Gdybym nas spotkała – szalona środa cz.2

Gdy wstałam z rana gdzieś w głębi serca wierzyłam, że ich spotkam. Od poniedziałku jeździli codziennie mniej więcej o tej samej porze. Dziewczyna była niewysoka i pchała zielony wózek. W wózku niechodząca dziewczynka. Razem z nimi dwóch kawalerów maszerujących bezpiecznie tuż obok. Chłopcy „na oko” w wieku przedszkolnym.

Mimo zaspania cała ekipa rozmowna. Dwa poprzednie dni chłopcy po wejściu do autobusu siadali, by po zadaniu matce kilkunastu pytań zacząć się „troskliwie kopać”. Prędzej czy później, najmłodsze dziecko również zaczynało się niecierpliwić i wszyscy nie mogli się doczekać momentu kiedy opuszczą pojazd.

Tym razem była jednak już środa. Mama o wiele bardziej zmęczona, dzieci bardziej zaspane. Autobus był prawie pusty, więc pozwoliła im siąść po jego przeciwległych stronach, mówiąc „Dziś możecie udawać że się nie znamy, a wy nie jesteście braćmi”. To był genialny pomysł, cisza i spokój. Dzieciom bardzo zabawa się podobała. Nagle, tuż po tym jak wjechaliśmy w korek przed budową, usłyszeliśmy dziecięcy głosik: „Mamo! Ja muszę siusiu”.

No byłam ciekawa co będzie dalej. Matka wyciągnie butelkę? Młody nie wytrzyma i się zmoczy? A może kobieta zrobi awanturę i postanowi wysiąść ma środku dwupasmówki wprost pod koła?

Dzieciak był dzielny! Dojechali do przystanku (wysiadłam za nimi zobaczyć jak rozegra się sytuacja). Tam jakoś dali radę a w tym czasie jedno z dzieci zaczęło zbierać szkło. Awanturowało się ostro gdy mama kategorycznie kazała je odłożyć.

Po tej akcji postanowiłam rzucić swoje sprawy i ich śledzić, czułam że to może być niezły ubaw.

Nagle dziewczyna zaczęła kierować się na przejście dla pieszych, pchając wózek przez rozwalony chodnik. Po chwili odwróciła się i wraz z dziećmi truchtem próbowali wrócić na przystanek. Pan ich widział, bo byli malowniczym obrazem na środku tej budowy. Chyba planowała przez chwilę jakaś alternatywną trasę tylko odjazd miałbyć z przystanku naprzeciwko.

Po przejechaniu kilku przystanków, dziecko wózkowe zaczęło narzekać. Nie pomagały zabawki, głupie miny itp.

W tym hałasie nagle usłyszałam przeraźliwy płacz jednego z chłopców. Krzyczał, że jest głodny. Sama widziałam jak na początku wyprawy mama karmiła dzieci musem w tubce. Ktoś zaproponował dziecku miejsce, a on zalany krokodylimi łzami był w stanie wygłosić tylko „jestem głodny”. Oj długo trwało aż kobietę olśniło (na tyle długo, że w rzeczywistości usłyszałabym to zdanie dobę później)!

  • Synku czy ty widziałeś naprzeciwko przystanku „sklep z zielonym płazem”?
  • Czyli jesteś głodny tylko na hot-dogi z tego sklepu i nic innego nie pomoże pokonać głodu?

No i tak dojechaliśmy sobie do miejsca w którym dziewczyna zostawiła dwójkę dzieci, później zostawiła jedno w innym miejscu. By pojechać na drugi koniec miasta i delektować się ciszą. Wracała też całkiem spokojna ;).

Kolejną wyprawę tego dnia zrobiła około 15. Z przedszkola wychodziła z obłędem w oku, mokrym czołem i w niedopiętej kurtce. Dzieci niezwykle rozbawione ubrane były prawidłowo. Wyrzucili do śmietnika jakieś szklane śmieci. Na przystanku chłopcy stwierdzili, że w ten trolejbus nie wsiądą ;). Matka nie pytała o zdanie i zrobili to co ona planowała.

Jednak powrót do domu po 18:30, był najlepszy. Dzieci spokojnie siadły. Nikt nikogo nie kopał, najmłodszy szkrab spał. Matka miała ostre zmęczenie na twarzy, a energię czerpała chyba z power banku w plecaku. Chłopcy mnie dojrzeli i ten starszy zaczął zabawiać mnie rozmową, młodszy mu troszkę sekundował.

I wtedy wszedł do autobusu york. Na drugim końcu smyczy prowadził swoją właścicielkę. Z radości zaczął wskakiwać na dzieci, które próbowały się odsunąć. Chłopcy powiedzieli, że proszą żeby pani przytrzymała psa, bo są uczuleni.

Kobietka odparła tylko, że na tego psa nie mogą mieć uczulenia, bo on nie uczula i wcale nie skróciła psiakowi smyczy.

Wiecie co zrobiła matka dzieci? Płacząc że śmiechu zamiast wytłumaczyć kobiecie, że winna zabezpieczyć swojego szczura, próbowała wziąć dzieci do siebie obok wózka. Łzy leciały jej ciurkiem, tak jakby system się zawiesił.

Normalnie jak nie „madka”. Zamiast stanowczo przemówić do opiekunki psa, najwyczajniej w świecie się śmiała. Dzieci troszkę się uspokoiły i zaczęły znów mi opowiadać o tym co lubią robić i jakie mają klocki w domu.

A matka nadal cichutko się śmiała, jakby nie była w stanie nic innego. Gdyby ktoś ją spytał czemu jest taka rozbawiona, odpowiedziałaby, że był to najbardziej nieprzewidywalny dzień jaki spędziła w ostatnim czasie (przypominam że tego samego dnia była też akcja „diamenty” opisana w części pierwszej).

Potem było lepiej. Już tylko półtora dnia brakowało do powrotu dorosłego wsparcia w naszym życiu :).

Nikt nas nie śledził, ale jeśli ktoś by to robił to mógłby taki tekst popełnić ;).

Aluminiowo wełniana rocznica

Foto zrobione przez małżonka – jakoś tak miałam skojarzenie z naszą codziennością i „potrójnymi owocami” naszej relacji.

Dziś i jutro mamy taki czas a nie inny. Na trzecią rocznicę związku sprosiliśmy całą rodzinę na wesele. Tym samym pozostaliśmy przy jednej dacie. Dziś mija 10 lat od kiedy jesteśmy w bliskiej relacji damsko-męskiej, przy czym 7 lat jako małżeństwo.

Teraz jesteśmy małżeństwem z trójką dzieci. Jest Niedziela Palmowa czyli za kilka dni Wielkanoc i jest 4 dni po imprezie urodzinowej ostatniej latorośli. Z atrakcji – korzystaliśmy, że jest niedziela. Tyle rozrywek :), na całe szczęście już wieczór, a ja dokończę sobie ciasto ze środy ;).

Po siedmiu latach jest zwyczajnie, dzień po dniu. Święta, wiosna, wędzenie, robienie przetworów. Pewnego rodzaju znajomość siebie nawzajem w różnych sytuacjach.

Byłam proszona jakiś czas temu o rady dla narzeczonych. Nie pamiętam jak to było, mimo tego, że trwało około 2 lat. Wiem tylko, że dałam sobie prawo do zmiany zdania do ostatniej chwili. Łamał mi się głos, gdy mówiłam słowa przysięgi. Sprawę traktowałam wtedy bardzo poważnie. I nadal pamiętam co ślubowałam mężowi w obecności Boga i świadków.

„Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”

Moc tych słów jest poważna i moim zdaniem zawiera się w nich wszystko.

Kolejnym zdaniem, które wtedy usłyszałam i jest dla mnie drogowskazem, to tekst:

„Pamiętajcie, żeby najpierw pracować nad sobą a dopiero później nad współmałżonkiem”.

Oj tak :). Wygodnie jest tłumaczyć wszystko tekstem „bo on…”. Trudniej zobaczyć to co „Ja” mogę zmienić.

Duża zmiana nastąpiła gdy pierwszy raz żadne nie odpuściło w „kłótni”, tylko od razu powiedzieliśmy sobie czemu robimy tak, a nie inaczej. Okazało się, że to nie jest otworzenie się na „cios” a zrozumienie sytuacji :).

Dużo się mówi o tym, że kobiety nie mówią o tym co mają na myśli, a mężczyźni rzadko się domyślają. Okazało się, że mówienie „bo ja tu cierpię a ty mi nie pomagasz” i foch – to nie jest mówienie dokładnie co ma się na myśli :). Bardzo było to dla mnie odkrywcze, że życie staje się prostsze gdy zamiast napisać smsa z pretensjami mogę napisać „załóż młodemu buty, drugiemu usmaż grzankę”. (SMS bom miała wygłodniałego noworodka na kolanach)

Póki co, jesteśmy w bardzo szczególnym momencie relacji, gdy najzwyczajniej w świecie próbujemy przetrwać. Od pięciu i pół roku jest między nami jakiś mały i mocno zależny od nas człowiek. Jak tylko najmłodsze dziecko zaczyna w miarę spać w nocy i witam się ze snem, dowiadujemy się, że kolejne 2 lata nieprzespanych nocy przed nami. Jakby co – spokojnie, Trzecia nadal nie śpi tak jak powinna 😉 wiec to nie ukryta informacja o ciąży ;).

Mamy wspólne tematy :), jesteśmy równo zmęczeni, czasem sfrustrowani i pogubieni podczas relacji z wymagającymi dziećmi. Ale jesteśmy w tym razem. Teraz marzy mi się 30 minut sam na sam z mężem bez wyrzutów sumienia, że zostawiliśmy komuś nasze pełne energii dzieciaki. Te marzenie próbuje zrealizować od 14 lutego zeszłego roku :), w najbliższym czasie będzie kolejna próba podejścia do „randki”. Zdrowia należy nam życzyć ;).

Muszę bo się troszczę

Ja – Synku! Musisz posprzątać pokój.

Pierwszy – Muszę to cię kochać.

I tak oto zostałam zabita własnym tekstem. Nie ukrywam, że jak się drą np. że muszę im teraz dać komórkę, pozwolić skoczyć z dachu czy na przykład zrobić natychmiast kanapkę odpowiadam „muszę to Cię kochać i z tego wynika cała reszta”.

No bo taka jest prawda :), gdy kocham nie pozwolę na zrobienie sobie krzywdy. Gdy kocham – będę się troszczyć i zrobię kanapkę. Ja nie muszę jej robić, ja ją zrobię bo chcę by byli najedzeni.

I jeśli kogoś kochamy to pomożemy mu sprzątać by był mniej zmęczony :). Skorygowałam mu wtedy ponownie o co z tą miłością chodzi.

Drugi (płacząc) – Mamo spadłem z krzesła i mnie boli.

Ja – Pokaż gdzie Cię boli.

Drugi (wskazując na środek krzesła) – No tu!

Ja (całując z pełnią troski zranione krzesło) – Już lepiej?

Drugi – Co ty mamo wyrabiasz?

Ja – To gdzie cię boli?

Drugi znów wskazując krzesło – No tu!

Ja ponownie wykonuje pełen czułości gest we wskazane przez syna bolące miejsce (bawiąc się setnie).

Drugi (śmiejąc się wskazał na palec) – Masz rację! Boli mnie tutaj 🙂 nie jestem krzesłem.

Jakbym naprawdę musiała to wszystko robić co „muszę” a nie robiłabym tego z miłości, dawno bym rzuciła to w kąt.

Ale z drugiej strony! To muszę kochać też niezbyt mądre, bo przecież nie muszę :). Ja po prostu kocham :).

Pierwszy rok

To już trzecie pierwsze urodziny jakie organizowałam.

To był najszybszy pierwszy rok życia :), poporostu śmignął. Trzecia nie jest już niemowlakiem. Powoli zaczyna mówić, ale komunikuje się bardzo sprawnie.

Jest taką nasza gwiazdką. Czasem się martwię czy nie wejdzie na głowę chłopcom. Póki co robi to bardzo sprawnie i skutecznie. Zwłaszcza wtedy gdy leżą i próbują zasnąć.

Widziałam ostatnio jak utuliła do snu czerwoną wyścigówkę :). Nie umiałabym tak jak ona położyć sobie autka na ramieniu i przytulić policzkiem. Takie czułości tylko jeśli ma się starszych braci.

Gdy robi coś czego jej nie wolno uśmiecha się bardzo szeroko. Klocki LEGO wkłada do buzi tylko wtedy, gdy może je ukryć w policzkach. Lubi przestawiać ustawienia w pralce i włączać ją od nowa jak tylko skończy.

Stoi często w drzwiach a jej oczy są dobrze widoczne w szybie. Czasem zabiera węgiel z wiader z kotłowni jeśli zapomnę zamknąć drzwi i niesie go do zabawek. Lubi też jabłuszka – wyciąga je po kolei z siatki, gryzie i odkłada na boku.

Lubi śpiewać zwłaszcza wtedy gdy cały dom śpi i jest cicho. Lubi też tańczyć przy okazji stukając stołem i wylewając mi herbatkę :).

Gdy się urodziła miała włosy. Tym razem mój głos nie wystarczył, uspokoiła się dopiero, gdy poczuła mój dotyk.

Jak byłam w pierwszej ciąży, znajoma która urodziła drugie dziecko powiedziała zdanie, którego nie mogłam wtedy zrozumieć. „Powoli się poznajemy” – ale jak to? Takie dziecko ma proste potrzeby, co tu poznawać?

Każde z moich dzieci jest inne, chociaż są tak bardzo podobni. Minął rok poznawania się, które zawsze jest dla mnie trudne, bo nie rozumiem o co chodzi i działam po omacku. Przygoda życia :). Miłość nie do opisania.

