Rangerek

Popołudnie nad zalewem z chłopakami

Stara miłość nie rdzewieje ;). Popatrzyłam na szaleństwa Pierwszego i moje serce znów zaczęło mocniej bić.

Moją pierwszą miłością jest jazda na rowerze:). Kilka wpisów temu pojawiła się w komentarzach informacja, że zanim zaczęłam chodzić, jeździłam na trzykołowym rowerku. Nie wierzyłam dopóki nie zobaczyłam Trzeciej w akcji – też jest ambitna ;).

Więc przedstawiam wam mojego Rangerka koloru czerwonego. Zresztą dziś zobaczyłam, że większość rowerów mamy czerwonych :).

Z Rangerkiem znamy się dłużej niż jestem z moim mężem czyli ponad 10 lat. Pamiętam jak dziś gdy kupiłam ten rower za 400 zł w Tesco :). Jeździłam nim na uczelnię i do pracy. Kiedyś tylko dzięki niemu nie spóźniłam się na pisemne zaliczenie ćwiczeń z historii najnowszej. 15 minut od pobudki byłam w sali. Ratował mnie też w czasie, gdy kończyłam pracę o północy, a nasze miasto jeszcze nie uruchomiło nocnych połączeń.

W kasku zaczęłam jeździć po wywrotce na piasku po wesołym slalomie. Z czasem zaczęłam używać rękawiczek rowerowych, oczywiście koloru czerwonego. W plecaku woziłam koszulkę odblaskową i płaszcz przeciwdeszczowy.

Potem w moim życiu pojawił się młody, przystojny i zainteresowany mną chłopak . Posiadał też samochód (zresztą też czerwony). No i wyszło na to, że jestem blacharą ;). A tak serio rower poszedł w odstawkę, bo podrywający mnie facet robił mi niespodzianki i odbierał z pracy, więc jazda do pracy rowerem zrobiła się bez sensu. Jednego dnia jechałam Rangerkiem, wracałam z chłopakiem i rower zostawał w pracy, rano jechałam autobusem do pracy, wracałam rowerem i kolejnego dnia zabawa od nowa. Ranger przegrał z miłością.

Po jakimś czasie chłopak stał się narzeczonym i jeszcze chętniej mnie woził. Tuż po ślubie wywieźliśmy rower do komórki u jego mamy. Zimą okazało się, że w moim brzuchu zamieszkał Pierwszy. Na 3 miesiące przed jego urodzeniem przenieślimy się tutaj – obok Rangerka.

Rower jeszcze jakiś czas stał bliżej drzwi, ale od 4 lat stacjonował pod ścianą przyłożony dużą ilością skarbów. Tuż przy wejściu stoi 6 rowerków dziecięcych (dwa te co na zdjęciu i reszta trzykołowa).

Zresztą jakoś ciężko było mi wyobrazić sobie siebie na rowerze wraz z małym dzieckiem. Wiem, że się da, ale jakoś nie miałam klimatu. A od 6 lat cały czas mam jakieś dziecko poniżej 3 roku życia.

Pilnowałam na drodze ćwiczącego zakręty młodego i odezwała się we mnie zazdrość. Przecież mam rower i zamiast stać i się nudzić mogłabym pojeździć. No nie do końca się nudziłam, bo jednak miałam zawsze pod opieką Trzecią i kontrolowałam czy żaden samochód nie chce przejechać mojego kolarza. Ale jednak fajnie by było z nim pojeździć.

Weszłam do komórki i stwierdziłam, że bez pomocy męża nie dam rady wyciągnąć roweru nie niszcząc nic. Poprosiłam o pomoc małzonka i uświadomiłam go, że będę brała chłopców na wyprawy, a jemu pod opieką zostanie córka.

Rower był bardziej szary niż czerwony, ale i to udało mi się opanować. Troszkę płynu i wody nawet rowerowi nie zaskodziło, a nawet pomogło. Mąż nadmuchał oponki i nasmarował łańcuch. Reszta działała bez zarzutu.

Pojechałam z chłopcami na pobliski zalew. W praktyce w tę i z powrotem. Ale bawiliśmy się super. Bardzo był mi potrzebny wycisk na rowerze. Taka jazda zawsze mnie relaksowała. Lubię ten wiatr we włosach i w uszach. Brakowało mi tego i teraz tak łatwo z tego nie zrezygnuję.

Fajnie że stara miłość nie rdzewieje, bo jakbym musiała kupić nowy rower to bym zrezygnowała z jazdy. Bo kasy na siebie zawsze mi szkoda.

Autor: Nieuczesana

Żona ojca swoich dzieci, mama Pierwszego, Drugiego i Trzeciej. Z wykształcenia nauczyciel historii - "wierzący i chwilowo niepraktykujący". Pełna dużej ilości chaotycznych myśli na różne tematy.

Jedna myśl na temat “Rangerek”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *