Bajki o uczuciach

Moim małym sukcesem jest to, że dzieci mimowszystko wieczorem mówią „Poczytaj nam mamo”. Zapas książek domowych zostawiam na długie zimowe wieczory, gdy do biblioteki będzie daleko i pod górkę. Jednak jeśli chodzi o te książkę, mamy własną w domu.

Pierwszy zaczął dorastać, a że jest pełnym emocji i ekspresji (dość elokwentnie potrafi powiedzieć co myśli). Widziałam kilka recenzji w internecie na temat bajek dla dzieciaków, tłumaczących czemu niektóre emocje są.

Spróbowałam, kupiłam i pokochaliśmy. Przyznaję, że nie od razu. Pierwszy jak tylko dowiedział się że to bajki o emocjach zaczął istny bunt na „głupią książkę”. Ale słuchał, a gdy dotarliśmy do rozdziału, w którym siostra rozwala chłopczykowi budowlę z LEGO, nie dało się przestać kontynuować.

Mi książka pomogła bardzo, bo nie dość, że są bajki które zrozumie też dorosły, lecz także jest opis specjalnie napisany dla opiekunów.

My osobiście bardzo polecamy nie tylko dzieciom lecz także rodzicom :). Czekamy na kolejną część, która mamy nadzieję, będzie rosła wraz z dzieckiem. Jakieś bajki o szkole na przyszły rok prosimy!

O cyklopie i sukience

Dziś troszkę humoru 😉 można podciągnąć pod dialogi 😉 aczkolwiek chyba nie wszystko.

Od soboty jest u nas tablica. Pierwszy wyładowywał się artystycznie – na zdjęciu potwór (uświadomiłam go, że taki z jednym okiem to cyklop): – A to ok, a są cyklopy z ogonem?

Rysował głównie mnie (nie zdążyłam zrobić zdjęcia – Drugi szybciej użył gąbki). Przyszedł, obejrzał mnie i stwierdził: – To ja Ci narysuję drugą* twoją ulubioną fryzurę. I tu na tym obrazku na nasz krzyczysz. Wpisz w chmurkę „chłopaki wykrzyknik”.

*Włosy mam zawsze spięte w koński kucyk, czasem po wstaniu mam artystyczny nieład

A dziś dałam popis geniuszu matczynego. Ubrałam na szybko Trzecią. Rajstopki, podkoszulka zielona i sukienka z długim rękawem. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zielona podkoszulka wyskakiwała z rajstop i robiła za jeszcze dłuższą sukienkę. Dziwne to było, bo byłam pewna, że jednak ta koszulka wyglądała na krótszą latem.

Rozwiesiłam pranie i okazało się, że zielona podkoszulka założona według mnie na Trzecią wisi, ale na suszarce.

W podwójnym zakręceniu (chowając do półki i podczas ubierania) dałam Młodej koszulkę Pierwszego. Nawet nie miałam dziś czasu spojrzeć czy to ta koszulka, bo Trzecia zwiewała przed ubieraniem. Ona nosi rozmiar 86, a Pierwszy 116 ;). Trzeba wykorzystać patent – brać tylko koszulki chłopców na wypadek awarii to i ich przebiorę i najmłodsza będzie miała gustowną sukienkę.

Pierwszy – Mamo, pani prosiła żebym jutro przyniósł do przedszkola opakowanie na jajka.

Ja – Chodzi ci pewnie o wytłaczankę. Akurat dziś wyniosłam do kuchni letniej do babci, ale jak pójdziesz do niej to ci da.

Pierwszy – Nie ma mowy. Powiedziałem już pani, że nie przyniosę. Co ta pani sobie myśli? Babci są potrzebne i nie będę brał.

Ja – Synu… Tak się nie mówi do pani to raz, a dwa to babcia zbiera wytłaczanki żebyśmy nie wyrzucali i nosi panu, który ma kury. Jeśli pan nie dostanie jednej wytłaczanki, bo zaniesiesz do przedszkola to nic złego się nie stanie.

Pierwszy – A to ok.

Trudne początki

Pierwszy zrobił „epicką wieżę” z Duplo siostry – większą od niego. Zrobił też zdjęcie. Porządek w normie 😉

Będzie osobiście bardzo i mało słodko. Dziś o 1 w nocy minęło 6 lat od kiedy jestem mamą. Mamą bardzo rzadko taką jaką chciałam być.

Jakiś czas temu załamanej koleżance napisałam, że tak czasami jest, że baby blues jest tak wielki, że dziewczyna nie potrafi lepiej. Ta świadomość mocno uderza w momencie, gdy pojawia się drugie dziecko i potrafi się być cierpliwszą.

Pierwszy jadł w praktyce non stop – aż się z niego wylewało. Spałam po 30 min. Oprócz tego jak miał tydzień spędziliśmy tydzień w szpitalu bo miał zapalenie płuc. Uśmiechał się tylko do mojej mamy i mojego teścia – mnie zaszczycił uśmiechem około 1 stycznia. Był zawsze lekko zdystansowany, a ja naprawdę nie mogłam się odnaleźć.

Nie radziłam sobie przede przede wszystkim emocjonalnie. Mimo całej miłości którą do niego miałam, opowiadania mu o świecie, zabaw – nie ogarniałam.

Dlatego tak ciężko było mi gdy Drugi z automatu otrzymał inną mamę – cierpliwszą, mniej przejmującą się tym, że nie jest cudownie. Zresztą on na mój widok zachowywał się tak jakbym była ósmym cudem świata.

Z perspektywy tych kilku lat wiem już, że to był stan w którym powinnam była zwrócić się o pomoc do lekarza. Może nie był to stan tragiczny, ale dobry też nie był. Dobijały mnie wpisy koleżanek których dzieci robily w pieluchę tęczą, a ja chciałam się schować w szafie i przez 6 lat nie wychodzić. Dopiero w rozmowach prywatnych, gdy spytałam wychodziła na jaw ciemna strona macierzyństwa.

To on Pierwszy mnie uczył i uczy nadal bycia mamą. Jego wypowiedzi to efekt naszych rozmów. Teraz pracujemy nad emocjami, bo to wrażliwe dziecię.

Żałuję, że było tak ciężko, ale co z mojego żalu – nie dało się inaczej. Przecież jakbym mogła i umiała – byłabym inna. Co nie zmienia faktu, że Pierwszy mnie kocha swoim sześcioletnim sercem i kochał zawsze. Nauczył mnie wiele i wiele jeszcze nauczy.

Początki są ważne, ale nie najważniejsze! Mamy dbajcie o siebie.

Dziś mam zerówkowicza bez jednej jedynki, który jak czasem coś powie to niewiadomo skąd to wie. Mam małego człowieka, który się boi opinii innych ludzi, który gdy czuje się niepewnie zaczyna atak obronny. Starszego brata, który buduje wieżę z klocków siostrze, a potem nie pozwala jej dotykać. Nasz jedyny i niepowtarzalny Pierwszy dziś o 1 w nocy skończył 6 lat.


Jesień

Przyszedł wrzesień i wróciły katary :). Dzieci rosną, więc pierwszy poranek z przeziębionymi dziećmi wyglądał troszkę inaczej.

Obudziłam się dziwnie utulona. I tak – z prawej strony wtulił się we mnie Drugi, na brzuchu leżała mi Trzecia machająca nogami na boki, a z lewej wtulił się we mnie Pierwszy.

Przeziębienie przeziębieniem ale czują się całkiem nieźle 🙂 za to mama wyprzytulana jak nigdy.

Wyprawa pod Łomżę cz.2

No i zapomniałam w tamtej części opowiedzieć o jednym z przystanków. Zatrzymaliśmy się na stacji Orlen. Dzieci koniecznie musiały poprosić o hot-doga. Myśmy wzięli kawę. Otrzymaliśmy trzy zdrapki. Pierwszy drapał z dużym zaangażowaniem i nagle mówi „Mamo wygrałem batona” :). Miał chłopak rację ;). Następnie rezolutnie stwierdził „Lepsze byłoby piwo, to dałbym tacie”. Rozbawił tym obsługę: „To dopiero dobry syn”. A matka szukała dołu coby tam głowę schować ;).

Młody batona przekazał rzeczywiście tacie. Dzieciaki na stacji kłębiły się ostro i obsługa naprawdę miała ostry ubaw. A teraz po tym uzupełnieniu wracam już do opowieści właściwej.

Po ślubie i życzeniach sprawnie wsadziliśmy dzieci do samochodu. Oczywiście Trzecia wpadła w czarną rozpacz – ileż razy można dawać się uziemić w foteliku? Na ten hałas zareagował oczywiście Pierwszy, krzycząc, że jest za głośno i boli go głową. Chwilę później to samo krzyczał Drugi. Nas wszystkich też bolały głowy, a ratunek był w pokoju numer 1!

Kiedyś między kościołem a parafiami był szybki dojazd. Teraz zrobiono trasę szybkiego ruchu i przejazd między wsiami jest długi oraz kręty, prowadzący serwisówkami. Młoda się dała ululać i … zasnęła jak wjeżdżaliśmy w bramę docelową. Gdy tylko silnik zgasł ,otworzyła oczy gotowa do dalszej imprezy.

Poszliśmy witać państwa młodych. Szampana nie piłam, trzymałam chłopców za ręce a ci co chwilę, bynajmniej nie szeptem, pytali mnie kiedy pójdziemy do pokoju. Trzecia poszła na drugą stronę sali towarzyszyć części rodziny która szampana piła. Widziałam ją z daleka i miałam problem w powadze śpiewać „Sto lat” Młoda hopsała całą sobą w rytm piosenki. Zabawa się zaczęła.

Wzięłam chłopców na górę, napoilam syropkiem ratującym przed bólem i wręczyłam im słuchawki wygłuszające. Najbardziej wrażliwy na dźwięki Pierwszy stwierdził, że wygląda w nich głupio i mu niepotrzebne. I nie użył ich ani razu :).

Młoda w praktyce hopsała i tańczyła prawie cały czas. Oprócz tego zrobiła kilometry między stolikami. Gadała z lustrem i ogólnie była przesłodka i nawet mnie zaskoczyła ilością energii jaką z siebie wykrzesała. Padła dopiero o 22.

Chłopcy po zjedzeniu rosołu i tuż po pierwszym tańcu postanowili ewakuować się do pokoju. Bawili się tam zgodnie a my kontrolowaliśmy czy wszystko ok. Zresztą w terenie orientowali się lepiej niż my i szybko nas znajdowali. Jedną osobę zawsze można było znaleźć w okolicy Trzeciej, a reszta przebywała na świeżym powietrzu analizując między innymi to czy pochodzimy od Kurpiów czy bynajmniej.

O 22 wzięłam moje najmłodsze dziecko pod pachę, zaniosłam do pokoju, ubrałam w piżamkę i uśpiłam przy pomocy mleka które mam zawsze przy sobie. Następnie wysłałam pierworodnego syna po dorosłego który mnie zastąpi, żebym miała szansę troszkę odpocząć.

Przyszedł mój mąż, a ja zabrałam chłopców żeby troszkę wyszli z pokoju i porozmawiali z ciotkami. W ten sposób niektórzy zobaczyli jak mam wysportowane dzieci, bo bez popisowej gwiazdy (w eleganckich niewygodnych ciuchach) się nie obyło. Niektórzy usłyszeli wykład z fizyki o tym dlaczego niektóre rzeczy nie spadają. Część dzielnie przytakiwała słuchając wykładu o łaziku arkrtycznym. Pierwszy pokochał nowo poznaną ciocię, bo ta dzielnie towarzyszyła mu w tych wszystkich opowieściach.

Drugi dla odmiany zaczął zasypiać, ale ja wiedziałam że te 16kg jest w stanie samodzielnie przemieścić się do pokoju. No ale znalazła się litościwa ciocią, a ja widziałam tylko satysfakcję na jego twarzy.

Pierwszy trzymał się dzielnie do północy, aż zdecydował się na prysznic (z myciem głowy) i zasnął. W tym czasie powróciłam do pokoju dokładnie w momencie, gdy Trzecia się obudziła i pytała o mamę. Przytulona zasnęła skutecznie na dłużej.

Z rana obudził mnie Drugi i stwierdził, że powinnam już wstawać, bo przecież mówiłam, że w hotelu będziemy tylko jedną noc, a mamy przecież ranek.

Na korytarzu stały szwedzkie stoły z jedzeniem. Drugi był głodny, a Pierwszy rozpaczał, że nie możemy jeść dopóki nie będzie wszystkich, bo to niekulturalne. Troszkę zajęło mi czasu wytłumaczenie mu, że forma podania posiłku jest taka ze względu na to, żeby każdy zjadł wtedy gdy będzie głodny.

Trzecia wpadała w czarną rozpacz w pokoju, bo koniecznie chciała korzystać z tego, że hotel ma schody i wiele zakamarków. No i jak poszła tak zabrała mnie na dwór i poprowadziła za budynek, a tam stała trampolina i huśtawka. Jak to mawiają – lepiej późno niż wcale. Poszłyśmy powiedzieć chłopcom, że jakby nie było w naszym życiu Trzeciej to nie miałby kto odkryć atrakcji. Przytulili ją mocno i serdecznie.

Czas do poprawin minął szybko na trampolinie i zaczęliśmy jeść. Około 15 trzeba było wracać. Oczywiście wcale nie takie proste było przywiązać dzieci do fotelików. Młoda padła, „aż na godzinę” a potem ostro protestowała. Śpiewałam, puszczałam muzykę, dawałam jej chrupki – to wszystko miało sens, ale jak tylko przypominała sobie, że jest zapięta włączała sygnały dźwiękowe i mogliśmy jechać jako pojazd uprzywilejowany.

