was! Sytuacja była zła, ciężka i nie było to dobre. Nie o to chodziło w tej sytuacji. Lepsze coś niż nic, ale dążyli do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Rzeczywiście nie daje się czasem uniknąć niektórych sytuacji, ale czy to oznacza, że nie mogą one być trudne? Tutaj miałam znów inną myśl. Osoba na wózku – radzi sobie, ale czy to znaczy, że nie ma prawa mówić o tym, że przyda się podjazd do urzędu i autobus stający bliżej chodnika?

I znów porównanie historyczne. W czasie zaborów i w czasie wojny, nauka była w konspiracji, po domach nauczycieli. Inaczej się nie dało, ale czy ktokolwiek mówi o tym, że to była sytuacja w porządku?

Jeśli uczę dzieci o tych sprawach mówię wprost o codziennych bohaterach. Rodzicach, którzy wysyłali dzieci na taką naukę, dzieciach, którym się chciało oraz nauczycielach, którzy zostawili swój czas i serce po to, aby nasza kultura i nauka nie zaginęły. Nikt nic nie mówi o zasługach ministerstw.

Dlaczego nie możemy mówić o bohaterach nauki zdalnej?

– O dzieciach i młodzieży, która stara się mimo lenistwa, problemów ze sprzętem, hałasu w domu, czegoś się nauczyć? Bardzo często nie umieją rozplanować sobie pracy, ale robią co mogą, aby ogarnąć naukę w ciągu doby. Zobaczcie jak to pięknie Pierwszy ujął: „Dom to dom, a przedszkole to przedszkole”. To wszystko się zatarło. Jakby byli całą dobę w szkole.

– O rodzicach, którzy odbierają miliard wiadomości od nauczycieli i próbują ogarnąć wysyłanie wszystkich prac domowych? Czasem uczą się wielu rzeczy na nowo, aby wyjaśnić dziecku to, czego nie wyjaśnił nauczyciel.

– O nauczycielach przedszkola, którzy próbują pomóc rodzicom i wymyślają miliard zabaw po to, aby chociaż jedną udało się zainteresować konkretne dziecko. To dla mnie dopiero jest ciężka robota. Bo ja muszę mieć efekty, oceny – mogą być notatki. Jeśli chodzi o dzieci kilkuletnie, cała praca ma być w formie zabawy. Ja jako mama moich przedszkolaków cały czas słyszę „nie”. Oni chcą się bawić inaczej i co im zrobię? Jednak, raz w miesiącu zrobią coś z tego co wymyśliły panie. Jestem z tych naszych pań i moich chłopaków dumna. Bo to naprawdę jest trudne, ta współpraca z małym człowiekiem przez internet.

– Na końcu o nauczycielach, którzy wznoszą się na wyżyny swoich możliwości i próbują opanować nowy sposób przekazywania wiedzy (chociaż czasem się wydaje, że mogliby więcej – widocznie nie mogą).

Dziś dzwoniłam do niektórych uczniów, aby spytać czemu nie wysyłają prac i czy internet im się nie skończył. Będę musiała pytać przez telefon. Wysłałam wiele wiadomości do rodziców i dzieci z prośbą o kolejne prace, bo niektórym brakuje ocen.

Dlatego tak denerwuje mnie postawa ministerstwa, że coś zorganizowali i jest w porządku. Jest bardzo daleko od sytuacji w porządku i wszyscy zainteresowani robią co w ich mocy, aby przekazać jak najwięcej wiedzy.

W najbliższym czasie będzie nowość ministerstwa – opieka dla najmłodszych. Tylko nikt nie wie jak to ma wyglądać. Ministerstwo najprawdopodobniej też nie wie. Jednak mają rację – nauczyciele stanął na głowie i jakoś to poprowadzą, bardziej lub mniej dobrze. Bo nauczyciele wiedzą, że życie młodego człowieka to nie gra komputerowa i trzeba zrobić wszystko co w nauczycielskiej mocy (która u różnych osób jest inna) aby było jak najlepiej.

Nie lubię sytuacji, w których ktoś mówi, że coś było dobre, bo nie mogło być inaczej. Mamy prawo być zmęczeni, mamy prawo mieć dość, mamy prawo to udoskonalać. Mamy, na koniec, prawo liczyć na pomoc tych, którzy są „na górze”.

A co najważniejsze! Nie byłoby tych dwóch tekstów, gdyby nie zabrakło prawdy i podziękowań dla prawdziwych bohaterów nauczania zdalnego, a nie lakoniczne „udało się”.

Przygoda z SOR

Tak… Jako mama zbieram nowe doświadczenie. Wiem już l, że obojczyka złamanego nie wsadza się w gips, chociaż się unieruchamia. Wiem też, że złamana końcówka paliczka paznokciowego również nie otrzymuje gipsu, ale gumową szynę. Chłopcy już wiedzą, że jest twarda, bo siostra im już kilka razy przyłożyła.

Tak…byli pod moją opieką. Więc wiem co się stało. Chłopcy zamknęli drzwi samochodu przed nią – tylko tym razem razem z jej palcami.
Nauczona doświadczeniem z Pierwszym, doszłam do wniosku, że nie ma co liczyć na rentgen w oczach. Test „ruszasz?” nie zawsze jest też miarodajny.

Wykonałam telefon na sor i po udzielonym wywiadzie zostałyśmy zaproszone do przyjechania. Tam kolejny wywiad – nawet dałam autograf ;). No i mierzenie temperatury. Młoda czas spędziła na moich rękach, a waży już troszkę. Panie chodziły i dezynfekowały drzwi i wszystkie blaty.

Okazało się, że złamana jest tylko końcówka jednego palca – myślę że to zasługa tego, że małych człowiek ma małe paluszki. Jeśli chodzi o to co się stało – mogłoby być to zmiażdżenie lub „tylko” 4 złamania lub poporostu obicie.

Gdybym nie pojechała zastanawiałabym się czy zrobiłam dobrze. Podobno bez naszej ingerencji też by się zrosło no ale myślę, że by bolało i bym się martwiła. Unieruchomione palce jej nie przeszkadzają w rozrabianiu i szaleństwie.

Nie jestem osobą, która z każdą głupotą jedzie na sor, dlatego jak już jadę… to zawsze coś jest nie tak.


Przygody są chyba wpisane w nasze życie. Wiem też, że w czasie takich sytuacji działam, nie panikuję. Jednak później długo zajmuje mi emocjonalne dojście do siebie.