O różnicy wieku

Mamy mieć gości 🙂 bardziej dla mamy niż dla dzieci. Gość dziecięcy w wieku lat 2. Chłopcy narzekają, że mogłoby dziecko być starsze, bo klocki LEGO bo coś tam ;).

No ale rodzice tak nie do końca mają wpływ na wiek dziecka

mówię

Jak to nie?

Pyta Pierwszy

Normalnie! Ja to bym chciała mieć już takie trzy podrośnięte sześciolatki

Stwierdzam

No tak, ale bylibyśmy takie trojaki

Stwierdza rezolutnie Pierwszy

I tu nastąpiła moja wizja. Wiecie? Trzy płaczące maluchy które muszą być przytulone już teraz natychmiast. Wielki płacz, brak rąk, bezradność.

Wiesz co? To ja już wolę tak jak jest

Podsumowałam

Emocje

Dziś dalszą część opowiesci o szkoleniu dla rodziców. Ćwiczenie z emocjami przyprawiło mnie o białą gorączkę. Początkowo myślałam, że celowo dano taki podział emocji żeby ludziom było łatwiej je przyporządkować. Tylko wygląda na to, że prowadzącą również uważała, że są emocje złe i dobre. Bo jakoś nie czułam żeby miało to być podsumowane inaczej.

Dostaliśmy kartki z emocjami (m.in. nuda, złość, smutek czy zazdrość) i trzeba było dopasować je do dwóch grup „uczucia dobre” i „uczucia złe”. No i oczywiście były dyskusje w grupach, że to zależy od sytuacji czy to dobrze czy źle. No i tak miałobyć zrobione zadanie. I mocna była dyskusja m.in. o zazdrości że to niedobrze być zazdrosnym.

Nie wytrzymałam 🙂 i powiedziałam, że mylone są od początku pojęcia emocji oraz reakcji na emocję. Prawdą jest, że z emocjami możemy zrobić różne rzeczy. Różnie można sobie poradzić

Same uczucia ani nie są dobre ani złe. One są i tyle. Mają swoją konkretną rolę – informują o naszych potrzebach zaspokojonych lub nie. Jeśli już jakiś podział to raczej na przyjemne i nieprzyjemne.

Podałam przykład zazdrości którą bardzo wcześniej przeżywano. Zazdroszczę mamom, które mają podrośnięte wszystkie dzieci i spokojniej mogą odpocząć. To jest jedynie informacja o tym, że JA potrzebuję odpocząć. To nie znaczy, że będę porywać dzieci. Nie znaczy to też, że swoje zamknę w komórce. To jedynie informacja o mnie i o mojej niezaspokojonej potrzebie.

I tego powinniśmy dzieci uczyć, że uczucia to informacja. I trzeba uczyć się odpowiadać na te informację z szacunkiem dla siebie ale i dla innych. Jeśli jesteśmy źli to trzeba znaleźć przyczynę tego stanu. Niekoniecznie należy kierownikowi dać „prosto w dziób” 😉 ewentualnie zniszczyć przystanek. Są inne metody.

Nie ma złych ani dobrych uczuć. Uczucia to drogowskazy informujące o potrzebach (czasem zaspokojonych). One nie są oceniane moralnie. Oceniane jest to jak reagujemy np. Sąsiad ma nowy dom. Reakcja dobra – szukam rozwiązania żeby zarobić pieniądze i również zapewnić sobie piękny nowy dom. Reakcje złe: spalenie sąsiadowi domu, obrażanie się na sąsiada, życzenie mu źle.

Mam nadzieję, że rozumiecie. Uczmy dzieci, że w wypadku uczuć to one są ważne. I to co z tymi uczuciami zrobią.

Pięcioro dzieci i coś

Tę książkę poznałam w dzieciństwie. Już dziś nie jestem pewna czy czytała mi ją mama czy czytałam ją sama (za jej radą). Po tylu latach pamiętam tylko to, że bardzo mi się podobało.

Wypożyczyłam ją na moje konto. Założenie było proste – albo przeczytam na głos wraz z dziećmi albo tylko sobie.

Oczywiście był bunt z początku, bo oni wiedzą lepiej. Powiedziałam im, że zaczniemy i jak będzie do niczego to nie musimy czytać dalej. Jeden rozdział na dzień.

No i co? 🙂 Obrazili się, że tylko rozdział :). Dziś zaczynamy od Piaskowegoludka. Jak starczy czasu to dobijemy się Panem Kukeczką ;). (Wczoraj była odwrotna kolejność).

Zostałam kierowcą

Jest różnica między stwierdzeniem – „jestem z Ciebie dumny” a „możesz być z siebie dumny”. Tej dumy z siebie uczyłam się wiele lat. Teraz potrafię powiedzieć, że jestem z siebie dumna bo wykonałam kawał dobrej roboty.

Pod koniec sama miałam już coraz mniej wiary w siebie. Właśnie przede wszystkim dlatego, że to moje nerwy a nie przygotowanie do egzaminu psuły mi radość z pozytywnych egzaminów. Przygotowana byłam za każdym razem najlepiej jak się dało – to zasługa instruktorów z Władców Dróg. Naprawdę jestem zadowolona z mojego wyboru. Jednak każdą część egzaminu zdawałam po 3 razy.

Teorie zdałam, gdy byłam tuż przed pogrzebem i naprawdę nie miałam siły się przejmować testem. Praktyczny zdałam po kilku godzinach snu o 7 rano, gdy jeszcze nie do końca moje emocje się obudziły. Funkcjonować na „śpiocha” umiem 😉 wszak mam trzecie małe dziecko w ciągu 6 lat. Emocje budzą się później. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej 😉 to bym statystyk w szkole jazdy nie psuła.

Tak jestem z siebie dumna! Naprawdę jest z czego, bo zaczynałam od podstaw i moja noga wcale nie robiła tego o co ją poprosiłam. Teraz jeszcze dużo nauki przede mną :).

Bawialnia Terefere

Potrzeby mamy i dziecka czasem są zbliżone. Tym razem postawiłam na „reset”. Skoczyliśmy do bawialni numer 2 moich dzieci (nasze numer 1 niestety już nie istnieje).

Za co kochają moi chłopcy klubokawiarnię Terefere? Wbrew pozorom wcale nie za konstrukcje z kulkami (swoją drogą czystość tego sprzętu jest naprawdę niesamowita. Wygląda tak samo świeżo jak rok temu gdy byliśmy ostatnio. Wiem, że pani właścicielka czyści kulki regularnie i to widać). Moi chłopcy zakochali się w jeżdżącym pociągu LEGO Duplo. Ale około godziny stali też i układali konstrukcję z drewnianymi torami. Do zestawu jest dołączony stół z różnymi zakamarkami.

Atmosfera jest bardzo ciepła i serdeczna. Z drugiej strony dzieci są uczone dbania o dobro wspólne. Dziś akurat połowa kulek wylądowała na podłodze, pani nie miała problemu z wręczeniem pomysłodawcom pudełek i poproszeniem o posprzątanie. To naprawdę jest miejsce do którego chce się wracać. Jedyny minus to odległość jaką musimy pokonać od przystanku, ale niedługo (mam nadzieję) to nie będzie dla nas przeszkodą.

Chłopcy starali się nie wchodzić w konflikty (zwłaszcza między sobą). Trzecia pierwszy raz tak samodzielna była w bawialni. Z tej radości sama nie wiedziała co ma robić. Czy bawić się klockami? Czy jeździć autkami? Kusiła ją konstrukcja z kulkami. Pokusa byla mocna bo popatrzyła na bardziej doświadczonych i dała radę przeczołgać się pod przeszkodami (tyłem) i dotarła dzielnie do baseniku. Jednym słowem – główka pracuje ;).

A tu ewakuacja – została sama głowa do zabrania spod przeszkody
Tu już pomiędzy przeszkodami

Ja napiłam się kawy, spędziłam miło czas z koleżankami (z niektórymi się widziałyśmy jak ich dzieci i mój Drugi dopiero zaczynali raczkować). No i oczyściłam głowę. Na koniec udaliśmy się na pyszne kotlety w panierce z orzeszkami arachidowymi do dziadka. Zresztą drugi tuż przed obiadem padł, ale na środku podłogi, ale dał radę po kilkudziesięciu minutach wstać na jedzenie.

Ale i tak najlepsza była Monika, która uśmiechnęła się do mnie tuż po moim wejściu do bawialni:

  • Tak myślałam, że jesteś i to właśnie twoi chłopcy z dzikim piskiem wbiegli do sali z kulkami.

Także tego… 😉 Nie da się nas nie rozpoznać ;).

Podziel się

Kawka i ciasto od Unii Europejskiej

Gwoli wstępu daję znać co robiłam jak zostawiłam moje dzieci z tatusiem na 8h w sobotę. Historia tego szkolenia unijnego dla rodziców jest lekko zakręcona. Dość stwierdzić, że termin zgłoszeń upływał pomiędzy pogrzebem a złamaniem przez Pierwszego obojczyka. Naprawdę czułam się dziwnie tłumacząc z jakiego powodu oddaje zgłoszenie później, bo to brzmiało aż nieprawdopodobnie.

Szkolenie dotyczyło wychowania i rozwoju dziecka. Wbrew pozorom dużo wiedziałam, ale czasem warto niektóre rzeczy usłyszeć jeszcze raz. Oprócz tego były ćwiczenia – naprawdę fajnie pomyśleć o rzeczach które udały się nam w wychowaniu.

Dziś będzie o pierwszej rzeczy, którą niby wiedziałam, ale zawsze mimo chęci poprawy robiłam zdecydowanie nie tak. Dużo przeczytałam o tym, że dzieci wcale nie muszą się dzielić. Czytałam gdzieś porównanie dzielenia się zabawkami do dorosłego w kawiarni. Pijemy kawę, ktoś pyta czy może wypić z nami i jeszcze do tego chce zabrać nam czytaną książkę. I wszystko byłoby ok gdybym jednak nie namawiała dzieci do dzielenia się wszystkim jak przychodzą goście, a jak są w gościach mają rozumieć, że ktoś się nie dzieli (wszak to jego).

Wyobraźmy sobie sytuację w której przychodzi ktoś znajomy z dzieckiem. Dzieci się bawią i nasze nie chce dać zabawki, bo nie. Ja w takich wypadkach próbuje przemówić do serca młodego człowieka, że tamtemu smutno. Gdy my jesteśmy w gościach i drugie dziecko nie chce się dzielić – mojemu mówię, że tak bywa i nie trzeba się dzielić. Czyli początkowo tłumacze, że „gość w dom Bóg w dom” a w drugim przypadku jest informacja ” ale jak ty jesteś gościem to niekoniecznie ta zasada jest stosowana”.

Rzeczywiście przyjrzałam się swojemu podejściu. Wymagałam żeby byli życzliwi, a z drugiej strony nie walczyłam o nich gdy ktoś chciał ich skarby. Obce dzieci wiadomo 😉 ale z tymi gośćmi jest troszkę inaczej. No moim dzieciom pewnych rzeczy nie można ani w domu ani w gościach. Na harce gości przymykamy oko. Tym samym stosujemy troszkę inne standardy. Tylko dlaczego ze szkodą dla naszych?

Wynika to troszkę z wychowywania dzieci tak aby inni byli z nich zadowoleni. Czasem nawet obce osoby. Bo myśl „co ludzie powiedzą/pomyślą” kołacze mi w głowie za często.

Z jednej strony trzeba jakoś żyć w społeczeństwie i szacunować drugiego człowieka. Z drugiej tak naprawdę w głębi serca chciałabym aby moje dzieci były przede wszystkim szczęśliwe.

Ciąg dalszy przemyśleń nastąpi 😉

Jak pojechaliśmy w te i z powrotem

Plan był prosty – pojechać do koleżanki po kilka rzeczy, pod domem zrobic zakupy i wrócić. Jednak jak powiedziała Ania dzień wcześniej – mając dzieci nie da się nic zaplanować.

No i tak 😉 dzieci były nad wyraz grzeczne (walczą o możliwość wyjścia poza bramkę po ostatnich harcach w autobusie, bibliotece i innych miejscach publicznych). To pomyślałam, że pójdziemy na plac zabaw pod koleżanką. Ania zasugerowała lepszy! Tak zwany plac z rakietą.

No ale ja! Jak to ja! Mam talent do gubienia się ;). No i mimo prostej drogi poszliśmy naokoło! Ale trafiliśmy!

Plac zabaw z rakietą był hitem już w latach mojego dzieciństwa. Teraz został doposażony, nadal zadbany. Jest wielka rakieta zjeżdżalnia (Drugi bał się zjechać), samochód terenowy, samolot, pociąg, ogromny statek (kompleks zjeżdżalni przeróżnych oraz ścian wspinaczkowych). Do tego karuzele, huśtawki (również taka na której opiekun kołysze się z dzieckiem) i dużo piachu. Na całe szczęście piach tylko pod sprzętami co raduje mnie, która nie znoszę piasku pod nogami! Obok fontanna, małe boisko oraz miejsce na jazdę rowerem i stojaki na rowery. Nad tym ocieniające stare drzewa (starość w ich wypadku to około 40 lat, ale są wysokie i spełniają swoją funkcję).

Postanowiliśmy wrócić inną drogą, która przy okazji da mi szansę trafić tam od przystanku na którym powinniśmy wysiadać. Nie byłam przygotowana na plac zabaw więc zapasy wody były na wyczerpaniu.

Weszliśmy do sklepu, wzięliśmy wodę, mleko czekoladowe i już mieliśmy wybrać sobie lody gdy zajrzałam do plecaka. Okazało się, że karta, bilet miesięczny oraz dowód osobisty zostały na stole (w nocy zgłaszałam szkodę do ubezpieczenia i zapomniałam wszystko włożyć na miejsce). Na całe szczęście w kieszeni było awaryjne 2 zł i mogłam kupić wodę.

Wpadłam w panikę. Wycieczka na piechotę w te pogodę z trójką dzieci nie wchodziła w grę – za daleko. Wizja kontroli która bez dowodu nie chce spisać moich danych i czekanie na policję powodowało wzrost adrenaliny. Jednak płaczące dzieci ze względu na to, że nie dostaną tego co chcą zaczęły mnie budzić do rozsądnego życia. Nawet powiedziałam im że brak lodów to nic, co dopiero jak będzie kontrola. To panika dziecięca sięgnęła zenitu. Wtedy zaczęłam w końcu myśleć jak dorosły człowiek.

Bo przecież nie oszukuje miasta bo bilet opłacony, kontroli przede wszystkim może nie być. A jak będzie to najprawdopodobniej ktoś się zlituje nad matką trójki dzieci (żadnego nie zgubiła) i uwierzy na słowo jak się nazywam. Jeśli nie to też sobie przecież poradzimy. Musiałam uspokoić emocje maluchów 🙂 ale żeby to zrobić musiałam sama zrozumieć, że to naprawdę nie koniec świata.

Oczywiście jak się domyślacie – kontroli nie było. Za to pierwsze co zrobiłam to włożyłam zestaw wyjściowy na jego miejsce :). Lody kupiliśmy popołudniu. Na plac zabaw jeszcze pojedziemy.

Syzyfowe prace

W piątej klasie było zadanie domowe pt. „Napisz jakie prace są pracami syzyfowymi”. Cóż napisałam? Dostałam za pracę zaszczytną bańkę – napisałam dość krótko „Takie prace nie istnieją”. Bo dla mnie syzyfowa praca to oprócz tego, że taka bez końca to jeszcze bez sensu. No bo po co ten głaz na tę górę pchać?
Poprawiłam zadanie i nawet dostałam zaszczytną trójczynę. Napisałam wtedy, że syzyfową pracę wykonuje nasza pani od języka polskiego, gdyż nas tłuków i tak już nic nie oświeci. Napisałam to zdecydowanie bardziej prosto.

Dopiero jak mama zajrzała do zeszytu, zaśmiewając się do rozpuku wyjaśniła mi, że takich prac jest od groma. Aby zrozumieć grozę tych słów musiało minąć wiele czasu. Teraz bym zadanie wykonała o niebo lepiej i nie tylko chodzi o sposób pisania. Praktycznie większość mojego czasu zajmuję się taką działalnością. Tylko, że Syzyf miał taką karę, a ja co zbroiłam?

Pranie robię często. Tylko dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że wstawić to jest naprawdę jedna miliardowa roboty? Kilka dni odpuściłam sobie chowanie ciuchów na półki. Może i bym dalej udawała, że nie ma problemu gdyby nie to, że nie było go już gdzie kłaść? Dosłownie zaczęło mnie zasypywać. Na półkach jest pięknie (od kilku dni) wszystko poukładane to segreguję i układam w kosteczkę. W aktach desperacji zdarzało mi się … wkładać „na żywca” konkretnemu osobnikowi na półkę. Tylko ja mimo chaosu w sposobie bycia oraz tym wokół mnie, lubię porządek

Więc jeśli chodzi o system prania i suszenia (zwłaszcza w takie upały) mam naprawdę fajny system. Ale cóż z tego? Jeśli samo na półki nie wskakuje? Swoją drogą, może lepiej, że nie wskakuje bo by znów było na półkach jak zwykle?