Szczerze to po drodze powrotnej czuliśmy się wszyscy jakby nas ktoś przeprał w pralce. Ale dojechaliśmy.

Już w Lublinie Pierwszy odkrył, że brak my jedynki i zaczął się zastanawiać jak sobie poradzi wróżka zębuszka bez dowodu. Drugi stwierdził, że wróżka to mu dwa zęby wyrwała i nie dała pieniędzy. Stwierdziliśmy rodzinnie, że najgorszymi wróżkami zębuszkami są jednak dentyści. Nie dość że zabierają zęby to jeszcze zamiast dać kasę to ja od nas biorą.

Po dojechaniu Młoda padła w praktyce od razu jak tylko ją przytuliłam i spała do rana z krótkimi przerwami na jedzenie i przytulenie.

Ja dzielnie ogarnęłam to co ważne, bo miałam zamiar wysłać dzieci do przedszkola. Jednak gdy miałam wstać ich ubrać, bo mąż wychodził do pracy, stwierdziłam, że spokojnie mogą zostać w domu i dalej padłam.

Pierwszy spal od 21 w niedzielę do 10 w poniedziałek. Drugi spał od 22 w niedzielę do 11 w poniedziałek (z pobudką na 2h między 7 a 9). Trzecia też jak nigdy ładnie spała.

Było ciężko, chociaż opieka nad dziećmi rozłożyła się aż na 4 osoby, plus często dalszą rodzinę. Dzięki temu każde z nas też miało szansę skorzystać z wesela i spotkania w gronie rodzinnym. A dzieci? Pierwszy tęskni za ciocią od klocków ;). Drugi przeżywa to, że spał w hotelu. Trzecia bez zmian – tańczy jak tylko usłyszy jakiś rytm i wszędzie jej pełno.

Wyprawa pod Łomżę cz. 1

Nasz „opelek” zafira

Zdecydowaliśmy się pojechać ponad 300 km w Polskę, żeby spotkać się z moją rodziną od strony taty. Pretekstem i czymś co nas zmotywowało było zaproszenie na wesele mojego kuzyna. Dzieciaki z opowieści znają tamtą rodzinę i nawet z prababcią kiedyś się widzieli. Zdarza im się również rozmawiać przez telefon oraz wysyłać laurki na różne okazje.

Obaw miałam bardzo dużo. Po pierwsze to, że Trzecia od urodzenia nie lubi jeździć samochodem. Troszkę potrafi się uspokoić podczas słuchania muzyki (nie każda pomaga) bo wtedy w foteliku próbuje tańczyć. Swoją drogą muszę to nagrać, bo rusza tylko głową na boki :). Druga obawa to moi znudzeni synowie, którzy w takich momentach uwielbiają się zaczepiać słownie i fizycznie.

Kolejny problem to minimalizacja ilości rzeczy do spakowania. Dzieciaki miały wyglądać elegancko 🙂 ale i móc się w coś przebrać w razie ostrego wypadku brudowego (a był taki!). Tylko, że od kiedy nasz opel Zafira jest używany jako samochód rodziny wielodzietnej to chłopcy jeżdżą w bagażniku. Spokojnie! Tam producent zaplanował fotele. To mocno zmniejsza nam pojemnosc bagażnika. Wobec tej sytuacji nawet spakowanie nas w jedną torbę nie załatwiłoby sprawy bo byłaby za szeroka. Otrzymałam od męża wojskowe worki na ciuchy, więc nasze bagaże wyglądały nietypowo.

Dodatkowo nigdy nie wiem jak Pierwszy zareaguje na zmiany. Ma bardzo bogate słownictwo – nie tylko te kulturalne ;). Jeśli wiecie co mam na myśli.

Po tym wstępie zaczynam część pierwsza opowieści do momentu wesela.

Listę co muszę ze sobą wziąć zaczęłam robić w czwartek. Ponieważ jechaliśmy z moimi rodzicami, po konsultacji postanowiłam część rzeczy przekazać do ichniego bagażu. No i na mamę scedowałam też prowiant :). Musiałam każdemu dziecku przygotować zamienne ciuchy na wesele, coś na poprawiny, dwie piżamki na zmianę ;). Dobrze że pomyślałam o zabawkach to Pierwszy wziął ze sobą łazik arktyczny i ludziki oraz karty ninjago, a Drugi wziął ciężarówkę Mariana. Oprócz tego – garnitur męża oraz ciuchy dla siebie, dodatki do włosów i biżuteria dla mnie i Trzeciej, plus buty na imprezę dla nas. Było tego tyle, że na rano zostawiłam sobie kartkę na której, oprócz wymienionych tobołów do zabrania, były takie informacje jak: zamknij okna i drzwi :).

