O skorupce co nasiąka

Jak to z wpisami bywa – jeśli nie napiszę od razu, ich sens ewaluuje. Węgiel kupujemy zawsze w lecie, po dłuższym czasie bez deszczu. Od kiedy Pierwszy skończył 2 lata (wcześniej zabierałam go, bo przerażała mnie wizja czarnego dziecka) pozwalam dzieciom w nim „pracować”.

Staramy się uczyć ich, że nasz dom to nasza wspólna sprawa. W praktyce wychodzi nam średnio ;). Ale liczymy na to, że czym skorupka itd.itd. Miałam lekko kryzys, gdy widziałam, że Pierwszy wcale nie ma ochoty na przeniesienie nawet jednego kamyka węglowego. No ale nie sztuka naciskać 😉 i zmuszać. Założenie było takie, że pomoc w takim wypadku ma być naturalna. No i po 4 latach okazało się czym skorupka nasiąkła ;)… Siedział w domu i powiedział, że nie będziemy go zmuszać i jeśli chodzi o wspólną sprawę to on nie prosił o przywiezienie węgla akurat dziś ;). Może jutro miałby wenę na wożenie.

I tak zostawiliśmy temat. Powiedzieliśmy, że nie musi wozić. Gdy Drugi i Trzecia byli już po przebraniu i myciu, na dwór wyszedł nasz pierworodny. Zakasał rękawy i wziął dziecięcą taczkę. Nie wiem ile przewiózł, ale za to taczkę ładował na full ;). Potem z dużą przyjemnością skorzystał z możliwości bycia nutrią.

Na bazie tych wydarzeń, martwię się mocno jak to będzie wszystko w praktyce. Mówi się, że dzieci uczą się przez obserwację. Z tego powodu naprawdę nie rozumiem, czemu Pierwszy wali nieprzyjemne teksty między oczy, jeśli mnie obserwuje? Czemu jak się czuje niepewnie to niewiadomo, gdzie mam się schować? Czasem jednak wystrzeli do obcej osoby z tak pozytywnym tekstem, że widać, że jednak czymś nasiąka.

Ostatni hit – mówi do różnych pań (wszystkie w maseczkach), że są ładne i proponuje im pomoc przy wyborze asortymentu w sklepie.

Boje się jakie będą mieli podejście do osób niepełnosprawnychi do osób które są wytykane palcami w środowisku rówieśniczym. Takich jest dużo – a to ktoś ma inny plecak, dużo kolczyków, innego koloru włosy, zbyt kolorową koszulkę, za mało kolorową itd. Mam nadzieję, że będą potrafili w drugim człowieku zobaczyć człowieka, chociaż to trudne jeśli chce się być akceptowanym przez grupę.

Piszę o tym na bazie ostatnich wydarzeń. Nie chcę tutaj rozpatrywać kwestii Margot, bo nie wiem jak było. Jednak czytam różne komentarze w necie na temat tych co profanują symbole religijne, o tych co biegają nago po ulicy, o tych którzy są agresywni itp. i myślę sobie, że to strasznie krzywdzące takie generalizowanie. Ale byśmy się oburzyli, gdyby o wszystkich heteroseksualnych, ktoś wydał osąd na podstawie zachowań jednostek. Bo wśród hetero również są profanujący, biegający nago i agresywni.

Nie lubię generalizacji. Ostatnio irytuje mnie generalizacja dotycząca nauczycieli, że nieroby i nie chcą powrotu do szkół, bo nie chce im się robić. Nie lubię generalizacji dotyczących dzieci, że nic nie rozumieją. Nie lubię tej o kobietach, że one lepiej zajmą się dziećmi i domem. Nie lubię tej o Polakach, że to złodzieje itd.

Naprawdę mam nadzieję, że moje dzieci w każdym człowieku najpierw zobaczą osobę i nie będą generalizować. Mam też nadzieję, że będą mieli na tyle pewności siebie, że nie dadzą się skrzywdzić generalizacji.

Kurki muszą być

Wakacje spowodowały że najstarszy zasypia bliżej północy. Jest na etapie strachów nocnych (wyobraźnię to on ma), więc gdybym przypadkiem zasnęła przed nim, dzielnie mnie budzi.

Za to rano… Rano mam dużo budzików – jest tylko poranny konflikt między Drugim a Trzecią, kto teraz wyłącza. Oczywiście najstarszy śpi niewzruszony. Ja tylko otwieram oko i próbuje sprawdzić czy wszyscy są bezpieczni. Bezpiecznie może jest dla dzieci, za to sól, klocki, papier toaletowy już mają inne życie ;). Kara za podsypianie musi być, w duecie z kawą ;).

Potem już tylko budzenie Pierwszego (zawsze mam nadzieję, że będzie miało to wpływ na późniejsze zasypianie) i prośby o zmianę piżamy w dzienne ciuchy. Już nie mam czasem siły walczyć z piżamką skaczącą wraz z dzieckiem na trampolinie. Po co się szarpać? Zaczęłam poprostu dawać im luźne dzienne ciuchy do spania 😉 wtedy tylko ja wiem, że to ubranko z nocy ;).

Mężowski urlop powoli się kończy, więc z rana tatuś przywozi nam kurki na jajecznicę (zawsze na urlopie stara się upolować kurki na patelnię). Dziś to nawet będzie na sosik – będą to kurki z sosem a nie odwrotnie. Oprócz tego ja zrobiłam ponad 300km jako kierowca. Jeszcze mąż lekko się boi, bo widzi co wyprawiam, ale dzieci siedzące z tyłu mi ufają.

Byliśmy nad jeziorem, potem na grillu u znajomych ;), ale najpierw u rodziny na kawie. Mieliśmy pojechać obok po deski. Jednak mój pilot prowadził mnie później dalej. Mówił „prosto, prosto, prosto” i tak dojechaliśmy w gości. Wracaliśmy po ciemku i już zdecydowanie mniej się boję. Doceniam w końcu to, że jestem niska, a nie średnia, bo poprostu przysuwam fotel na maksa i już jest ok. Mąż dla odmiany przesuwa na maksa do tyłu ;). Więc nie jest jak źle czasowo jeśli chodzi o ustawianie przez nas fotela.

I tak wakacje mijają, a po wakacjach… Pierwszy będzie pierwszakiem. Staram się o tym nie myśleć, ale chyba się nie da. Do niego jeszcze nie dociera, że nie spotka się już z kolegami z przedszkola – cały czas planuje co z nimi będzie robił we wrześniu. I tak mijają dni całkiem przyjemnie.

Ot życie

Ja – Przestań gonić brata!
Drugi – Ale ja się tylko bronię!
Ja – Tak?
Drugi – Muszę go uderzyć, zanim on uderzy mnie.


Drugi – Wykorzystujecie mnie do pracy!
Ja – Jakiej?
Drugi – Mam sprzątać klocki oraz wynosić po sobie talerz.


Wujek – Nie lubię gołębi, one strasznie niszczą dach.
Tata – Gołębie to nic przy bocianach, te dopiero niszczą.
Pierwszy – A sokoły to są jeszcze gorsze!
Ja – A dlaczego?
Pierwszy – Sokół ma ostre pazury i jak siądzie na dachu, to od razu robi ogromne dziury.


Chłopcy otrzymali językowe przeszkolenie od cioci i teraz jest nowa wrzuta:
Drugi – Bo Ty to jesteś stolec!

O tym, że nie powinnam śpiewać

Pierwszy: Mamusiu ciocia zainstalowała mi nową grę na swojej komórce.
Ja: Tak, a czy gra się bezpośrednio postacią, czy jest w innej formie?
Pierwszy: To gra karciana.
Ja: A jej akcja ma miejsce w średniowieczu, współcześnie czy w przyszłości?
Pierwszy: W średniowieczu, bo są zamki, rycerze oraz szkielety i zombiaki.


Ja (włączyłam muzyczkę): Bujamy bujamy…
Trzecia: Mamo! TY NE


Huśtam Trzecią i śpiewamy repertuar fasolek.
Ja: Mydło wszystko umyje.
Trzecia: Oczy – ne!
Ja: Nawet uszy i szyję
Trzecia: Oczy – ne!


Patrzę na córkę, a ona taka lekko brązowa – taka kawa z mlekiem.
Ja – Chyba ruszałaś moją kawę!
Trzecia – Nie!
Ja – Toż widzę.

Pani Kicia

Kilka dni temu o poranku (tak kole 10) dzieci spotkały na naszym podwórku małego kota. Wujek stwierdził, że to 🐈 pani kotka. Kot młody i nawet jakoś bardzo nie bał się dzieciaków.

Trzecia robiła podchody a jak tylko zwierzę spojrzało w jej stronę krzyczała „boję kota” i zwiewała w trybie przyspieszonym.

Nasza Pani Kicia (takie nadali jej imię) zachowywała się tak, jakby nie umiała przeskoczyć przez płot, jedynie radziła sobie z przechodzeniem przez dziury. Chłopcy bawili się z nią patyczkami i traktowali jak psa – jeszcze chwila a ogarnęłaby aportowanie ;).

Ze względu na moją i męża miłość do kotów (i jeszcze większą teściowej) zabroniliśmy dokarmiać zwierzę. Proszę mi uwierzyć – próba uratowania mojego mleka do kawy była naprawdę trudna, aczkolwiek zwycięska. A to, że nie poszłam specjalnie do sklepu kupić rybki spowodowało chwilowego focha.

Tłumaczyłam, że nie można za takiego kota nic robić, bo się nie nauczy łapać myszek i tym samym radzić sobie w życiu (podawałam przykład robienia kanapek). Ale gdzieś zaczęłam się sama martwić jak ten szkrab sobie poradzi. Po wystawieniu ogłoszenia do netu, okazało się, że to kot zwiedzający okolicę i radzący sobie w życiu.

Pani Kicia wygrzewała się spokojnie w słońcu, gdy zobaczyliśmy, że na drugim końcu podwórka Pierwszy biegnie za kotem i krzyczy „Pani Kiciu, nie uciekaj”. Okazało się, że są u nas dwa koty. Jeden zaprzyjaźniony z moimi dziećmi, drugi zwiewający w popłochu.

Koty zostały na noc na dworze. Rano ich już nie było. Dzieciaki poradziły sobie z rozłąką. A dziś znów przyszła Pani Kicia. Poczekała na chwilę zabawy. No i zdecydowanie nie była zadowolona, że wychodzimy.

Wyszła pod bramką i nas śledziła. Chowała się za krzakami i podbiegała. Na początku myślałam, że to przypadek, ale ona naprawdę szła z nami na spacer. Dzieci się wzruszyły, że Pani Kicia ich lubi. Ja natomiast zaczęłam się martwić. Przed nami było przejście przez ruchliwą ulicę i wejście do autobusu. Obawiałam się jak kot sobie poradzi w takiej sytuacji. Ewidentnie znała teren bliżej nas (taka wieś w mieście)..A jak z resztą?

Ciężko dwulatkę przekonać do swoich racji, a co dopiero małego kota? 😉 Nawet nie miałam w planie przekonywać Pani Kici do tego, że ma dalej nie iść, bo wiedziałam, że i tak zrobi co zechce. Zobaczyła ulicę i przestała iść. Mądry z niej kociak. Ciekawe kiedy znów zajrzy na zabawę?

Idziemy do zoooo…

🦉 🐍 🐅 🐻
Każde dziecko jest inne i gdy ma mniej niż 3 lata jest zakręcone na innym punkcie. Pierwszy był fanem dinozaurów i strażaków, Drugi maszyn i budowy (ma tego pod dostatkiem), a Trzecia uwielbia piosenkę „Idziemy do Zoo”.

Jest na jej punkcie tak zakręcona, że „zoo” było pierwszym słowem jakie mówiła. Plany wyjazdu do zamojskich zwierząt, kwitły w nas od dawna. Najpierw mieliśmy wziąć chłopców jak obydwaj jeszcze mogli wejść za darmo. Później planowałam samodzielną wycieczkę pociągiem z trójką dzieci (młoda była jeszcze jeżdżąca w wózku) i później  oglądanie zwierząt. Jak dobrze, że mi się rok temu skończyły wakacje zanim wprowadziłam plan w życie.

Kolejny raz pomyśleliśmy półtora tygodnia temu i ustaliliśmy, że jako osoby oszczędne jedziemy w poniedziałek (bilety są za 18 a nie za 26 zł). Jeden poniedziałek był już zajęty, bo w planie była wycieczka pociągiem. No i ruszyliśmy dziś!

Udało się jechać względnie spokojnie. Pierwszy bił brata udając głuchego i nie reagując na moje uwagi. Drugi nie oddawał bratu widząc, że na nich patrzę. Trzecia zrzuciła buty i sprawdzała czy zamek w drzwiach jest skuteczny.

Dojechaliśmy do Zamościa (mamy około 100 km.) i bardzo byliśmy zadowoleni, że ktoś specjalnie dla nas postawił drogowskazy. Zaparkowaliśmy na ostatnim wolnym miejscu, a następnie weszliśmy do jeszcze w miarę pustego zoo (jak wychodziliśmy wszędzie były tłumy).

Najpierw spotkaliśmy niedźwiedzia, ale po chwili okazało się, że są tam dwa „misie”. Mnie osobiście urzekła Hedwiga (już wiem czemu od jakiegoś czasu nie przylatuje do mnie z pocztą – odpoczywa w Zamościu). Sowa śnieżna jest poprostu prześliczna.

Trzecia była zachwycona każdym okazem, ale w praktyce mówi, że był tylko miś. Drugi spokojnie oglądał wszystkie zwierzęta i nie liczył na jakieś szczególne okazy. Po powrocie mówił, że najbardziej chciałby mieć w domu (zakładając, że jesteśmy ogrodem zoologicznym a zwierzę jednak nie chciałoby nas zjeść): płaszczki, boa dusiciela, panterę, lwicę, lemury, pelikany, żyrafy, zebry.

Pierwszy nudził się podczas oglądania danieli oraz ptaków. On MUSIAŁ natychmiast obejrzeć jakieś groźne zwierzęta a nie jakieś nudy. Patrzyliśmy przez szybę na tygrysa, który nagle skoczył. Od tego momentu był usatysfakcjonowany ilością adrenaliny. On dla odmiany jest zafascynowany: tygrysem, boa dusicielem lwem, dużą i średnią rybą (zepsuł się opis), niedźwiedziem i panterą.

Nasz najnowszy żart jest na temat boa dusiciela – dalibyśmy mu orzechy włoskie i by nam je ściskał i łypał ;). Zakładając oczywiście, że nie chciałby wcześniej ścisnąć nas.

Oczywiście były też minusy. Nie było niestety lwa płci męskiej :). Hipopotam się gdzieś schował. Brakowało wielbłąda (nie miał humoru), a kangury właśnie sobie spały i ciężko było zobaczyć, że to właśnie te zwierzęta. Do żyraf i zebr ciężko było trafić. Ogólnie brakowało mi jakiegoś „prowadzenia” przez park, bo miałam wrażenie, że coś mogliśmy ominąć. Jednak zoo było naprawdę zadbane i w sam raz na siły i zapał małych dzieci.

Pamiętacie „Króla lwa”? Tam tak dostojnie poruszają się żyrafy, aby przywitać dziedzica prezentowanego na lwiej skale. One naprawdę tak chodzą! Są naprawdę cudowne. Mam tylko nadzieję, że jest im tam dobrze.

Już pod koniec mieli dosyć, ale dwa place zabaw troszkę ich podniosły na duchu. Nawet Trzecia, która prosiła o noszenie na rękach, dostawała mocy w nogi i biegła szaleć. Powrót do domu był zdecydowanie spokojniejszy – 2/3 ekipy spało, a najstarszy był wyciszony.
My tylko jacyś tacy zmęczeni wróciliśmy, ale dzieciaki zadowolone i my też. Polecamy Zoo w Zamościu :).

Spontaniczne wędkowanie


Za starych dobrych czasów, gdy byliśmy jeszcze młodzi 😉 i bezdzietni byliśmy bardzo spontaniczni. Po pracy wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy przed siebie. Troszkę to się pokomplikowało, gdy pojawił się Pierwszy.

Pakowanie nas na dwudniowy wyjazd poprzedzały długie rozmyślania, bez czego nie damy rady. Co ciekawe – przy kolejnych dzieciach pakowałam nas szybciej i w mniejszą ilość toreb. Aczkolwiek nie ukrywam, że zdarzało nam się jechać na działkę z przyczepą (wtedy braliśmy rowerki i wszystkie ukochane koparki i wywrotki).

Drugi już bardzo długi czas marzył o pójściu na ryby z tatą :). Jednak biorąc na wyprawę jedno dziecko, warto spytać również inne. Tym razem Pierwszy miał ochotę na łowienie ryb. No i nagle okazało, że jedziemy wszyscy, bo mąż miał pewne obawy czy ogarnie dwójkę. A jak ja to i Trzecia. Ogólnie 😉 było spoko, ale cały czas byłam ostro skupiona czy najmłodsze nie ćwiczy zbiegania prosto do wody, albo nie zwiewa dowcipnie w drugą stronę.

Ale wracając do początku ;). Jak już się domyślacie – nie brałam tym razem przyczepy, ale zmieściłam się w jeden duży plecak z kocem i kilkoma bluzami. W drugim plecaku miałam wałówkę (w praktyce jadłam ją sama, bo dzieciaki wyjadły rybom kukurydzę). I całość pakowania zajęła mi 30 min. – w międzyczasie wypiłam kawę.

Gdy dojechaliśmy, wychowawczo poprosiliśmy młodych ludzi, żeby również coś przenieśli z samochodu. Trzecia wzięła butelkę wody, Drugi jedno krzesełko, a Pierwszy! Uwaga! Wyciągnął z siatki dwie puszki kukurydzy i je dzielnie przeniósł.

Gdy udało się zarzucić pierwszą wędkę – Drugi poczuł zew natury. Siedział i patrzył. Normalnie byłam w szoku. Nikt brata nie złapał za ucho ani siebie za skarpetkę (to moje osiągnięcia jak byłam ze swoim tatusiem na rybach). Pierwszy również ćwiczył swoją cierpliwość i siedzenie w miejscu. Tylko, że ryby brały im jak szalone. Więc kilka razy prawie dostałam wędką w głowę jak siedziałam za Pierwszym (te emocje i ekspresja).

Ryby były malutkie, a gdy zabrałam obydwie komórki idąc z Trzecią oglądać kozy i gęsi, to podobno Pierwszy złapał suma, który miał około 50 cm. Ze względu na niewymiarowość powrócił do jeziora zanim wróciłam.

Pod koniec jadły nas komary, Drugi się znudził wędkowaniem, Pierwszemu ryby łapały się co chwilę, a tatusiowe przynęty były ignorowane.

Później był duży dylemat czy zabieramy ryby, czy wypuszczamy na wolność. No i mimo dylematów małych dziecięcych serc, marzenie o spróbowaniu własnoręcznie złowionej rybki było silniejsze.

Całą drogę powrotną Pierwszy rozważał jak je przyprawi. Oczywiście sprawiał już rybki podobno w przedszkolu i nawet po sobie posprzątali z kolegą (ja nie wiem co się w tym przedszkolu dzieje! 😉 ). Faktem jest, że dzielnie je później myli z Drugim i przyprawili. (Cytryna, czosnek, pieprz ziołowy, sól) Jedną nawet Pierwszy zjadł tylko troszkę narzekając na ości. Reszta spróbowała, natknęła się na ości i postanowiła zjeść kanapki z szynką.

A dziś w nocy tatuś o 3 nad ranem zabrał na męski nocny połów Drugiego (Pierwszy powiedział, że woli spać). Młody z emocji zasnął tuż przed północą i spał 3h. I podobno zasnął dopiero w drodze powrotnej około 11. Bo jak się domyślacie – lekko się wynudził, bo tym razem rybki nie brały co sekundę jak ostatnio. Plus zmęczenie też robi swoje, a on był bardzo dzielny. Pierwszy miał nadzieję, że nie będzie ich dłużej i się obraził, że już wracają (cóż…życie).

No i na koniec ustalili między sobą, że następnym razem dzieci śpią w nocy, a tatuś jak już musi jeździć po ciemku to może sam.

Pociągiem do Radomia


W poniedziałek, w końcu udało mi się zgrać samopoczucie z pogodą i z minimalnym zapasem cierpliwości w kieszeni. Najważniejsze, że gospodarze życzliwie czekali na ten moment wcale się nie obrażając o poprzednie odwołanie wycieczki. Pojechaliśmy pociągiem do Radomia. Precyzując – ja jako jedyny dorosły, prawie siedmioletni Pierwszy, prawie pięcioletni Drugi i dwuletnia Trzecia.

Uwielbiam jazdy pociągiem. Kojarzą mi się z wakacjami i ukochaną babcią. To były czasy kiedy brała nas na Hel i nocowaliśmy w wagonie kolejowym. Miało to swój urok. Morza nie pamiętam, ale to, że dawało się rozłożyć fotele w przedziale tak, że zajmowały całą podłogę, to już tak.

Teraz jechałam do mojej friend, to atrakcja dla mnie, niekoniecznie dla moich dzieci. Dla nich frajdą miała być dłuższa jazda pociągiem.

Pierwsza niespodzianka była już przy kasie. Ja jako człowiek światowy sprawdziłam w internecie, że ten pociąg co kończy trasę we Wrocławiu, to ma nawet specjalne przedziały dla matek z dziećmi do lat 6. Zaliczyłam ostrego „karpika” gdy dowiedziałam się, że jednak nie ma takich udogodnień, a pociąg jest złożony z wagonów bez przedziałów. Ostro się zestresowałam, bo moje dzieci nawet jak są anielskie to są poprostu dziećmi i niekoniecznie chcę komuś psuć podróż.

Kolejną niespodzianką był remont naszego dworca. Przejście od kas do peronów było zwiedzaniem okolicy.  Spacer był przerywany piciem więc troszkę trwał.  W pociągu zasiedliśmy na swoich miejscach i usłyszeliśmy w głośnikach informację, że zepsuła się lokomotywa i z automatu będziemy mieli conajmniej 15 minut opóźnienia.

Jak już ruszyliśmy, Pierwszy wpadł w panikę:
„Mamo, musimy zapiąć pasy! Jedziemy!”. Co ostro rozbawiło naszych współpasażerów.

Trzecia chodzi już dłuższy czas bez pieluchy, więc miałam dużo obaw w związku z toaletą. Spokojnie zajmowała się oglądaniem zmieniających się pejzaży za oknem. Jednak w końcu stwierdziła, że czas na wc. To był moment szczególny. Spodobalo jej się tam bardzo i chodziła co chwilę twierdząc, że musi już natychmiast zrobić siusiu. Szkoda że nie liczyłam kilometrówki, bo to był niezły dystans.

Potem musiała sprawdzić wszystkie wolne miejsca czy są równie wygodne (gdy jej nie pozwalałam zaczynała ostrzegawczy ryk, jak to mają w zwyczaju dwulatki, które właśnie coś sobie wymyśliły). Oczywiście wszystko przerywała informacją o tym, że musi już natychmiast pójść do łazienki.
W tym czasie każdy z chłopców chci koniecznie siedzieć koło mamy. A ja stałam lub łazilam do laziebki. Gdy poczułam, że zaraz wyczerpie mi się cierpliwość usłyszałam w głośniku: „Dojeżdżamy do Radomia”.

Tak… ta trasa, bez przedziałów to było maksimum naszych możliwości. Na dworcu czekała na nas Nika – człowiek cierpliwy, który niczym się nie dziwi. I dobrze, bo Pierwszy wcale nie czuł się pewnie widząc kogoś nieznajomego i wypalił:
– Nie podoba mi się ta pani. Jedzie od niej gumą balonową.
Mistrz złośliwości. Aczkolwiek fakt, że ciocia ładnie pachniała – jak guma balonowa.

W domu czekały na nas ekstra tory i kolega Olek, którego od teraz uwielbia wręcz Drugi. A na mnie czekał wygodny fotel. Trzecia dla odmiany przestała mnie potrzebować. Również spodobała jej się bardzo łazienka, ale wprost mówiła, że pójdzie tam tylko z ciocią.

Pierwszy powoli i burzliwie się oswajał i nawet nie poszedł z nami na pizzę. Za to zaopiekował się nim pełnoletni „wujek”. Wręczył mu „pada” do gry i już od tej pory jest najcudowniejszą osobą stąpającą po ziemi. Gdy Olek z Drugim wrócili i zobaczyli, że chłopaki grają, długo nie czekali na wyciągnięcie drugiego zestawu. Przyjaźń mimo różnicy wieku została zawarta (przynajmniej jeśli chodzi o moich).

Powrót był już spokojniejszy. Co widać na zdjęciu. Drugi poprostu zasnął, a reszta zgodnie patrzyła przez okno. Co ciekawe jak wstał Drugi to młoda ostro go odpychała od okna, żeby jej nie przeszkadzał.

Naprawdę byłam szczęśliwa, że spod dworca odbiera nas mój mąż. Nie dałabym już rady dłużej kontrolować bezpieczeństwa. Szkoda jednak, że nie było tych przedziałów, napewno oszczędziłoby mi to dużo spiny.

Kilka osób mnie pytało kiedy znów taka wyprawa. Odpowiedź jest prosta: Wtedy kiedy dojdę do siebie po tej i zatęsknię za wspomnieniami z dzieciństwa.

Świat oczami Trzeciej

Wiecie co? Moi bracia myślą, że są tacy duzi i popisują się jakimiś „sztukami” na huśtawce. Tylko to wcale nie jest trudne. Stawanie na tym oparciu wyszło mi szybciej niż im. A tak się chwalili. Jak nie ma czym.

Oprócz tego kompletnie nie mają poczucia zmysłu konstrukcyjnego. Pierwszy dwa dni budował samolot, chował go przede mną. Ale jak go zostawił od razu go poprawiłam. Kabina w ogóle nie pasowała do wyglądu, to ją odczepiłam. Potem skrzydła były nie takie jak trzeba, to pozmieniałam je lekko, przy okazji coś odpadło, ale moim zdaniem i tak nie było ważne. Nie zrozumiał mojej dobrej intencji i krzyczał przez długi czas, że jestem okropna i mam więcej nie ruszać jego rzeczy – niewdzięcznik jeden.

Poza tym ten Drugi to w ogóle jakiś jest dziwny. Przytula się do mojej mamy i nawet nie rozumie, że ma sobie pójść jak go uderzę i wsadzę mu palec w oko. Co gorsza potrafi oddać. Samolubne dziecko.

A ta mama. Wasze też takie są? Nie pozwala mi wyrywać się i wbiegać prosto pod samochody. Ona wtedy tak fajnie reaguje – okazuje się, że całkiem szybka z niej bestia.

Ale za to jedną rzecz sobie załatwiłam. Długi czas męczyła mnie o noszenie butów. Ona zakładała, ja ściągałam. Teraz, jak mam ochotę to noszę, jak mi się nie chce to nie. Troszkę mam wolności.

A i nie rozumiem czemu nie można jeść z talerza brata? Strasznie się wkurzają jak to robię. Normalnie muszę przecież sprawdzić czy przypadkiem nie dostali lepszego kawałka.

A te dziabiące komary? Dziab dziab i dziab dziab robią. Może je w końcu nakarmicie i przestaną mnie gryźć?

Wspomnienia z egzaminów na prawo jazdy


Minął rok od kiedy zmagałam się trzy razy z egzaminem na prawo jazdy. Troszkę już ochłonęłam. I umiem się całkiem szczerze z tego śmiać. Uwaga długie 😉 ale najlepszy jest 3 egzamin.

Egzamin nr 1

Upał był jak diabli. Naprawdę cieszyłam się, że samochód ma klimatyzację, bo chyba przez pot straciłabym wzrok oraz przyczepność kierownicy. 

Ruszyłam – powoli i niepewnie. Wszystko było ok – ale krótko. Skręt w lewo na światłach. Wiedziałam, że skręt musi być szybki i sprawny. Widziałam, że już ładnie się samochód naprzeciwko składa do skrętu, ale nie przewidziałam, że jest za nim przyczepa oraz kolejny wolnobieżny pojazd. Jedyne co mogłam zrobić to wjechać na pas obok i wyprzedzić te koromysła, albo w nie wjechać „bo zawsze miałam ustawiać się na tamtym pasie”.