Męża sobie wybrałam 🙂 dzieci otrzymałam w darze i kocham je bardzo mocno. Budowanie tych relacji jest trudne, ale bardzo ważne i wartościowe. Zobaczymy jakie będą efekty za kilka i kilkanaście lat.

Protest nauczycieli 2019 r.

Długo zastanawiałam się czy oficjalnie wypowiadać się na temat strajku nauczycieli. Potem do ostatniej chwili miałam nadzieję, że rozmowy rząd-nauczyciele skończą się konsensusem.

Ciężko powiedzieć czy popieram strajk jako nauczyciel czy jako rodzic.

Pracowałam zarówno w oświacie jak i ostro fizycznie smażąc kotlety i szorując WC. Gdy zaczynałam moja przygodę po drugiej stronie biurka, była minimalnie większa różnica w wypłacie. Przez ostatnie 7 lat została ona zniwelowana.

Oczywiście, że uczenie młodzieży to powołanie i trzeba mieć do tego dryg, jednak za powołanie nie kupi się chleba.

Pracując w gastronomii czasem i po 12h na dobę, wychodząc z pracy mogłam zająć się sobą. Jeśli się odbiłam i nagle przestał działać grill 🙂 to nie był to już mój problem. Praca nauczyciela jest relacją z żywym i dorastającym organizmem. Nawet jeśli nie byłam wychowawcą bezpośrednio to nie dało się uniknąć relacji. Tu nie ma miejsca na bylejakość. W pracy jest się 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę.

Mówi się o 18h lekcyjnych. W ostatniej pracy miałam ponad 100 uczniów. Każdy potrzebował uwagi, ocenienia, uśmiechu. Oprócz tego rady pedagogiczne i zebrania z rodzicami oraz konsultacje i kółka zainteresowań. Pamiętam też ile czasu i energii kosztowało mnie przygotowanie akademii szkolnej, chociaż ta była przed 15. U nas w przedszkolu takie imprezy np. na dzień mamy i taty są popołudniu, a to oznacza, że wychowawczynie są już zdecydowanie po pracy.

Oprócz tego miałam wątpliwą przyjemność pracowania chwilę podczas wprowadzania aktualnej reformy. Klasy 6 nagle stały się 7. Skończyli historię na powstaniu Solidarności, a podręcznik rozpoczynał się od słów „jak pamiętacie, przed wakacjami omawialiście Francję za czasów Napoleona”. No nie pamiętali, bo to było dawno temu i zajęło w poprzednim programie tylko jedną godzinę lekcyjną, a wymagania były jak do co najmniej 2.

Kolejną zmianą jaką odczułam było ograniczenie lekcji indywidualnych. Do tej pory dzieciaki mogły mieć lekcje indywidualne w szkole i czasem chodzić na zajęcia ze swoją klasą. Teraz nauka jest sam na sam z nauczycielem tylko w domu bez kontaktu z rówieśnikami. Tym samym część dzieci, które otrzymały szansę na zrozumienie tematu lub nadrobienie tego co je omija z powodu choroby, idą „normalnym” trybem.

I teraz znów będzie jako rodzic. Czy ktoś mi może wytłumaczyć sens tworzenia papierologii dla nauczycieli przedszkolnych? Nie ukrywam, że lubię coroczne podsumowanie osiągnięć mojego dziecka, ale czy naprawdę nauczyciel zamiast zająć się maluchem musi pisać kolejne dokumenty? Dla mnie przedszkolak powinien czuć się zaopiekowany, zaakceptowany i zajęty zabawą lub pracami plastycznymi. Do tego fajnie aby się uczył funkcjonować wśród rówieśników. Co tu komplikować? Po co zajmować tym wychowawcom czas? Mało mają roboty z pełnymi energii kilkulatkami? I szykowaniem wierszyków na kolejne święto babci i dziadka czy Wielkanoc?

Ale najbardziej ruszyła mnie rozmowa z moim bratem. Nauczyciele są różni 🙂 jak w każdym zawodzie. Zostałam uświadomiona, że ci którzy potrafili mnie nauczyć np. podstaw matematyki czy biologii niedługo skończą karierę. Jak to jest z tą młoda kadrą? Czy będzie tak samo dobra? Czy to będą najlepsi? Z sercem i talentem do uczenia?

Za mniej więcej 2150 brutto nie będą to najlepsi. Do tej pory pracowałam w gminie wiejskiej to jeszcze trafił się archaiczny dodatek wiejski. W mieście wojewódzkim na starcie dostanę tyle.

  • Za odpowiedzialność za młodego człowieka, któremu nie tylko przekazuje się wiedzę, lecz także zwraca się uwagę na jego samopoczucie i sytuację rodzinną.
  • Za siedzenie nad sprawdzianami i kartkówkami.
  • Za rady pedagogiczne do późna w nocy.
  • Za telefony od rodziców w weekend.
  • Za wycieczki i odpowiedzialność karną.
  • Za to że uważanym sie jest za lenia i nieroba itd… nie wiem czy znów wygra we mnie powołanie. Czy warto? Ilu tak pomyśli? Kto będzie uczył moje dzieci?

Dlatego nie wiem czy jeszcze kiedyś będę nauczycielem. Popieram ten protest, bo chcę aby moje dzieci uczył ktoś z sercem i powołaniem i nie martwił się tym co włoży do garnka.

Piątkowe omijanie zatorów drogowych

Tak to w życiu bywa, że powrót autobusem w szczycie komunikacyjnym może się zmienić w fajną wycieczkę.

Piątki to takie dni kiedy mój mąż wcześniej kończy pracę. Mamy aktualnie jednego leżakującego przedszkolaka więc i drugi musi czekać. Z powodu ładnej pogody zdecydowaliśmy, że tatuś wraca do wiosennych porządków a my wracamy autobusem.

W jednym z dyskontów rzucono adidasy dziecięce, które świecą przy chodzeniu. Udaliśmy się na piechotę do pobliskiego. W planie było kupno butów dla najstarszego, ale były tylko 3 pary :). Zostawiliśmy w sklepie tylko jedna a resztę zabraliśmy ze sobą, płacąc przy kasie.

Pogoda ładna, do domu daleko, zator aut okropny. Przeszliśmy kolejny kawałek i udaliśmy się na dworzec kolejowy. Zbierałam się do tego prawie 3 lata.

Jako kolejarska wnuczka spędziłam dużo czasu na dworcach i w pociągach. Moje dzieci musiały poczekać na obejrzenie pociągu z bliska.

Jedna z większych atrakcji jest to jak zmienia się rozkład :). Zwiedziliśmy poczekalnię, byliśmy w podziemiach, ogłuchliśmy przy hamowaniu pociągu, a nawet widzieliśmy podłączanie i odłączanie lokomotywy.

Ze względu na to, że moje dzieci wszystkim mówią dzień dobry :), sokiści pokierowali nas w miejsce gdzie stoi zabytkowy parowóz.

Odpowiadałam na przeróżne pytania. Nie wiem jednak dlaczego tory kolejowe są obsypane kamieniami.

Po wszystkim wróciliśmy pustym autobusem poprzez puste ulice. Padliśmy dość wcześnie – nawet ja w łóżku dziecięcym. Polecamy wycieczkę na dworzec kolejowy :).

O diamentach, czyli szalona Środa cz.1

Diamenty jakie są każdy widzi 🙂

To wszystko wydarzyło się w środę, gdy nie było mojego męża :). Dziś tylko jedna część atrakcji, które zakończyły się wieczorem moim ogromnym rozbawieniem.

Nieoszukujmy się, ale dziecięca wyobraźnia to naprawdę super sprawa. Z kijka można mieć wędkę, pistolet, batutę itp. Czy pamiętacie jeszcze co robiliście w wieku przedszkolnym? Chodzi mi oczywiście o te wyprawy w nieznane i inne wprowadzające dorosłych w stan niepokoju „pomysły”. No myśmy kiedyś rzucali się butami 😉 i oczywiście skończyło się moją rozbitą głową. Koleżanka paliła znicze pod nieobecność rodziców :). Robiliśmy też tzw.widoczki ze znalezionych szkieł i drobnych kwiatków. No i starsi koledzy łapali muchy żeby wrzucać je pająkom krzyżakom do sieci a potem staliśmy i obserwowaliśmy rozwój sytuacji.

Podczas ćwiczeń wojskowych męża dzielnie ogarniałam dzieci. Wstawaliśmy rano, jeździliśmy do przedszkola, ja potem po Lublinie „Elką”. Później popołudnie u rodziców i wracaliśmy autobusem do domu po 18. Tu rozpalałam w piecu (dobre duszyczki uzupełniały mi opał), karmiłam szkraby i padałam wraz z dziećmi.

No i nadeszła środa. Nasze cudne miasto jest nieziemsko zakorkowane. Jak tylko autobus wyjechał z zatoczki i stanął w ogromnym korku (przejazd do następnego przystanku zajął nam kilkanaście minut), Drugi rezolutnie oznajmił „muszę siusiu”.

Naprawdę poczułam grozę. Nie byłam przygotowana na taką ewentualność (ciuchy na zmianę miał ale w szafce przedszkolnej, a w niemowlęce Trzeciej chyba by się nie zmieścił). Wytrzymał! Z autobusu wyskoczyliśmy w sam środek budowy. Dwóch przedszkolaków, niemowlak w wózku i pełno koparek oraz chaosu. Znalezienie ustronnego miejsca nie było możliwe, ale robiłam co mogłam.

Sytuacja opanowana – odwracam się i widzę uśmiechniętego od ucha do ucha Pierwszego. Obydwie dłonie miał pełne szkła. Właśnie zaczynał robić kieszonkę z bluzy :).

  • Zostaw to szkło!
  • Mamo, to nie szkło. To są diamenty! Muszę ich wziąć jak najwięcej.

Kilka dni wcześniej wielka wichura zdewastowała przystanek autobusowy. Ślicznie wyglądały te równe kwadraty ze szkła hartowanego. Nawet super się mieniły w porannym wiosennym słońcu. Smaczku i logiki dodawał fakt, że znajdowaliśmy się na ulicy Diamentowej. Sorki nie miałam głowy do robienia wtedy zdjęć :).

Coś musi być w naszej relacji, bo mimo piękności zdobyczy i chęci bogactwa, Pierwszy dość szybko dał się przekonać, że to szkło i powinno zostać na budowie .

Naprawdę, gdybym nie wiedziała co to, sama bym schowała jedno na pamiątkę 🙂

Na całe szczęście coś podjechało i spóźniliśmy się do przedszkola tylko w standardzie. Akurat były dni otwarte i wnieśliśmy ze sobą trochę chaosu :). Pierwszy spytał czy może opowiedzieć kolegom o swoim znalezisku.

Wyjście z przedszkola było w standardzie. Drugi umie się ubierać, ale tylko jak jest pod opieką pań. Pierwszy miał bardzo dużo zajęć. Standardowo straciłam cierpliwość i powiedziałam, że albo przyspiesza albo wychodzi w tym co zdąży założyć. W efekcie kurtkę zakładał w drzwiach.

  • Synku, czemu ta kurtka jest taka ciężka z jednej strony?
  • Bo mam w kieszeni diamenty.
  • Czyli jednak nie wszystkie zostały na przystanku?
  • Te włożył mi kolega. Znalazł pod przedszkolem i mi włożył do kieszeni, bo wiedział, że zbieram. Wiesz, że w miejscu przedszkola była kiedyś kopalnia diamentów?

I wyciągnął denko zielone od butelki. No takie z ostrymi wypustkami. Odebrałam mu je. Zresztą naprawdę nie wiem jak to się stało, że żadne z nas się nieskaleczyło i poinformowałam go, że to szkło . W głowie już przygotowywałam się mentalnie do kłótni i tego, że się na mnie obrazi. Dotarło do niego i zaczął prawie płakać, że nie wiedział. I wyciągnął dwa kolejne denka. Tych nie wzięłam 🙂 tylko ustaliliśmy, że nie rusza palcem i wyniesiemy je do śmietnika :).

Czemu dziecko nie powiedziało nikomu, że ma w kieszeni szkło? Prosta sprawa! Zabraliby mu ten skarb, przecież on serio się wkręcił, że to diamenty.

Po tej akcji wszystkie dzieci w przedszkolu wiedzą co to tężec :). Wizje przedstawione przez panie są bardziej drastyczne niż moje.

Po dwóch tygodniach, wczoraj pytam tych swoich ananasów co mają zrobić, gdyby znaleźli znów szkło. Drugi zapamiętał, że ma nie brać, Pierwszy rezolutnie stwierdził:

  • Biorę i zanoszę je pani!

Musiałam skorygować ;), że nie niesie tylko mówi gdzie jest. Przecież nikt tego ręką nie zbiera ;).

I tak naprawdę żałuję, że nie mam chociaż zdjęcia tych skarbów z ulicy Diamentowej. Już ich nie ma, pewnie robotnicy podzielili skarb między sobą.

O smokach i zupie ogórkowej

Drugi – Mamusiu czy dziś przeczytasz nam książeczkę?

Ja – Dziś nie, bo nie mam siły.

Drugi – ufff to super!

I weź tu się staraj matka :). Oczywiście sierotka Marysia jeszcze czeka na skończenie. Jednak pomyślałam, że mogę odświeżyć sobie książki, które kiedyś czytała mi mama.

Szukam ” żołędziaczka, który miotłował” :). Postanowiłam też wrócić do książki o smokach, które miały w termosie zupę ogórkową.

Pani w bibliotece dziecięcej nie miała pomysłu o co może mi chodzić. Na całe szczęście jest jeszcze internet. Po wpisaniu smok + zupa ogórkowa (podpowiada sama przeglądarka, czyli nie tylko ja z książki zapamiętałam te szczegóły) pojawia się tytuł „Sceny z życia smoków”.

Dziś czytaliśmy jak żabie śniło się, że jest cebulą i ma na głowie szczypiorek. Nawet sobie przypomniałam jakie to na mnie zrobiło wrażenie około 30 lat temu. Kiedyś bawiła mnie ta książka bardziej :). Ale 5 lat ma się raz w życiu, Pierwszego bardzo śmieszy :). Drugi dla odmiany nie może się doczekać kiedy skończę rozdział :).

Jakby co polecamy :). Czytanie dzieciom musi mieć sens :).

Życie wróciło do normy

Minęło dość szybko. Na całe szczęście. Bez pomocy rodziny byłoby ciężko. U jednych siedzieliśmy od rana do wieczora, inna część rodziny uzupełniała mi wiaderka z opałem. Dużo zrozumienia w przedszkolu z powodu codziennego dojeżdżania chłopców tuż przed 9, też było ogromnie istotne.

Naprawdę brakowało mi tego najstarszego faceta w domu. Dzieciom też :). Wrócił i jest już normalnie. Ta normalność to taka fajna sprawa.

Myślę, że już powoli mogę się przyznać. To co zajmuje mi tyle czasu i nie mam sił na pisanie, to kurs na prawo jazdy. Jestem już w połowie jazd. Zdecydowanie nie jestem prymusem, ale mimo wszystko postępy robię :).

Mam zdecydowanie dość przemieszczania się autobusem. Zajmuje mi to zbyt dużo czasu. Coraz ciężej bez stresu zdążyć mi z trójką na konkretną minutę i nie marznąć. Oprócz tego moje dzieci nie są ciche. Bardzo często są męczący dla innych.

Trzecia od maleńkości nie lubi jazdy autobusem. Drugi gdy widzi w pobliżu sklep Żabka natychmiast umiera z głodu, bo lubi hot-dogi. Pierwszy jest synem swojej matki i najwyczajniej w świecie jest rozmowny. Plus czasem emocjonalnie nieprzewidywalny.

Wiec uczę się, mało śpię :). Trzecią zostawiam pod opieką i próbuję nauczyć się nie robić głupot na drodze :). Dziś usłyszałam, że kiedyś się wyrobię.

Przedszkoliada Tour 2019

Od zeszłego roku moi chłopcy czekali na tę wielką imprezę na hali sportowej. Poprzednio udział brał tylko Pierwszy. Drugi kibicował dzielnie na trybunach, a Trzecia hopsała w brzuszku.

Zdjęcie ze strony Przedszkola nr 14 w Lubliniehttps://www.facebook.com/p14.lublin/

Zajęcia ogólnorozwojowe, przedszkole i piłka czyli Przedszkoliada to naprawdę wartościowy czas dla dzieciaków. Są to typowe zajęcia dodatkowe i płatne. Jednak nie są wcale takie drogie, ale pomocne w okiełznaniu wulkanów energii. Dla nas istotne jest również to, że nie musimy dzieci wozić nigdzie po pobycie w przedszkolu, a odbywają się w nim, po podstawie programowej.

Hura Hura! Drużyna Kangura! Młodzi panowie w niebieskich dresach, pogromcy pełnych energii przedszkolaków. Ja ich naprawdę podziwiam, bo widzę konkretne efekty ich działań. Młodzi lepiej łapią piłkę, potrafią kopnąć w określonym kierunku (tym co sobie zaplanowali) :). Osiągnięcie takich efektów przy grupie dzieci, które widząc piłkę zachowują się jak Ciasteczkowy Potwór na widok ciasteczka to naprawdę heroizm. Okiełznanie i wprowadzenie dyscypliny tym szkrabom, które wyróżniają się ilością energii na tle grupy kilkulatków, to nielada wyczyn.

Hura Hura! Drużyna Kangura!

U nas w przedszkolu zajęcia są w środy :). To jest najlepszy dzień na takie atrakcje, bo przychodzi kryzys wstawania, a zajęcia sportowe są dobrym motywatorem. Reszta tygodnia jest już z górki ;). Oni naprawdę je lubią.

Rok temu wyprawa w pewną lutową sobotę na Przedszkoliada Tour 2018 była dla mnie ogromnym wyzwaniem. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Hala sportowa i tłum dzieci grających w piłkę. No ale jak? Jak to zrobić żeby nie było chaosu, aby każdy maluch czuł się usatysfakcjonowany sportowo? Efekt był na tyle dobry, że nad udziałem w Przedszkoliada Tour 2019 nie zastanawialiśmy się ani chwili.

Organizacyjnie poległam, bo planowałam wózek, w ostatniej chwili zmieniłam zdanie i wzięłam nosidło do plecaka i zostałam z 3 pakunkami i trójką dzieci. Tatuś nas woził autem w obie strony. Na całe szczęście dobrych dusz nie brak. Chusty czerwone oraz zielone naklejki założyła chłopcom zaprzyjaźniona mama. Potem wzięła ich ze sobą do szatni i mogłam rozebrać Trzecią. Pani Edyto! Naprawdę dziękuję. Nawet nie pomyślałam, że przyda mi się pomoc, a była mi ewidentnie potrzebna, bo zaczynałam się kręcić w kółko.

Nasze przedszkolaki, buzie rozmazane jak to z drugiego końca hali sportowej :D. Ja moje dzieci rozpoznaję 😀 i inne zaprzyjaźnione też :D. Zdjęcie zabrane z profilu cioci moich dzieci :D.

Nasze przedszkole staje na wysokości zadania co roku. Występowanie w koszulkach reprezentacyjnych swojego przedszkola (szkoły) to zawsze wyróżnienie. Wyglądanie jak koledzy też jest ważne. Nasze przedszkole w logo ma piękną ciuchcię i dostaliśmy (tak samo zresztą jak rok temu) w piątek białe koszulki z logiem, czarne getry (rozmiar dopasowany do konkretnego dziecka!) no i czerwone chusty. Dla rodziców do kibicowania były zielone.

Udało mi się siąść wraz z kibicami naszego przedszkola. Naprawdę było to miłe i razem robiliśmy dużo hałasu. To było bardzo ważne zadanie, a my jesteśmy jako przedszkole ekspertami. Dla najbardziej zaangażowanych rodziców przewidziano nagrodę dla przedszkola. Rok temu udało się zdobyć bramki dla naszych dzieciaków. Bawiliśmy się świetnie, ale tym razem ilość rodziców z innego przedszkola przebiła naszą „jakość”. Niech im służy kosz :D.

Zielone chusty, przedszkolny transparent 😀 to my krzykacze 😀

Jeśli chodzi o organizację! 7 grup i w każdej około 30 dzieci. Kilka przedszkoli w jednej grupie. Myśmy w tym roku byli „zieloni”. Na każdym stanowisku sportowym prawdziwi sportowcy m.in AZS Pszczółka i Tytani Lublin. I każda grupa była na danym stanowisku 7 minut i szło się dalej. Myśmy w tym roku zaczynali od piłki ręcznej. Dzieci gęsiego w dwóch kolejkach, dwie bramki i po kolei rzucały zawodniczkom do bramki. Potem wraz z Tytanami trzeba było przeturlać piłkę do futbolu między słupkami i znów każdy ładnie czekał na swoją kolej. Potem był środek – dwie bramki, trzy piłki i tłum biegających dzieci :). Rok temu Pierwszy biegał sobie wokół, żeby nikt mu nie przeszkadzał, dziś już atakował piłkę oraz stał na bramce, momentami dla samego biegania biegał Drugi. Następnie było stanowisko z wodą, jabłuszkiem, banem i odpoczynkiem. Przechodzili potem do stanowiska z koszykówką, a następnie do siatkówki (siatka była ustawiona jak do tenisa). Na koniec nasza grupa malowała na ostatnim stanowisku „coś”.

Tu akurat widać stanowisko z piłką nożną, odpoczynek, koszykówkę i siatkówkę.

Każdy zadowolony, każdy zmęczony, każdy pograł z zawodowcami :). Był oczywiście kangur! No bo jak to, drużyna kangura bez kangura? Był też Gryf no i ! Opakowanie ciastoliny Play-Doh. Dzieciaki otrzymały upominki. Po pierwsze medale dla najlepszych, a przecież najlepsi byli wszyscy, po drugie dyplomy, po trzecie upominki od sponsorów: od Pelikan długopis, od Orlenu worko-plecak i jojo oraz oczywiście kubełek ciastoliny od Play-Doh. Plus dwie smycze do kluczy – nie analizowałam jeszcze jakie. Każde dziecko znalazło też zestaw naklejek z Epoki Lodowcowej.

Od lewej przedstawiam – Pan Wujek z drużyny Kangura w niebieskim dresie, Pudełko Ciastoliny Play-Doh, Gryfek oraz Kangur – sprawca całego zamieszania.

Jeśli usłyszycie w przedszkolu o Przedszkoliadzie to weźcie pod uwagę te zajęcia sportowe, bo według nas warto. No a nagroda dla dzielnych przedszkolaków w postaci gry na prawdziwej hali sportowej wraz z prawdziwymi zawodnikami jest warta uwagi. My jesteśmy na tak!