Wakacyjna tradycja

Ziutek – zabytkowy trolejbus

Już od dwóch lat Pierwszy musi koniecznie przejechać się zabytkowym autobusem. Jeżdżą przede wszystkim w weekendy wakacyjne – Gutek czyli stary „ogórek” oraz Ziutek czyli stary trolejbus.

Dwa lata temu zostawiliśmy Pierwszego z tatusiem i przejechaliśmy wspólnie Gutkiem. Rok temu była już Trzecia, która nie lubi jazdy autobusem i co chwilę była głodna. Chłopcy jeździli zarówno Ziutkiem i Gutkiem razem z dwoma wujkami, a ja czekałam z najmłodszą.

W tym roku na trasę turystyczną ruszył tylko Ziutek. Trzecia bardzo nie lubi autobusów, więc zwiedzała z dziadkiem ogród saski. Chłopcy i goście jeździli ze mną Ziutkiem. Przewodnikiem była moja dobra koleżanka. Naprawdę przemyciła dużo ciekawostek na temat miasta.

Ziutek w środku. Ma fajne stoliczki przed każdą kanapą. Jakoś wątpię żeby było to standardowe wyposażenie kiedyś.

Oprócz tego było tradycyjnie – Drugi połowę trasy przespał, a Pierwszy narzekał na opowieści przewodnika. Za każdym razem narzeka, wychodzi zadowolony i nie może doczekać się następnego razu. Zaczynam się zastanawiać czy nie zmienić tradycji, ale on tak bardzo czeka na wakacje i wycieczkę trasą turystyczną.

Do tej pory dostawaliśmy w prezencie magnesy ze zdjęciem zabytkowego autobusu. W tym roku w można dostać monetę kolekcjonerską z okazji 90 lat komunikacji miejskiej w Lublinie. Pierwszy swojej nie pozwala nikomu dotykać bo czeka na to aż będzie warta majątek (albo dwa majątki!).

Kolejna przejażdżka za rok. Liczymy na powrót Gutka i może kolejny zabytek – Ikarusa.

O nowym mieszkańcu

Dziś chyba ostatnie refleksje związane z psychologicznym szkoleniem unijnym dla rodziców. Tym razem o tym jak zrozumieć dziwne zachowanie dziecka, gdy pojawia się rodzeństwo.

Pani prosiła abyśmy sobie wyobrazili, że jako młode szczęśliwe małżeństwo miło spędzamy czas i nagle druga połówka mówi o tym, że przydałaby się druga żona/mąż. Ogólnie pomysł dobry, tylko my jako dorośli ludzie możemy najzwyczajniej w świecie się wyprowadzić – dziecko już nie.

No i ten nowy mąż się pojawia i zaczyna używać naszych rzeczy i jeszcze nic nie może robić bo jest niedoświadczony. Bałagan za to robi i zabiera uwagę naszej miłości. Oprócz tego przychodzi rodzina i mówi że taki cudowny ten drugi mąż i powinniśmy być szczęśliwi, że jest :).

Pomijając już to, że jako dorosły samodzielny człowiek mogę się zbuntować, to daje to troszkę do myślenia. Taki młody człowiek czuje ogromne zmiany.

Pierwszy był pierwszym dzieckiem w obydwu rodzinach. Zaakceptował konkurencję, ale do czasu gdy Drugi zaczął pełzać do jego zabawek. Dużo wody przepłynęło zanim się udało opanować sytuację. Teraz umieją się razem bawić, chociaż lubią inne zabawy.

Aktualnie mają duży problem z niszczącą im wszystko Trzecią, która bardzo chce uczestniczyć w ich zabawach. Pierwszy teraz potrafi być zarówno opiekuńczy, jak i wykrzyczeć nam że on mógłby żyć bez siostry. Drugi dla odmiany zrobił się bardzo „przytulaśny”, a Trzecia jak widzi że go przytulam wpada w czarną rozpacz.

Sama mam rodzeństwo, widzę relację męża z jego rodzeństwem i wiem, że bez względu na te uczucia które wywoływaliśmy w sobie w dzieciństwie, jesteśmy dla siebie ważni. Już widzę patrząc na moje dzieci, że fajnie że mają siebie nawzajem. Tak miałobyć, że będą mieli siebie na dobre gdy dzielą się czekoladą i na złe gdy działają sobie na nerwy.

Wszystko w normie

U nas w domu czas burzy i naporu. Trzecia wpada w czarną rozpacz gdy nie pozwalamy jej bić braci (czasem nawet ich pogłaszcze). Drugi średnio raz na godzinę obraża się – powody przeróżne. Pierwszy desperuje a każdy powód jest dobry. Szukamy rozwiązań, dużo rzeczy już wyprostowaliśmy, wiele przed nami :), wszak każdy dzień jest wielką niewiadomą.

I na osłodę takie złote przemyślenia moich dzieci, typowych przedszkolaków.

Drugi – Mamusiu, a czemu te pieski w bajce nie robią kupy?

Ja – Bo to wszak czynność którą się robi w samotności. Chciałbyś żeby ktoś cię wtedy filmował?

Drugi – Mamo a ty wiesz że te pieski w bajce nie są prawdziwe bo mówią?

Ja – Naprawdę?

Pierwszy – Mamusiu, pani w przedszkolu spytała czy znamy jakieś słowo na literkę P, to powiedziałem „Pupa”, potem spytała o D to powiedziałem „D***”. Rozumiesz? Taka okazja! Ale nie spytała niestety o nic na T.

Ja – A na T byś powiedział „tata”.

Pierwszy – Nie, powiedziałbym „tyłek”.

Najlepsze zabawy

Obserwuję sobie ten świat i już wiem, że najlepsze zabawki są pochowanie przede mną. Gdy podchodzę, słychać ogromny ryk i chłopaki wołają mamę. Troszkę się musiałam namęczyć, aby znaleźć sposób na dostanie się do schowanych na parapecie małych klocków. Z czasem urosłam i jak stanę na palcach i troszkę nimi poruszam to potrafię wszystko zrzucić. Jestem wtedy naprawdę z siebie zadowolona. Próbuje czasem z nimi budować, ale strasznie się złoszczą jak mi się to wszystko rozpada w rękach.

Najbardziej lubię wtedy uciekać z jakimś klockiem w ręce. Oni wtedy tak śmiesznie krzyczą i mnie gonią. Normalnie ubaw po pachy.

Lubię też grzebać w kuchni w takiej fajnej szafie. Strasznie ciekawie brzęczą te talerze. Tylko czasem rozpadają się na małe kawałki. Wtedy mama mnie stamtąd zabiera – a wtedy dopiero bym sobie chętnie te kawałeczki pooglądała.

W pokoju mam swoją ulubioną szafę – są tam kolorowe koszulki mojego brata. Nie rozumiem czemu bierze tak mało rzeczy. Lubię mu przynosić po kilka każdego rodzaju. Rozkładam je wtedy na łóżkach i na podłodze. Chyba mamie się to nie podoba bo coś tam mówi, ale jak tylko się odwraca – wyciągam mu kolejne.

Na stole wszystko strasznie dziwnie stawiają – zwłaszcza kubki z piciem. Chłopcy zawsze je przesuwają na środek. Teraz i ja przesuwam już swój kubek tam daleko, bo przecież też już sięgam.

Wiem też gdzie trzymają kredki i kolorowe kartki. A najbardziej to lubię wyrzucać z pudełek takie pocięte karteczki, lub kartki w kształcie dinozaurów. Jeśli nie leży to wszystko na ziemi to jakoś mi tak nieswojo.

No i lubię być na dworze. Jeśli nie zamkną dobrze bramki to daje radę sama uciec za dom. Już wiem co trzeba przesunąć aby ich zabezpieczenia były rozbrojone, brakuje mi tylko troszkę wzrostu. Jak już ucieknę, pilnuję żeby za mną nie szli, bo wolę sama się wspinać i zjeżdżać. I nie wiem czemu nie pozwalają mi jeść piasku, ani zrywać zielonych owoców. Dziwni ludzie – przecież chcieć to znaczy móc, nie?

A jak mnie trzymają w domu to sobie stoję w drzwiach wejściowych i sprawdzam co się dzieje. Jak nie zobaczą moich oczek to czasem uda mi się uciec gdy ktoś wchodzi :). Taka jestem sprytna.

Początki przygody z kierownicą

Wiele osób mnie pytało, czemu nie zrobiłam wcześniej prawa jazdy. Ciężko powiedzieć tak naprawdę dlaczego :). W tym roku chyba jazda autobusem z trójką dzieci mnie przerosła. Dobiła sytuacja, gdy zorientowałam się, że zostaję sama z dziećmi na tydzień, a stojący pod domem samochód w niczym mi nie pomoże.

Mąż stwierdził, że jeśli chce to proszę bardzo – tylko żebym nie chowała dokumentu do szuflady. Mój wybór padł na polecanych przez zaprzyjaźnione chustowe mamy Władców Dróg. Jako jedni z nielicznych mieli pięknie wyłuszczoną cenę na stronie. Spokojnie porozmawiałam przez telefon. Odpowiedziano mi na wszystkie pytania, łącznie z tym czy napewno będę się uczyć na tym samym modelu samochodu na którym zdaje się egzamin w WORD. Okazało się, że bynajmniej 😉 za to zdaje się dokładnie tym samym samochodem na którym się uczy, bo gratis podstawiają go na egzamin.
Oczywiście! Nie obyło się bez przygód na starcie, bo wtedy gdy miałam ostatnie chwile na załatwienie formalności w urzędzie, dzieciaki zaczęły się po kolei rozkładać (dobrze, że stopniowo to dałam radę do jednego dziecka ściągnąć dziadka, a Trzecią zawiozłam do rodziców).

Gdyby nie pomoc licznej rodziny nic by z tego nie było. Jeździłam dzielnie na teorię popołudniami, a dzieciaki zachowywały się jakby zostały opuszczone przez wyrodną matkę. Drugi chyba najbardziej przeżył sytuację, bo na palcach odliczał koniec mojej nauki. Trzecia dla odmiany co wieczór była na mnie obrażona. Nauczyłam się dużo, otrzymałam dostęp do testów na stronie internetowej – dzięki czemu uczyłam się podczas karmienia młodej.

Nadeszła wiekopomna chwila. Poznałam moją instruktorkę Agnieszkę i zaczęła się zabawa. Oczywiście na początek postanowiłam siąść na fotelu pasażera. Potem była cała zabawa z „przygotowaniem do jazdy”. Jak dosiegałam do pedałów, waliłam się w brodę kolanami ;). Okazało się, że można obniżyć fotel i znów go przybliżyć. Było lepiej. Zagłówek nie jest przewidziany dla krasnali, wiec tylko opuściłam na maks. No i odkrycie roku! Okazało się że można pas przesunąć w dół, żeby mi nie lądował na czole. Odkrycie ważne, bo taką samą opcje mamy w naszym samochodzie i odkryłam to po 3 latach, wcześniej myślałam o zakupie fotelika dziecięcego.

No i zaczęło się. Okazało się, że mój mózg robi jedno, a noga drugie ;). Jak miała iść w dół szła w górę i odwrotnie (długo mi zajęło dogadanie się z nią). Pierwsze ruszenie, przejazd wokół parkingu i hamowanie. Jeszcze nie wiedziałam że nie naciska się najmocniej jak się da ;). Efekt był taki, że gdyby nie pasy uczyłybyśmy się latać.

Jak tak będziesz hamować to dzieci ci się porzygają

Słusznie zauważyła moja nauczycielka

I dlatego będą jeździć tyłem do osiemnastki

Podsumowałam

Jeśli chodzi o hamowanie to takie ostre kończyło się przy okazji sygnałem dźwiękowym. Jestem na tyle krótka, że jestem maksymalnie przysunięta do przodu i mój dość duży biust poprostu sobie bibczy ;).

Zawał serca murowany dla osoby przechodzącej przez przejście dla pieszych – szalona Elka, nie dość że hamuje ostro to jeszcze „bibczy”.

Nauka łuku następnego dnia to był koszmar dla instruktorki. Straciłam rano głos i w czasie jazdy rosła mi temperatura. Lusterko boczne miałam źle ustawione, widziałam linię której nie powinnam widzieć i ogólnie była to kicha nieziemska. Chyba pod koniec poprawiłam lusterko i od ten pory ogólnie było lepiej, ale półtora tygodnia musiałam zrobić przerwy, bo rozłożyłam się dokumentnie. Kończąc opowieść o łuku – na każdym z 3 egzaminów robiłam go dobrze za pierwszym razem. Nauczyli mnie, jak wyprowadzać samochód gdy nie jadę łuku tak jakbym chciała ;).

Kolejne anegdoty będą później bo muszę zrobić rysunki wyjaśniające co ja sobie wymysliłam, że mam zrobić, a co zrobić miałam.

Aktualnie uczę się jeździć po egzaminie. Tata „dał mi kajta” swoim samochodem. Najbardziej bałam się, że jednak schowam te prawo jazdy do szuflady. Ustawiłam fotel i lusterka w samochodzie taty i na małym parkingu próbowałam wyjechać ;). Ważne, że nikogo nie zarysowałam. Samochód taty jest dłuższy z przodu od samochodu władców o około 20 cm. Żeby było ciekawiej – nasz jest jeszcze dłuższy. Dziś jeździliśmy znów – po pustym wąskim parkingu ;).

Jeszcze orłem nie jestem, ale jeżdżę. A reszta opowieści za jakiś czas 😉

Detoks od gier

Godzina była późna wybitnie, gdy kategorycznie nakazałam udać się do łóżek. Drugi szlochał, że on jeszcze tylko chwilę. Jednak matka była nieugięta – kiedyś spać trzeba.

  • Mamusiu, ale jutro pozwolisz mi dokończyć grę? – spytał potulnie Drugi
  • Czy ty pytasz o to, czy ja zgodzę się na granie w niewidzialną grę? – próbowałam się upewnić czy dobrze rozumiem sytuację
  • Tak, w tę niewidzialną co wymyśliłem sobie. – odpowiedział nawet sam rozbawiony

Tak – moje dzieci mają ograniczone granie na komórkach, tabletach i komputerach. Tym samym boją się nawet bawić w wymyślone gry. Po wstaniu Drugi zaczął dzień od pytania:

  • Mamo to dziś już mogę skończyć grać? 🙂

A na zdjęciu 😉 – osobiście Drugi utrwalił swój świat „Minecraft” w piaskownicy. Ogólnie ja tam nic nie widzę, ale to on jest szczęśliwy.

O butach i wymownym spojrzeniu

„weź nie pytaj – weź to wywal”

Są takie relacje, które mimo braku czasu są tak poprostu wyjątkowe. I dziś znów odczułam, że nie każdy ma na mnie taki wpływ, który pozwala mi być sobą i się nie krępować.

Do ogarnięcia dziecięcych butów zbierałam się już długi czas. Zaczęło być to powoli męczące, bo wydawało mi się że mam np. sandały na konkretny rozmiar i okazywało się, że są w takim stanie że jakbym nie miała, albo są tylko minimalnie mniejszy rozmiar – czyli i tak nie użyjemy.

Zdarzało mi się kupować buty Drugiemu bo byłam pewna że akurat na rozmiar 25 nie mam (teraz dobrych adidasów i tenisówek na rozmiar 25 mam około 10 sztuk). Czas było to ogarnąć, spisać, opisać oraz wyrzucić to co zniszczone.

No z tym ostatnim jest największy problemy bo Pierwszy przy pomocy butów chyba szuka skarbów. Dlatego staram się, aby miał coś specjalnego do ogarniania swoich prac polowych i piaskowych.

Buty z szafy wyciągnęłam w poniedziałek i zajęły pół dość przestronnego przedpokoju. Przeszkadzały okropnie mimo tego, że były w pudełkach, siatkach itp. Minął jeden wieczór – oj dzieci późno zasnęły. Drugi minął hmm bo minął ;). No i nadszedł dzisiejszy dzień.

Dziś przyszła osoba która samym spojrzeniem daje mi tak odczuć że zostawianie czegoś to nie jest dobry pomysł, że szok. Znacie to spojrzenie „to nie jest dobry pomysł”? 😉 Ona taki ma. Jeśli dalej dyskutowałam, że może jednak się przyda, były mi pokazywane rozliczne mankamenty. Część czułam sama, bo i tak ich nie zakładałam dzieciom – ale zostawiałam z myślą, że sytuacje awaryjne bywają 😉 i tak mnie zasypało. (Dosłownie)

Efekt jest prosty – 4 pudełka butów :). Każde pudełko ma w środku opis jakie są w nim konkretnie buty i rozmiary, druga listę mam poza pudłami dostępną od ręki, żeby poprostu wiedzieć czy mam konkretny rodzaj buta w potrzebnym rozmiarze.

Oprócz tego stos butów do pożegnania :). Jeny jak dużo było butów których i tak bym im nie dała do założenia a trzymałam „na wszelki wypadek” :).

Dążę ogólnie do tego, że nie każdemu pozwalam zajrzeć do „szafy wstydu”. I nie przy każdym nie czuje się upokorzona widząc minę „chyba cię pogięło-wyrzuć to” :). Ogólnie jeśli już korzystam z pomocy, wolę oddać pod opiekę moje dzieci. W wypadku tej Persony 🙂 nie jest mi głupio poprosić o pomoc przy sałatce 🙂 czy przy odgruzowaniu pudełka

Są takie relacje, są takie przyjaźnie! Już poprosiłam o pomoc przy drugiej szafie wstydu. Tam są m.in. kurtki które nie zapinały się już wtedy gdy je kupiłam, ale wciąż łudzę się, że schudnę. Persona już ćwiczy wymowny wzrok pt.”weź nie pytaj – weź to wywal” ;).

O swetrach , pierogach i bezcenności

Wczesne godziny poranne. Początek lipca wiec 10 stopni . Dzieci ubrane identycznie „ciepło”.

Pierwszy – Drugi ciepło ci?

Drugi – Tak.

Pierwszy – Mamo! Czemu dałaś mu cieplejszą bluzę?

(Jeden zimnolubny, drugi przy 10 stopniach woli mieć czapkę na uszach)

Ja – Synku a może ja zacznę robić pierogi co?

Pierwszy -Nie rób i tak babcia robi lepsze.

Koleżanka do syna – Po tym leczeniu twoja noga jest bezcenna

Drugi (siedzący obok) – Ja jestem bezcenny!

Historia muffinów

Dyniowe wersja 1.0

Jest troszkę tak, że jeśli ma się taki charakter jak ja – czyli roztrzepanie level 1000 – jedzenie nigdy nie jest takie samo. Czasem mi się sypnie za dużo pieprzu (nawet uwielbiający ostre mąż je tylko ze względu na miłość) lub czegoś nie dodam. Ogólnie jest ryzyko jest zabawa. Dania nieprzewidywalne.

W czasach narzeczeństwa nauczyłam się piec muffiny. Były różne – pełne zaangażowania i miłości ale zawsze zjadliwe. Kilka lat po ślubie, gdy Pierwszy również podrósł postanowiłam upiec popisowe słodkości. Co to dla mnie? No i hmmm.. 3 lata później Pierwszy jak usłyszał, że upiekę muffiny to się załamał – „Znowu spalisz ;)? Bo były takie słodko-gorzkie.”

Okazało się, że na stancji był piekarnik elektryczny z termoobiegiem. Ustawiało się temperaturę i luzik. W domu mamy kuchenkę z piecykiem gazowym i dopiero od niedawna mam termometr kupiony dodatkowo :). Chyba wtedy piekły się zamiast w 180 st to w 250 st. Zjarały się w 10 minut, a powinno się je piec około 20-30.

A co się stało, że się przełamałam? Jestem od 3,5 roku członkiem grupy zrzeszającej matki noszącej dzieci w chustach. Ta świętuje 4 urodziny 🙂 – został zorganizowany matczynymi siłami piknik 🙂 na błoniach zamkowych. I można dołączyć się m.in. piekąc babeczki.

Kupiłam papierowe foremki, zatrudniłam dzieci, znalazłam termometr i zaczęliśmy w piątek pieczenia próbne. Nie spaliłam! 😉 Ale wyglądały źle. Ale dobrze, że zaczęłam od prób.

Wybrane najbardziej reprezentatywne muffiny śliwkowe…smakowały lepiej niż wyglądały

Kolejne dyniowe już wyglądały bardziej okrągło – dowód w zdjęciu głównym ;). Po kilku godzinach opadły i przypominały raczej ciastka zdeptane butem ;).

Pisząc o moich emocjach związanych z tym przytoczę jedynie komentarze osób dorosłych którym dałam do spróbowania:

  • Muszę?
  • Bo to źle robisz bo za mało wymieszane.
  • A nie będzie mnie goniło?
  • O! Nie wyszły.

Miłość rodzinna zwyciężyła i spróbowali oceniając, że smakowo są niezłe. Ja niby wiem, że ich wygląd mi nie wyszedł, ale moje uczucia zostały urażone. Postanowiłam rzucić tym w dal i olać temat muffinów – toż dużo osób upiecze, lepiej się nie kompromitować.

Tylko uświadomiłam sobie, że robię dokładnie to samo co moje dzieci. Uczę się coś robić i poddaje się, bo nie wychodzi mi tak jak sobie wyobraziłam. W takich momentach im tłumaczę, że przecież początki są różne i jak się nie będzie ćwiczyło to lepiej wychodzić nie będzie. Przecież każdy uczył się zakładać buty, zapinać guziki, rysować kółko i na początku wychodziło mu nieporadnie. Tylko jakoś ciężko mi to dopasować do estetyki moich wymarzonych wyglądem babeczek.

No i dostałam wskazówkę co robię nie tak ;). I tu fizyka się kłania. Dopóki będę używać samego papieru jako formy to będą rozjechane jak naleśnik. Jak z obrazka wychodzą tylko wtedy, gdy jest specjalna forma która trzyma ciasto, a papier w niej ;). No i mnie dopiero olśniło, że nie dość że piec był wtedy inny, to jeszcze pożyczałam od koleżanki formy silikonowe.

No i znalazłam moje małe silikonowe foremki :). Takie muffiny na jeden ząb. W kształcie serduszek i gwiazdek :). Niestety nie mam jeszcze pomysłu na te ich duże brzuszki z drugiej strony, ale już są bardziej apetyczne.

Kończę druga porcję muffinek. W piecu są dyniowe, na zdjęciu śliwkowe. No i tak walczę z tą internetową doskonałością, do której tym słodkościom daleko.

Tuż przed wypakowanien z formy
Tuż po wypakowaniu. Mój ulubiony to ta gwiazdka po prawej 😉 zawsze mi ładnie wychodził.

Przyznaję się, że jeszcze nie umiem, że się na nowo uczę. No i jak przedszkolak będę ćwiczyć, bo nie sztuka się poddać i rzucić ciastem w kąt – zresztą kto takie zaschnięte ciasto posprząta? 😉

Plan daltoński okiem mamy

Plan daltoński w wykonaniu Drugiego – te drewno na ławce nosił samodzielnie po dwa kawałki. Nikt go nie prosił – sam się chłopaczyna czuł odpowiedzialny za ciepło domowego ogniska

Udało mi się cały cykl o planie daltońskim skleić „do kupy”. Fragment dopiszę, może kiedyś będzie kontynuacja jak uda mi się czegoś od moich dzieci dowiedzieć. Możecie jednak wierzyć, że są oszczędni w przekazywaniu informacji.

Nie jestem specjalistą w temacie i wiem tylko tyle co sama zaobserwuję i to co powie Pierwszy, resztę doczytałam 😉 i zrozumiałam po swojemu.
Twórczynią planu jest pani Helen Parkhurst. Nie bez powodu mam dużo skojarzeń z systemem Montessori. Obie panie w pewnym momencie swojego życia ze sobą współpracowały. 
Są trzy filary planu:
* Współpraca
* Samodzielność 
* Odpowiedzialność
A może inne? 😉 Ogólnie to mi wbiło się w głowę ;). 
Mój syn najbardziej się cieszy, gdy sam może zrobić sobie w przedszkolu kanapkę. Często chodzi do szatni po swoje rzeczy. Dzieci mają przeróżne „dyżury”. Jest dyżur przyprowadzania dzieci rodzicom (pod okiem opiekuna), dyżur stolikowy itp. Pierwszy uwielbia dyżur łazienkowy – według niego polega on na tym, że zaprowadza się dzieci na mycie rąk :). 
Dzieci czują się potrzebne, odpowiedzialne za swoje przedszkole i za siebie.

Lodówkowe dyżury z zeszłego roku – niewątpliwie posiadam talent plastyczny hihihi

Na zdjęciu nasze rodzinne dyżury -czyli dyżur pilnowania wyrzucania śmieci i przynoszenia papieru toaletowego. Czasem dopilnowane, czasem nie. To na dole to tygodniowe mycie zębów rano i wieczorem . Teraz tłumaczę od początku. Warto zauważyć, że każdy dzień ma inny kolor – musiałam zmodyfikować samozwańczo sobotę (w przedszkolu i sobota i niedziela to kolor biały).

Na samym początku bytności Pierwszego w przedszkolu sceptycznie podchodziłam do zaznaczania przez dzieci różnych aktywności. Jako atrakcja i urozmaicenie tak. Oznaczanie było dla mnie nieszkodliwą fanaberią przedszkola. 
Lekko się zdziwiłam gdzieś koło października drugiego roku bytności w przedszkolu, gdy odprowadzony przeze mnie Młody powiedział, że mówiłam, że już środa, a w przedszkolu na rozpisce jest zaznaczony wtorek czyli niebieski. Nie dość, że pamiętał jakie są nazwy dni tygodnia to jeszcze wiedział jakimi zajęciami dodatkowymi ten dzień się wyróżnia.
Drugą fajną sprawą jest daltoński zegar. Teraz już biorę go na serio 

;). Na tarczy są pozaznaczane kolorami przedziały czasowe (5 minut, 15, 30) i tak wizualnie dziecko widzi ile zostało do końca czasu na wykonanie zadania czy zabawy. Przy okazji, tak przypadkiem wyłapuje jak czyta się czas na standardowym zegarze. Czyli tak sobie przypadkiem… 
Młodzież, gdy zaznacza na tablicy swoją obecność oprócz zdjęcia swojej buzi (od tego roku były zmiany ze względu na RODO i zapamiętywali swój obrazek) ma również zapisane swoje imię i przy okazji wizualnie poznaje litery.
Póki co Pierwszy wpadł w system bardzo płynnie. Zobaczymy jak system sprawdzi się w przypadku Drugiego, ale przypuszczam, że wtedy zauważę jeszcze inne fajne rzeczy z planu, których do tej pory nie zauważam.

Dopisek po roku – Pierwszy może i wpadł w system płynnie, ale Drugi to jakby się w nim urodził, bo większość rzeczy już znał wcześniej z widzenia.

Wykorzystywanie umiejętności w praktyce czyli jak se nie pokroicie to mama jeść nie da 😉 a tak serio to świetnie się bawili przy krojeniu cukinii za to ja musiałam ten czas przewidzieć podczas gotowania

Co się stało z dorosłymi, że dziecko dwuletnie czy trzyletnie robiące sobie kanapkę, sprzątające po sobie talerz jest czymś dziwnym. Odkryłam to całkiem niedawno, bo otaczam się ludźmi myślącymi podobnie.

Moi rodzice wychowali zgrabną ekipę ludzi samodzielnych. Dość zabawne było, gdy mój brat poproszony o „załatwienie jedzenia na imprezę”, zrobił domową pizzę, roladę łososiową, piękne kolorowe kanapki i upiekł ciasto. Nie przyszło mu do głowy, że chodziło o zadzwonienie po catering.Dla moich koleżanek i kolegów naturalne jest to, że dzieci coś robią z rodzicami, same wchodzą na rakiety do wspinania i uczą się zakładać buty.