Standardowo miałam dość duże problemy z ruszaniem pod górę (ruszanie z ręcznego idzie mi nieźle, ale ja w stresie Muszę! Muszę być chyba ambitna) i czuję i widzę, że już dość dużo jeżdżę. Jest szansa, że zdam. Ewidentnie kierujemy się do Word. Jeszcze ostatnie zawracanie na rondzie. Jedynka dwójka i szpula. Oooo! Nagle zobaczyłam pana prawie na swojej masce. Gdyby egzaminator nie zahamował to byłoby źle.
Był to pan o kuli w kraciastej koszuli (tak tak 😉 wiem że się rymuje).Naprawdę z tych emocji go nie widziałam. I to była dla mnie nauka – więcej pokory i spokoju zawsze. Zdecydowanie nie zasługiwałam tego dnia na prawo do jazdy. Pan egzaminator powiedział mi, że był pewien że zareaguję, bo naprawdę miał w planie zaliczyć mi ten egzamin.

Egzamin nr 2. 

Proszę pojechać w… yyy prawo. Jadę, a tam raczej egzaminy i nauki jazdy zawracają, a ja mam jechać prosto. Normalnie nigdy tam nie byłam. Jedziemy i nagle komenda – niech pani skręci w lewo.

Zamiast zwolnić i pomyśleć gdzie u licha jest ten skręt (oj było to zamotane skrzyżowanie), ja w stresie naginam tą drogą tak samo szybko. No i nie wyłapałam jak wygląda droga i nagle z lewej pojawił się samochód i zrobiłam typowe wymuszonko.

Kolejna nauka – jak nie wiesz co i jak to istnieje hamulec a nie nachrzaniasz „na pałę”, bo jakoś to będzie. Zdecydowanie nie powinnam była dostać prawa do samodzielnej jazdy. Zresztą za to również zbierałam baty na jazdach i miałam na to zwracać uwagę.

Egzamin nr 3

Godzina 7 rano! Doszłam do wniosku, że jest szansa, że o tej porze moje emocje nie do końca się jeszcze obudzą i może uda się po prostu przejechać trasę. 

Z Word wychodzi taki miły pan… dokładnie ten sam, z którym jechałam za pierwszym razem. Może nie pamięta, że chciałam przejechać pana o kuli w kraciastej koszuli? 

Mam już zgodę na ruszenie do zaliczania łuku. Puszczam delikatnie sprzęgło, gaz i nic! Drugi raz i dalej nic. Powoli zaczynam się budzić z paniką – sprawdzam czy mam na jedynce, czy wyłączyłam ręczny (wszystko ok). I znów – sprzęgło, gaz i nic! Egzaminator – widzę, że jest pani w wielkim stresie, spokojnie. Jeden oddech i eureka! – nie włączyłam silnika!

Łuk jak zwykle perfekcyjnie, ruszanie z ręcznego zresztą też (Władcy Dróg techniki mnie nauczyli, ale wszystko to.co ode mnie zależało już wychodziło gorzej). Już wyjechałam i nagle słyszę „Ja to chyba już z panią jechałem. To pani chciała rozjechać pana o kuli?”. Tak, był nawet w kraciastej koszuli ;).

Jedziemy dokładnie trasą, która jechałam dzień wcześniej z moją instruktorką (zebrałam ochrzan bo miałam w planie samobójstwo pod tirem). Ale jest ok. Do czasu, aż mam zrobić zawracanie – ale oczywiście wymyśliłam że zrobię to ładnie. Tak pięknie, że zaliczyłam chodnik! Zawracanie do poprawy. Parkuję po 10 oddechach i jest spoko. Pan mówi że teraz mam sobie wybrać miejsce do zawracania – jedziemy przy bardzo długim parkingu. 

No ale wiedziałam, że na końcu jest piękne miejsce do zawracania. Zawróciłam i była krótka rozmowa.

Egzaminator – Tak spytam z ciekawości, jeśli mogę. Miała pani cały parking. Czemu pani tutaj nie zawracała?

Ja – Jakby to panu powiedzieć. Jestem niska i jak wybieram sobie miejsce to najgorsze z możliwych. Na przykład za busem z ciemnymi szybami. A wiedziałam, że tam na końcu będę miała gdzie zawrócić.

Egzaminator – Już rozumiem.

I tak sobie jechaliśmy. Było bardzo przyjemnie. Już nie myślałam o tym, że niedługo koniec, po prostu sobie jechałam. 

I w końcu dojechałam! Z pozytywnym efektem. Dotarło do mnie dopiero po jakimś czasie, że zdałam.

I jakoś brak mi puenty ;).