Trzecią ubrałam w sukienkę, żeby pokazała się godnie prababci. Chłopcom założyłam koszule w kratkę żeby byli ładni. Wychodziliśmy o godzinie 6 rano a termometr wskazywał 8 stopni. Drugi spojrzał na koszulę i na kurtkę i powiedział, że kurtka psuje efekt elegancki i wcale mu nie jest zimno i idzie w koszuli z krótkim rękawem i w czapce :).

Ruszyliśmy i zgarnęliśmy po drodze moich rodziców. Oczywiście pierwszy konflikt był już za nami – Drugi dał radę kopnąć brata (swoją drogą jest między nimi taka odległość, że musi mieć niezłą gibkość kolan) a Pierwszy zdążył mu powiedzieć kilka brzydkich słów. Trzecia natomiast już miała pierwszy kryzys.

Ruszyliśmy i po kilku minutach mój tata zaczął się zastanawiać czy ma ze sobą krawat. Byliśmy jeszcze w Lublinie, więc zdecydowaliśmy, że jednak lepiej żeby wrócił do domu po niego. Gdybyśmy byli poza, obawiam się że raczej przekonalibyśmy go, że jest piękniejszy bez tego sznura na szyi.

Jazda naprawdę była niezła, młoda słuchała jak śpiewam. Alarmy były, ale nie histeryczny. Jechało się bardzo przyjemnie. Chociaż była chwila, gdy Drugi poprosił o natychmiastową przerwę, bo źle się poczuł. Więc obejrzeliśmy piękną architekturę Zembrowa.

Dojechaliśmy do domu rodzinnego mojego taty. Tam wypiliśmy kawę, spróbowaliśmy kiełbaski domowej roboty. Trzecia sprawdziła co prababcia ma w szafkach oraz odkręciła gałki w drzwiach. Po chwili zlokalizowała miejsce w którym jest podręczna apteczka. Bardzo chciała spróbować kiełbaski ale za długo czekała i zmieniła zdanie. Zaczęła rzucać kiełbaską a prababcia ją podnosiła. Gdy babcia przerywała zabawę, bo chciała porozmawiać z synem, dziecko głośno domagało się powrotu do zabawy. Oprócz tego młoda zlokalizowała pomidory, które potraktowała jak piłki.

Drugi koniecznie chciał zwiedzić dom (był tam ostatnio jako niespełna roczniak i stawiał jedne z pierwszych kroków). Pierwszy zatroskany o zdrowie kochanej prababci oraz jako specjalista od budowy i remontów wygłosił swoje mądrości. Po pierwsze przeżywał, że babcia musi chodzić po schodach i postanowił zrobić jej remont i zainstalować windę. Jednak mówił o tym w wersji skróconej czyli, że babcia ma ciężkie warunki i potrzebny jest remont, co brzmiało wieloznacznie. Dopiero dopytany mówił, że chodzi o brak windy i to, że babcia chodzi o kuli.

Ruszyliśmy żeby zainstalować się w hotelu. Dzieci zwiedziły wszystkie schody i znalazły nawet piłkarzyki. Główny kierowca się położył, ja prasowałam to co pogięłam w workach a moi rodzice pilnowali, żeby Trzecia nie zabiła się chodząc gdzie ją nogi zaniosą.

Pierwszy tuż przed przebraniem poszedł pod prysznic i tuż przed wyjściem umył głowę (upału nie było). To był ten moment kiedy cieszyłam się, że niechcący obcięłam go krócej niż chciałam. Trzecia jak zobaczyła, że ja się przebrałam i wszyscy są już w innych ubraniach, jak nigdy sama chciała założyć sukienkę. Nawet chciała opaskę i spineczki, tylko szybko jej przeszło i potem jak tylko czuła coś na głowie szybko ściągała i rzucała w dal.

Pojechaliśmy na ślub – oczywiście mój najstarszy syn uważał że wyjazd na ślub jest „bez sensu” ;), ale został spacyfikowany 🙂 przez groźną matkę, że musimy być jako świadkowie, bo inaczej nie wypada pójść na wesele.

Byliśmy w kościele! Ale jakoś tak wyszło, że dzieci wyszły z nami na dwór. Trzecia robiła wyprawy na schody i wokół kościoła. Drugi chciał spod kościoła zabrać kamienie, tylko w kieszeni mu się nie zmieściły. Pierwszy zdążył przed wyjściem zabrać jojo i ćwiczył stojąc na murku (jest wtedy wyższy i ma więcej szans na „jojowanie”)

Potem były życzenia, tylko gości dużo i zaczęło się już trudniej. Drugi o coś się obraził i już dziś nie pamiętam o co. Stał i krzyczał co o mnie myśli. Tylko że drugi ślub się zaczął a on stał przy drzwiach. Pierwszy zaczynał się niecierpliwić a tata nie pozwalał mu machać jojem w stronę ludzi (też czuł się nie zrozumiany). Trzecia nadal chodziła wszędzie tam gdzie jej wzrok sięgał.

W momencie gdy lokalizowałam każde z dzieci i próbowałam gasić tlące się emocjonalne ogniska, straciłam z oczu na chwilę Trzecią. Po zobaczeniu jej, ujrzałam również mocno rozbawione kuzynki, mówiące że widać po mnie kiedy tracę z oczu moje dzieci.

Młodzi od każdego z moich dzieci dostali czekoladę (jakoś nie widzę tego żeby dzieci wręczały wino) tylko Trzecia do jednej z nich zaczeła się przyssawać przez papierek.

Cdn.

Ognisko i prezenty z serca

Ostatni wieczór sierpnia spędziliśmy w gronie bliskich. Z dalekiego kraju 🙂 przyjechała moja siostra, która tak jak Pierwszy i moja mama ma urodziny we wrześniu. Tym samym zrobiliśmy sobie spotkanie z tortami i świeczkami.

Dzieci dostały prezenty. Trzecia klocki Duplo. Składa a jakże, ale najbardziej lubi je w nieładzie na środku pokoju. Drugi otrzymał ciężarówkę Maniek przewożącą bohatera filmu Auta. Najważniejsze w tych samochodach jest to, że można nimi eździć bez obaw, że połamią się delikatne kółka. Młody piszczał z radości :). Natomiast Pierwszy miał przyspieszone 6 urodziny z połową rodziny, więc dostał multum klocków LEGO. Kolekcje powiększył o pojazd z Arktyki (o tej serii mówi już ponad rok), ninjago (mały zestaw plus potężnych z pojazdem i wyrzutnią) oraz ludzika z Minecraft. Dziecko mi wsiąkło na długie chwile. Dopiero dziś po przedszkolu wyszedł na chwilę z dziecięcego pokoju pokopać z nami w piłkę. Jeszcze za 2 tygodnie impreza z drugą częścią rodziny. Ten to ma fajnie ;).

Ale najważniejsze było rodzinne ognisko. Ja wyluzowałam i pozwoliłam dzieciom po kąpieli i w piżamkach szaleć na dworze do późnych godzin (zresztą bez ogniska tak samo późno zasypiali). Spędziliśmy czas przy ogniu, który najlepiej wygląda w nocy. Hipnotyzuje i daje mi osobiście troszkę spokoju. Nawet udało mi się chwilę przy nim pogrzać nogi i najzwyczajniej w świecie popatrzeć i nie myśleć o niczym. Krótkie to było, ale zawsze.

Hitem jedzeniowym poza kończącymi spotkanie kiełbaskami z ogniska, był tzw. szysz kebab z grilla. Jedynie mój mąż się ucieszył, że mój tata go zrobi, ale jak przyszło do jedzenia okazało się, że jest go za mało, bo młodzież młodsza i starsza pochłonęła go momentalnie.

Ciocia dostała od nas personalizowany drewniany breloczek na którym napisaliśmy czyją jest ciocią. O zamawianiu go i przygodach będzie w innej notce.

No i oprócz tego chłopcy zostawili na kartkach papieru swoje serce. Jeśli chodzi o zaangażowanie ambitnego Pierwszego zobaczyłam, że jednak ten słup czasem słucha. Ale do rzeczy:

Sam pomyślał o tym, żeby zrobić laurkę. Oczywiście najlepszym momentem była według niego 22. Pytał mnie czy ciocia się wzruszy, że robił to w środku nocy. Potem postanowił narysować serduszka 🙂 i jak mu nie wyszło, uśmiechnął się i stwierdził „to jednak będą to kwiatki, a serduszka w środku”. Zero rozpaczania i rzucania się na ziemię. Tak najzwyczajniej w świecie poradził sobie z małym niepowodzeniem.

Potem narysował tęczę – motywował to tym, że może użyć dużo kolorów, wszak nie wie jaki jest jej ulubiony kolor. Naprawdę tu nie było ideologii żadnej :).

Na koniec poprosił o wzór, żeby mógł napisać na laurce co mu w duszy gra:

„Kochana ciociu i wujku, bardzo was kocham i dziękuję za wszystkie prezenty. Pierwszy (First)”

Początkowo próbowałam mu tłumaczyć, że to dużo literek. Możliwe, że mu się odechce a nawet nie zmieści. No młody wie lepiej! To matka pisze co każą. Siadł i skończył na „koch” i mówi „Mamo, jednak za dużo tego, co mogę zrobić?”

Uśmiechnęłam się 😉 i mówię że wystarczy że dopisze literkę A i M. Wtedy wyjdzie mu „kocham” i się podpisze. Siedzi i myśli. Nagle mówi – to podpiszę się First, bo to jednak krócej niż Pierwszy.

Kolejny dzień to nawet Drugi się zdecydował na robienie prezentu. Rok temu nie miał na tyle cierpliwości żeby całą kartkę zamalować, a tu proszę! Zrobione :).

Pierwszy tym razem robił laurkę dla babci. Zadzwonił i spytał co babcia lubi i się dowiedział…że swoje wnuki. Posmutniało dziecko, bo ludzi nie umie rysować, więc dołączyłam do rozmowy sugerując, że babcia uwielbia też drzewa, chmurki i słoneczka. Babcia dodała dużo więcej rzeczy, a na pytanie o kolor już odpowiedziała, że każdy. To też narysował tęczę plus kolorową chmurę.

Tylko dziecko jest ambitne i jednak postanowiło narysować babcię. W planie miał też wnuki, ale miał dość. Oczywiście włączył mu się perfekcjonizm i już planował wyciąć babcię z rysunku. Twierdził, że narysowana wersja ma za duży brzuch. Po mojej dłuższej wypowiedzi na temat ćwiczenia rysowania zdecydował się zostawić. Po chwili podsumował: „to umówmy się że to nie duży brzuch tylko taka sukienka” :).

A jeśli chodzi o jego wypracowaną rękę do rysunków – naprawdę widać co narysował i szkoda by było gdyby przestał się rozwijać tylko dlatego, że chciałby już być Leonardem da Vinci.

Wracając do laurki dla babci. Narysował również fontannę w kształcie obelisku, z której wytryskuje woda. Musiałam mieć głupią minę, bo mi się kojarzyło, a on pytał co mnie tak zdziwiło. Rzeczywiście fontanna wygląda dwuznacznie.

Potem obydwaj zrolowali swoje laurki i skleili je plastrem, żeby się nie rozpadły. A ja wiem, że taki prezent, który jest pełen miłości, serca i czasu jest naprawdę bezcenny.

Moja babcia wszystkie nasze laurki trzymała i naprawdę przeglądanie ich po latach było bardzo fajnym przeżyciem. Uczmy dzieci tego, że w prezentach wcale nienajważniejsza jest wartość pieniężna.

Wyprawa kolejowa

Organizacja tej atrakcji zajęła mi w praktyce dwie tury wakacji. Moja babcia pracowała na kolei i brała nas na kolejarskie wycieczki, głównie nad morze. Spaliśmy wtedy w wagonach kolejowych. Uwielbiam podróże pociągami!

Jednak mam problem z jeżdżeniem dla samego jeżdżenia. Planowałam pojechać do Radomia spotkać się z dobrym duchem, tylko tory remontują i połowa trasy odbywa się komunikacją autobusową. Potem myślałam o ZOO w Zamościu, ale strona internetowa twierdzi, że pojechać mogę popołudniu, ale wracać rano. Podobno to nieprawda, ale wolę nieryzykować. Wymyśliłam nawet wycieczkę na podlubelskie lotnisko i z powrotem, ale nie jestem pewna czy zobaczylibyśmy jakiś samolot.

Kiedyś pracowałam w Niedrzwicy Kościelnej i jednym okiem kojarzę stolicę gminy Niedrzwica. I tak wróciliśmy do korzeni. Przeszliśmy przez miasteczko, pobawiliśmy się na placu zabaw, chłopcy zwiedzili toaletę w Gminnym Ośrodku Kultury i przez szybkę obejrzeli wozy strażackie w OSP. Oprócz tego spotkałam się z dzieciatą koleżanką i byliśmy na lodach.

Wycieczka była bardzo poważna. Chłopcy mieli swoje plecaki i w każdym indywidualny prowiant. Drugi od jakiegoś czasu nie jada żółtego sera. Dla odmiany Pierwszy od niedawna zaczął jeść ten produkt.

Pojechał z nami mój kochany brat. Miło z jego strony, bo bez jego obecności, organizacja wycieczki zahaczyłaby o kolejne wakacje. Trzecia postanowiła odwiedzić kran w łazience dworcowej, co kosztowało mnie 2,5 zł 😉 ale nie będę narzekać – było sprawniej niż gdybym próbowała ratować sytuację chusteczkami!

Trafiliśmy na cudownego pana w kasie, który sam z siebie dopytał o szczegółowy wiek dzieci. Tym samym drukował bilety i sprawdzał kilka razy czy wszystko się zgadza. Ja jechałam na bilecie ulgowym, bo posiadam kartę dużej rodziny, mój brat na normalnym gdyż takiej karty nie posiada. Pierwszy jeździ na ulgowym że względu na wiek 🙂 jeszcze nie szkolny, ale nie posiada legitymacji. Trzecia posiada bilet bezpłatny, bo nie wygląda jeszcze na 4 lata. O Drugiego pan dopytał czy skończył już 4 lata, bo jeśli nie dmuchał w tym roku kalendarzowym świeczki to również jeździ za darmo.

Jak na złość w szynobusie zajęliśmy miejsce koło którego nie działała klimatyzacja. Efekt był taki, że jak wysiedliśmy byliśmy mokrzy jakbyśmy byli pod prysznicem. Plus upał nie robił na nas wrażenia.

Spacer po Niedrzwicy, zabawy na placu zabaw, lody to było to co skutecznie zajęło dzieci do czasu pociągu powrotnego.

Na dworzec przyszliśmy w ostatniej chwili, ale okazało się, że pociąg ma opóźnienie. Dzieci siadły sobie tak jak widać na zdjęciu :). Ten pociąg co go widać to z Lublina jechał.

Opóźniony pociąg zapowiedzieli w ostatniej chwili, więc szliśmy tempem szybkim. Nawet metal, który przedziurawił mi buta nie mógł mnie zatrzymać przed wejściem do tego szynobusa.

Tym razem klimatyzacja działała, ale dla odmiany popsuł się Pierwszy. Coś mu się w głowie umaniło i chciał stolik. Nawet pan ustąpił mu miejsce koło stolika, ale to NIE BYŁ taki stolik jak on chciał. Cieżko było go ogarnąć, a jak się uspokoił to Trzecia zaczęła zaczepiać ludzi przed i za nami :). Teraz monitoruję portale o „madkach i bombelkach” ale jeszcze nie czytałam nic o naszym powrocie to może nie było tak źle?

Reasumując 🙂 warto było, chociaż każda taka wyprawa wypompowuje ze mnie dużo energii. A ja już się umówiłam na „kiedyś” na kawę w Niedrzwicy 😉 plus czekam na koniec remontu torów do Radomia i pewność, że są te pociągi których mi potrzeba do Zamościa.

Wycieczka była? Prowiant był? Pół dnia nas nie było? Wszyscy cali i zdrowi? Czyli było super 🙂

O drabinie i innych wakacyjnych atrakcjach

Nogi Drugiego 🙂

Życie się toczy swoim torem. Wakacje się kończą, przedszkolne zakupy w toku, fryzjer umówiony. Tym razem obcinanie nie wyszło mi zgodnie z moim oraz właściciela włosów, zamysłem. Drugiemu bałam się już włączać maszynkę, a Trzecia chyba zasługuje na równo przycięta grzywkę, zwłaszcza, że przed nami rodzinne występy w drugiej części Polski.

Oprócz tego ponad tydzień temu moja matczyna miłość była tak duża, że bez zastanowienia i analizy sytuacji, będąc jedyną osobą pełnoletnią po naszej stronie płotu, postanowiłam odzyskać styropianową rakietę, która zamieszkała na dachu garażu. Mało z tego pamiętam, ale Pierwszy mi wszystko opowiedział, łącznie z tym, że tym razem nie myliłam ich imion, a oni się lekko przestraszyli. Oczywiście rakiety nie odzyskałam. Teraz tylko chodzę na badania, które mają potwierdzić, że zanik pamięci i zakręcenie to efekt mojego charakteru, a nie upadku.

Co tam jeszcze? 🙂 Wszystko dobrze 🙂 dzieci czasem są złośliwe, czasem się gryzą, czasem marudzą – ot życie. Pierwszy powoli zaczyna czytać i traktuje to jak rozwiązywanie kalambur 🙂 i zaczął mu się ruszać jeden ząb. Troszkę się przestraszył, bo chwilę przed tym gryzł klocek i myślał, że to efekt tej działalności, a nie starzenia się mleczaków.