W tym wszystkim byłam pewna, że standardem w przedszkolu jest to, że się składa talerze w zgrabną „kupkę”. Jednak okazuje się, że dzieci, dla których takie rzeczy są normalne, na dyżurze w innych przedszkolach robią niejaką sensację takim zachowaniem. Gorzej, bo zamiast takie zachowaniapromować, w niektórych przedszkolach „zakrzykuje się” dzieci, że nie wolno.

To powinna być norma, jak to, że się zmienia buty w przedszkolu, że szanuje się cudzą pracę. Normą powinno być pomaganie pani i próby zamiecenia tego, co się rozsypało. Normą powinny być dzieci brudne, bo samodzielnie jadły.

Plan daltoński ma wiele ciekawych rozwiązań, kącików itp., ale jeśli chodzi o naukę samodzielności, to powinna być ona standardem w każdym przedszkolu, nie tylko w daltońskim. Gdzie jak nie w domu i przedszkolu, dzieci powinny odczuć, że mają moc zarówno brudzenia, jak i sprzątania. Gdzie mają nauczyć się szacunku do osób, które gotują i sprzątają? Jak mają nauczyć się jeść nie brudząc czy zamiatać nie rozwalając śmieci jeszcze bardziej?

Rzeczywiście szybciej i bezpieczniej jest samemu rodzicowi posprzątać, ale za kilka lat dwie lewe i nastoletnie zbuntowane ręce będą grzały pupy przed tv albo innym ustrojstwem. Będą nam wyrastały dzieci żywiące się w restauracji, tudzież gotowymi daniami ze sklepu, bo rodzice zapomnieli nauczyć, pokazać, bo dzieci się pokaleczą.

Czy nazwiemy to dyżurem, obowiązkiem, czy zwykłym rodzinnym życiem to już szczegół, ale to nieprawda, że jedyną wartością jest tylko „szkoła”, bo dorośli też nie tylko pracą żyją – wszak jeść trzeba, a żeby posiedzieć na necie to warto mieć jakieś ogarnięte siedzisko. Czasem warto też odświeżyć ciuszki ;).

Reasumując, nie wiedziałam, że moje dzieci mogły trafić do przedszkola, które będzie wychowywało inaczej niż ja, a co gorsza, mogłoby podkopać moja mozolną pracę u podstaw.

Kącik lekarski wersja pierwsza

Na wstępie chciałabym podziękować za pozytywny odzew i wszelką pomoc zPrzedszkole nr 14 w Lublinie

Pani dyrektor podpowiedziała kogo pytać o różne sprawy, p. Magda i p. Beata wyraziły zgodę na publikację zdjęcia, a pani Wiesia stworzyła mi listę aktualnych kącików – bardzo dziękuję!
Na zdjęciu jest kącik lekarski, teraz jest w sali Pierwszego. Kąciki powstały na przedszkolnym korytarzu 

🙂 i był grafik zabaw dla każdej grupy. Oprócz tego ukochanego przez mojego syna miejsca, był też kącik krejzolek (młody twierdzi, że tam można było sznurek przeciągać przez dziurki w kartce), z grami planszowymi, z puzzlami i z kredkami. Każde dziecko mogło znaleźć coś dla siebie. Nastąpiły od nowego roku szkolnego zmiany (dopisek – ciekawe czy od nowego roku znów się coś zmieni)

Kącik lekarski jest wraz z moim synem w sali (to był news pierwszego dnia). Oprócz tego są:
– kącik małego odkrywcy (lupy itp. zawsze w cenie),
– kącik teatralny, (z możliwością przebrania się),
– kącik „kodowanie na dywanie” (odwzorowanie kształtów),
– kącik z Froeblem – buduję, poznaję, manipuluję, konstruuję (czyli zabawy z darami Froebla)
– kącik sprawnych paluszków (brzmi lepiej niż „uczenie się wiązania butów i zapinania guzików” nie?),
– kącik kolorowej kredki, 
– kącik zmęczonego przedszkolaka (czyli szerokopojęty odpoczynek).
Znów zastanawiałam się po co to nazywać? Kredki, leżak, puzzle – po co udziwniać? 
Pierwszy w pokoju dziecięcym też stworzył różne kąciki – warsztat samochodowy, kącik kuchenny, kącik klocków. Od razu fajniej się odkłada rzeczy na miejsce i łatwiej kategoryzuje.
Zdecydowanie lepiej uczyć się poprzez zabawę, tak przy okazji. Są dzieci, które poradzą sobie zawsze bez względu na to jak nazwiemy kącik. Są też dzieci które na słowo „nauczymy się” reagują alergią, ale jeśli zaspokaja się ich naturalną ciekawość świata, uczą się niechcący 

Czas przedszkolny to z reguły jesień i zima. Nawet ja nie wytrzymuję z dziećmi za długo na dworze. Po podstawie programowej jest wiele godzin do zagospodarowania. Ile można czasu siedzieć w swojej sali? Z tego też powodu uważam, że zagospodarowanie korytarza to bardzo dobry pomysł.

Oni tam nic nie robią tylko się bawią!

Podręczniki, książki i zeszyty muszą być! Najlepiej to jeszcze praca domowa z języka angielskiego – podpisywanie obrazków. Na koniec ocena opisowa oraz naklejki (żeby dzieci porównały, który rodzic wieczorem więcej w ćwiczeniach napisał).
Po podstawie programowej przydałyby się zajęcia z programowania i język chiński. Oczywiście do tego tańce, basen i akrobatyka.
Paranoja! Dzieci uczą się często całkiem niechcący. Trzeba dać im na to szansę, a nie zabijać w nich kreatywność.
Nikt nie ukrywa informacji o świecie przed pytającym przedszkolakiem. Ćwiczenie pisania literek zaczyna się podobno już podczas raczkowania (tworzą się wtedy połączenia między neuronami). Potem podczas wspinania się po drabinkach 🙂 następnie przy samodzielnym jedzeniu i ubieraniu. Prace plastyczne i ugniatanie ciasta to również ćwiczenie późniejszego pisania. 
Pierwszy pyta i mnie i panie w przedszkolu i „rysuje” literki. Większość już rozpoznaje. Bawimy się w taką grę „na jaką literkę zaczyna się słowo” :). 
Zabawa 🙂 i zaspokajanie ciekawości przynoszą skutek. Dodaje, odejmuje 🙂 czasem matkę irytuje 😉 (tak się zrymowało).
Jestem drugim dzieckiem moich rodziców i chciałam się uczyć :). Drugi również jest jakiś taki bardziej skory do współpracy przedszkolnej. Pierwszy od początku zyskał w grupie „ksywę” buntownik. On nie chce się uczyć. On nie będzie teraz śpiewał, bo ma inną wizję itd. itd. 
Drugiemu będzie raczej wszystko jedno czy opiekun podąża za jego potrzebą czy nie. Dla Pierwszego jest to różnica. Myślę, że gdyby jego nauczyciele nie podążali za nim i jego predyspozycjami to nie tylko podczas wstawania nie chciałby tam chodzić. Wiem, że buduje dużo z klocków, wiem, że niektórzy opiekunowie, zanim zacznie, proponują by zrobił projekt. 
Naprawdę fajnie mieć w grupie współpracującego Drugiego (nawet jeśli w domu będzie gorzej współpracował). Trzeba mieć jednak sposób na te częściej spotykane przedszkolaki – nietypowe za którymi trzeba indywidualnie podążać. 
Ja już wiem, że on jak emocjonalnie dorośnie do szkoły to będzie umiał sam kawałek wiedzy zdobyć.
Jako nauczyciel wiem jak ciężko pracować z grupą i traktować każdego dzieciaka indywidualnie. Ten plan daje pomysły i pomaga się otworzyć na to, że każdy z nas jest inny. Wprowadzenie tego do placówki wiąże się z naprawdę cieżką pracą w głowie nauczyciela. Na studiach uczyli nas zupełnie czego innego :). Dlatego w tym miejscu dziekuję, że kadrze naszego przedszkola (Przedszkole nr 14 w Lublinie) chciało się to wprowadzić, bo naprawdę to była duża ilość pracy :). Plus praca i główkowanie każdego dnia :).

Udało mi się uzyskać kolejne informacje. Zajęło mi to prawie rok. Na początku tygodnia pojawiają się tzw. zadania daltońskie. Ilość oraz ich poziom trudności jest uzależniona od poziomu osób, które mają je wykonać. I tak najmłodsza grupa ma za zadanie pokolorować obrazek, a prawie najstarsza trzy różne zadania (ciężko powiedzieć jakie bo Pierwszy nie przykłada wagi w domu do zadań w przedszkolu).

Co jest najważniejsze – nikt nie pogania, nikt nie namawia. Zadania mają być do koń wuca tygodnia wykonane. Odznacza się to na specjalnej tablicy. Wiem (troszkę katowałam głowę Pierwszemu), że on zadania robi dopiero w piątki, bo wcześniej są ważniejsze rzeczy. Uczy to planowania pracy własnej i odpowiedzialności za przydzielone zadania.

Myślę, że to jest coś czego brakuje w naszej Polskiej szkole. Fajnie by było gdyby były wymienione zadania do wykonania i uczeń mógłby wybrać kolejność ich wykonywania. Załóżmy, że w danym dniu ma być matematyka, język polski, plastyka i muzyka. Można spokojnie dać młodemu człowiekowi możliwość zrobienia wszystkiego w kolejności przez siebie wybranej. Istnieje jednak ryzyko, że nauczyciel przestanie mieć kontrolę. A nasza polska szkoła to egzaminy i podstawa programowa i nauczyciele którzy są z tego rozliczani. Smutne to lekko.