Gdybym nas spotkała – szalona środa cz.2

Gdy wstałam z rana gdzieś w głębi serca wierzyłam, że ich spotkam. Od poniedziałku jeździli codziennie mniej więcej o tej samej porze. Dziewczyna była niewysoka i pchała zielony wózek. W wózku niechodząca dziewczynka. Razem z nimi dwóch kawalerów maszerujących bezpiecznie tuż obok. Chłopcy „na oko” w wieku przedszkolnym.

Mimo zaspania cała ekipa rozmowna. Dwa poprzednie dni chłopcy po wejściu do autobusu siadali, by po zadaniu matce kilkunastu pytań zacząć się „troskliwie kopać”. Prędzej czy później, najmłodsze dziecko również zaczynało się niecierpliwić i wszyscy nie mogli się doczekać momentu kiedy opuszczą pojazd.

Tym razem była jednak już środa. Mama o wiele bardziej zmęczona, dzieci bardziej zaspane. Autobus był prawie pusty, więc pozwoliła im siąść po jego przeciwległych stronach, mówiąc „Dziś możecie udawać że się nie znamy, a wy nie jesteście braćmi”. To był genialny pomysł, cisza i spokój. Dzieciom bardzo zabawa się podobała. Nagle, tuż po tym jak wjechaliśmy w korek przed budową, usłyszeliśmy dziecięcy głosik: „Mamo! Ja muszę siusiu”.

No byłam ciekawa co będzie dalej. Matka wyciągnie butelkę? Młody nie wytrzyma i się zmoczy? A może kobieta zrobi awanturę i postanowi wysiąść ma środku dwupasmówki wprost pod koła?

Dzieciak był dzielny! Dojechali do przystanku (wysiadłam za nimi zobaczyć jak rozegra się sytuacja). Tam jakoś dali radę a w tym czasie jedno z dzieci zaczęło zbierać szkło. Awanturowało się ostro gdy mama kategorycznie kazała je odłożyć.

Po tej akcji postanowiłam rzucić swoje sprawy i ich śledzić, czułam że to może być niezły ubaw.

Nagle dziewczyna zaczęła kierować się na przejście dla pieszych, pchając wózek przez rozwalony chodnik. Po chwili odwróciła się i wraz z dziećmi truchtem próbowali wrócić na przystanek. Pan ich widział, bo byli malowniczym obrazem na środku tej budowy. Chyba planowała przez chwilę jakaś alternatywną trasę tylko odjazd miałbyć z przystanku naprzeciwko.

Po przejechaniu kilku przystanków, dziecko wózkowe zaczęło narzekać. Nie pomagały zabawki, głupie miny itp.

W tym hałasie nagle usłyszałam przeraźliwy płacz jednego z chłopców. Krzyczał, że jest głodny. Sama widziałam jak na początku wyprawy mama karmiła dzieci musem w tubce. Ktoś zaproponował dziecku miejsce, a on zalany krokodylimi łzami był w stanie wygłosić tylko „jestem głodny”. Oj długo trwało aż kobietę olśniło (na tyle długo, że w rzeczywistości usłyszałabym to zdanie dobę później)!

  • Synku czy ty widziałeś naprzeciwko przystanku „sklep z zielonym płazem”?
  • Czyli jesteś głodny tylko na hot-dogi z tego sklepu i nic innego nie pomoże pokonać głodu?

No i tak dojechaliśmy sobie do miejsca w którym dziewczyna zostawiła dwójkę dzieci, później zostawiła jedno w innym miejscu. By pojechać na drugi koniec miasta i delektować się ciszą. Wracała też całkiem spokojna ;).

Kolejną wyprawę tego dnia zrobiła około 15. Z przedszkola wychodziła z obłędem w oku, mokrym czołem i w niedopiętej kurtce. Dzieci niezwykle rozbawione ubrane były prawidłowo. Wyrzucili do śmietnika jakieś szklane śmieci. Na przystanku chłopcy stwierdzili, że w ten trolejbus nie wsiądą ;). Matka nie pytała o zdanie i zrobili to co ona planowała.

Jednak powrót do domu po 18:30, był najlepszy. Dzieci spokojnie siadły. Nikt nikogo nie kopał, najmłodszy szkrab spał. Matka miała ostre zmęczenie na twarzy, a energię czerpała chyba z power banku w plecaku. Chłopcy mnie dojrzeli i ten starszy zaczął zabawiać mnie rozmową, młodszy mu troszkę sekundował.

I wtedy wszedł do autobusu york. Na drugim końcu smyczy prowadził swoją właścicielkę. Z radości zaczął wskakiwać na dzieci, które próbowały się odsunąć. Chłopcy powiedzieli, że proszą żeby pani przytrzymała psa, bo są uczuleni.

Kobietka odparła tylko, że na tego psa nie mogą mieć uczulenia, bo on nie uczula i wcale nie skróciła psiakowi smyczy.

Wiecie co zrobiła matka dzieci? Płacząc że śmiechu zamiast wytłumaczyć kobiecie, że winna zabezpieczyć swojego szczura, próbowała wziąć dzieci do siebie obok wózka. Łzy leciały jej ciurkiem, tak jakby system się zawiesił.

Normalnie jak nie „madka”. Zamiast stanowczo przemówić do opiekunki psa, najwyczajniej w świecie się śmiała. Dzieci troszkę się uspokoiły i zaczęły znów mi opowiadać o tym co lubią robić i jakie mają klocki w domu.

A matka nadal cichutko się śmiała, jakby nie była w stanie nic innego. Gdyby ktoś ją spytał czemu jest taka rozbawiona, odpowiedziałaby, że był to najbardziej nieprzewidywalny dzień jaki spędziła w ostatnim czasie (przypominam że tego samego dnia była też akcja „diamenty” opisana w części pierwszej).

Potem było lepiej. Już tylko półtora dnia brakowało do powrotu dorosłego wsparcia w naszym życiu :).

Nikt nas nie śledził, ale jeśli ktoś by to robił to mógłby taki tekst popełnić ;).

Autor: Nieuczesana

Żona ojca swoich dzieci, mama Pierwszego, Drugiego i Trzeciej. Z wykształcenia nauczyciel historii - "wierzący i chwilowo niepraktykujący". Pełna dużej ilości chaotycznych myśli na różne tematy.

Jedna myśl w temacie “Gdybym nas spotkała – szalona środa cz.2”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *