Szaleństwo

Gdyby ktoś parę lat temu mi powiedział, że wyjazd do centrum miasta będę uważała za szaleństwo – nie uwierzyłabym. Przede wszystkim nie uwierzyłabym, że będę mamą trójki dzieci.

Kiedyś szaleństwem było dla mnie czytanie całą noc lub oglądanie serialu o 5 rano po pracy, gdy następnego dnia również miałam kończyć po 2 w nocy. Szaleństwem było jeżdżenie z niegdysiejszym chłopakiem stopem i nie rozkładanie namiotu na nocowanie (oczywiście była wtedy ulewa).

Nie oszukujmy się – mój stan przeziębieniowy i nocne tulenie Trzeciej (oraz nocne egzystencjalne rozmowy z Pierwszym i wychowawcze rozmowy ze zbuntowanym Drugim) – wyczerpały moją cierpliwość. Nie wiem – może są takie dzieci które są spokojne, tylko moje wdały się we mnie. Moje dzieci są głośne, rozgadane i potrzebują bardzo dużo ruchu. Jeśli nie są odpowiednio wymęczeni przeze mnie, zaczynają (najpierw w ramach żartu i ćwiczeń, a później na serio) się tłuc. Tak – dotyczy to już aktualnie Trzeciej, która zaczepia chłopaków paluszkiem i z dzikim piskiem i radością ucieka. Jest bardzo dobrym uczniem i nie wiem jak jej tłumaczyć, że oni wcale nie kopią się w ramach rozrywki.

Podjęłam żeńską decyzję, że dziś nie dam rady i mimo choróbska muszę ich wygonić na dwór. Pierwsza myśl była taka, że nasz plac zabaw i noszenie drewna powinno ich troszkę utemperować. Jednak uznałam po chwili, że można się również pokłócić o to kto lepiej wkłada drwa. Zmieniłam plan – może pospacerujemy po naszej wiejsko-miejskiej drodze nad zalew? No i tu znów uruchomiła mi się wyobraźnia – tam jak to nad wodą zawsze jest chłodniej i mocniej wieje. Aż poczułam ból głowy z powodu swoich zatok.

I przyszedł mi do głowy iście dziwny pomysł. Postanowiłam podjechać z nimi do centrum. Mamy od nas 3 autobusy, które kierują nas w różne miejsca deptaka 🙂 i przechodząc przez całość trafimy zawsze na jakiś autobus do domu. Spacer byłby zaliczony, zmiana otoczenia też, a nawet jakieś światełka by się pojawiły.

Pierwszy kryzys miałam już około 50 metrów od naszej bramki. Trzecia postanowiła iść w zupełnie inną stronę niż my. Drugi biegał za bratem i darł się, że ten jest „tylną częścią ciała” (oczywiście wersja była niecenzuralna) gdyż szybciej dobiega do kałuż ściętych lodem. Pierwszy natomiast udawał głuchego i oddalał się ode mnie coraz bardziej. Na koniec powiedział mi (uwierzcie, że nie pamiętam nawet o co chodziło i czemu się tak wkurzył) że „Możesz mnie mamo pocałować w pupkę” (tu dokładnie w tej wersji). Normalnie smok potwór ze mnie wyszedł i zarządziłam powrót do domu. Wypowiedziałam się na temat chamskich tekstów, kłótni, braku słuchania poleceń. Drugi się ogarnął i powiedział, że nie będzie już dziś mówił „mama tylna część ciała”. Pierwszy stwierdził, że rzeczywiście przekroczył granicę dobrego smaku i to się nie powtórzy. Trzeciej nie dałam dojść do słowa, tylko ją wzięłam na ręce i skierowałam się w stronę którą zaplanowałam.

Oczywiście! Dzieci się ogarnęły, ja ochłonęłam – pomogła mi w tym też minusowa temperatura. Tylko trafiliśmy na „dziurę autobusową”. Ale widziałam, że dzieciom zależy i pojechaliśmy i zupełnym przypadkiem udało nam się przesiąść do autobusu, który dowiózł nas dokładnie na Plac Litewski.


Tutaj mój historyczny spokój został wystawiony na próbę. Pierwszy spytał mnie kto jest na pomniku. Jak go uświadomiłam, że to wszak nasz Marszałek Józef Piłsudski na koniu, zaczął się dziko śmiać i wcale nie przyjmował do wiadomości mojego tłumaczenia o płaszczu:

Mamo! Toż ten Piłsudski ma sukienkę!

Także tego… tłumaczyłam, że płaszcze wojskowe są długie i eleganckie, ale mój sześciolatek wiedział lepiej. Potem zrobili sobie zdjęcie pod świecącym napisem. Bez obciachu oczywiście się nie obyło, bo przecież byłby dzień stracony:

Mamo! Ci ludzie nam tu chodzą i psują zdjęcie.

Oczywiście jak pokazałam im szopkę to też była nie taka, bo nie było najważniejszych osób:

Mamo! Ta szopka jest do niczego, nie ma pastuszków, a to przecież oni są najważniejsi!

Anioły to młodzież wiedziała lepiej – to trąby a nie anioły, i tak dalej i tak dalej. No i choinka też była brzydka, bo nie miała bombek a tylko dwa rodzaje świateł. Jednym słowem – według moich dzieci było do niczego.

No ale dzieci zmarzły, matka lekko też i dałam się skusić na wejście do Burger Kinga. Kupiliśmy zestawy i dzieci znalazły pokój zabaw. Szczerze to nawet mnie zaskoczył. Mały pokoik, a na suficie rzutnik z opcją interaktywną. Chodzenie po obrazie na podłodze powoduje, że można grać. Były puzzle, piłka nożna, labirynt z „ruchomą tablicą” gdzie trzeba było stanąć z odpowiedniej strony aby poprowadzić piłkę przez przeszkody. No dzieciaki mi wsiąkły i poskakały, pogłówkowały. Tylko, że wyjść nie mogliśmy. Zakosili jeszcze korony trzy i mogliśmy wracać do domu. Zresztą w środku nocy Trzecia wszystkie zakładała na głowę i mnie też kazała, więc zdobycz lepsza niż zabawki dawane do zestawów.

Po wyjściu dla odmiany okazało się, że Drugi ma silną potrzebę iść 50 metrów przed nami i wcale nie rozumiał, że kiedyś może się to skończyć zgubieniem, albo tym, że któreś z nas zostanie na przystanku i nie pojedziemy wszyscy. Oczywiście znów trafiliśmy na dziurę autobusową, ale co to dla nas?

Ponownie jechaliśmy z przesiadką, chociaż w pierwszej chwili myślałam, że dwa przystanki do domu przejdziemy na piechotę. Już nastawiłam dzieci na spacer, ale okazało się, że jedzie spóźniony autobus. Drugi obraził się na mnie, bo on koniecznie chciał spacer. A tu matka złośliwie postanowiła dać nogom odpocząć.


Coś w tym było, bo droga z przystanku zajęła nam zamiast 8 minut to 20. Trzecia oczywiście musiała iść dokładnie w drugą stronę. Tylko lekko się uśmiechała i patrzyła na mnie jak zaczynała zwiewać. Chłopcy znów zaliczyli wszystkie możliwe ścięte lodem kałuże. Ale chyba byli zadowoleni.

Ja chyba też chociaż wróciłam zmęczona skupieniem jakiego cała wyprawa ode mnie wymagała. Do tej pory każda wycieczka była przeze mnie planowana – musiałam zawsze ogarnąć wikt i ciuchy na zmianę. Tym razem poszłam na żywioł 🙂 T0 matczyne szaleństwo zdecydowanie jest inne niż te niematczyne. Tylko czasem brakuje mi tego szaleństwa serialowego i książkowego, ale może kiedyś…

Tradycji stało się zadość

Święta tradycyjne. Była choinka. Tatuś montował światła i łańcuchy, dzieci resztę pod czujnym okiem mamy. Trzecia znalazła nawet jedną szklaną bombkę 😉 już jej niestety nie ma.


Tradycyjnie też byliśmy na dwóch rodzinnych Wigiliach i dzieliliśmy się opłatkiem. Bliskość zamieszkania naszych rodziców powoduje, że żadne z nas nie chce zrezygnować z przebywania ze swoją rodziną.


Tradycyjnie też było dużo emocji w dzieciach i nawet narzekanie na prezenty (oczywiście po czasie przyznali rację że o tym marzyli).


Był też Kevin sam w domu na Polsacie 😉 ale nie oglądaliśmy. Było składanie zabawek przez tatę, bo dzieciom się znudziło ;). No i było usypianie po północy.


Ale żeby tradycji stało się zadość 🙂 jesteśmy również podziebieni w różnym stopniu „rozłożenia”. Chłopcy kaszlą z rana, ja niedomagam zawsze wtedy gdy mogę sobie na to pozwolić (podczas usypiania Trzeciej odcina mi film i śpię razem z nią). Trzecia raz na jakiś czas ma zaklejone oczka, a mój małżonek czuję się tylko źle i wini za wszystkie choróbska nasze dzieci.


Święta były tradycyjne, chociaż tym razem drugi dzień świąt spędziliśmy tylko w swoim gronie. Mi udało się wygrać pierwszy raz w szachy, ale tylko raz :). Reszta potyczek wygrana przez Pierwszego. Bawiłam się z Drugim klockami LEGO i kierowałam ludzi na objazdy, gdy on gasił pożar. Próbowałam również przekonać Trzecią, że kwadrat i koło to inne kształty. Ona jednak jest najmądrzejsza z nas wszystkich – użyła wszystkich klocków z obydwu sorterów. Okazuje się, że kształt nie gra roli jeśli dziura jest większa od klocka – przeleci wszystko ;).

Mam tylko nadzieję, że do Sylwestra wyzdrowiejemy i spokojnie prześpimy wszyscy tę noc bez dziecięcych jęków i stęków ;).

Dialogi świąteczne

#nieuczesanedialogi

Drugi – Mamusiu jak ty ślicznie wyglądasz!
Ja – Tak?
Drugi – Masz kropki jak krowa!

*****
Tatuś – Ubierajcie się ciepło idziemy po piłę, siekierę i do lasu po choinkę!
Drugi – No co Ty! Choinka jest w garażu!
Ja – Ale idziecie po „żywą”.
Drugi – Po co? W garażu jest. Ona nie jest sztuczna i nie jest żywa. Jest prawdziwa!

******
Histeryczka- To o kim ostatnio się uczyliśmy
Uczennica – To chyba był jakiś „chrobry”.

******
Historyk – To kto podbił Konstantynopol?
Uczeń – Jego syn!

******
Histeryczka – Przestań chodzić po klasie!
Uczeń – To jest silniejsze ode mnie. Gdy tak się przejdę to moje serduszko spokojniej bije i tym samym spływa na mnie spokój.

Matczyna moc

Matczyna moc jest niesamowita. Akurat tym razem przy pomocy mokrej chusteczki wyciągnęłam „drzazgę” z tych dziecięcych rąk. Wystarczyło przetrzeć i ból zniknął wraz szarym brudnym cieniem.


Nie wiem co jest w tych mamach i ich całusach. Pomagają nawet na duże guzy, rozcięcia i inne nieszczęścia. Naprawdę jestem pod wrażeniem ciszy, która pojawia się po pocałunku w bolące miejsce.


Matczyne ramiona radzą sobie nie tylko z bólem fizycznym lecz także psychicznym. Od razu lepiej gdy mama utuli po tym jak zepsuła się zabawka, pokłóciliśmy się z bratem, a nawet wtedy gdy świat jest poprostu straszny, a „wiatr wieje w oczy”.


Trzecia mowi „ma-maaa” zawsze jak jej źle. To taki synonim „smutno mi”. I tak naprawdę dopiero od kiedy jestem mniej dostępna zauważyłam, że jestem świetnym środkiem przeciwbólowym oraz serotoniną w jednym. Zresztą działam zdecydowanie szybciej niż apteczne środki.


Działam zarówno na sześciolatka i czterolatka jak i na te najmniejszą. I do tego te wtulone i ufne dziecięce eęce tak poprostu dają siłę i otuchę również mnie.


Trudno zauważyć i docenić tę moc podczas kolejnej nieprzespanej nocy z dzieckiem na ręku. Ciężko o niej myśleć, gdy mały człowiek przybiega miliardowy raz podczas doby i wiesza się na szyję. Jest irytująca w momencie próby samotnego posiedzenia „w pomieszczeniu zadumy”.

Jednak ta matczyna moc jest 🙂 tylko 24 h na dobę ciężej ją zauważyć.


PS: myślę że ojcowska moc jest podobna, ale nigdy tatą nie byłam więc ciężko mi powiedzieć 😉

Niespodzianka o poranku

Był zimowy, piątkowy poranek o godzinie mniej więcej 6. Cała logistyka w toku. Dzieci miały już na sobie kurtki oraz buty i zaczynały zakładać czapki. Jednak postanowiłam pogłaskać po głowie Drugiego.


Chyba zasnął na landrynce, bo poczułam „twardy ulepek” we włosach. Obciąć niezbyt by się dało, bo nawet fryzjer złapałby się za głowę. Mycie nie wchodziło w grę z kilku powodów – wychodziliśmy, nie było ciepłej wody jeszcze 🙂 a i do pracy byśmy nie zdążyli. Nie mówiąc już o zimnie na dworze i wyjściu tuż po myciu głowy.


Wzięłam moja najlepsza szczotkę – specjalistkę od rozczesywania moich kołtunów. Udało sie! Niesklejone części schowały nasz „ulepek” ;).


Za to Młody poraz pierwszy cieszy się że myjemy dziś włosy. On biedny myślał, że mu takie zostawię na stałe :). No i cieszyłam sie, że zapomniałam go zapisać do fryzjera i były piękne gęste włosy do maskowania naszych ulepków.

Psycholog to nie kara

Mózg pełen emocji i codziennych przeżyć

„Psycholog zajmuje się psami, a kotolog kotami” – zażartował rezolutnie Pierwszy.


I z tego żartu wynikła nasza wczorajsza rozmowa. Okazuje się, że już w przedszkolu dzieciom się wydaje, że do psychologa chodzi się za karę. Tam wysyła się niedostosowanych do pracy z rówieśnikami. On rozpatrywał to w kategorii obciachu – pójście do psychologa.


Spytałam go co by było, gdyby dowiedział się że jego mama chodzi do psychologa. Minę miał nietęgą. Podsumował to tekstem, że to by była kicha, bo miałby w domu matkę wariatkę.

Oczywiście jego usta uśmiechały się niepewnie, ale oczka zareagowały ciepłem i spokojem na to co wyjaśniłam mu chwilę później.

Powiedziałabym, że gdyby się okazało, że chodzę do psychologa, to byłby to znak, że jestem rozsądna i chce coś zrobić z moim brakiem cierpliwości i krzykiem. Do psychologa chodzi się wtedy gdy jest komuś smutno, gdy czuje że jest do niczego. Gdy ktoś biije innych to wysyła się go do psychologa poto aby mu pomóc, bo to też znaczy, że ma problemy z emocjami i mu ciężko. Psycholog jest od pomagania a nie od karania.

Jakbym go nie znała to bym się wkurzyła, że mówię do „słupa”, bo oczywiście nadal się śmiał nerwowo, że tylko cieniasy chodzą do psychologa. Jednak widziałam jego dziecięce oczy, które z ulgą i zrozumieniem przyjęły to co powiedziałam.

Kropla drąży skałę. Swoją drogą uważam, że zajęcia z psychologiem o emocjach powinny być wpisane do podstawy programowej. A psycholog powinien raz w tygodniu przychodzić i obserwować grupę, żeby wyłapać tychże którzy aktualnie mają gorszy czas.

Spalanie ciastek

Wczoraj skończyłam wcześniej i odebrałam Trzecią i ją poprzytulałam. Dziś mam na później i miałam cichą nadzieję, że po wyszykowaniu przedszkolaków, jeszcze zaśnie. Wczoraj wieczorem miałam nawet w planie w tym czasie w którym ona będzie spać, szykować sprawdzian.

Jak łatwo się domyślić – plany z dzieckiem wyszły jak zwykle. Nie zasnęła, ale nadrabiała przytulanie. Potem okazało się, że źle sprawdziłam autobus i musiałyśmy do niego biec. Jeśli chodzi o pierwszy marszobieg z 11kg na rękach (oczywiście dziecko bynajmniej nie wtula się żeby waga była mniej odczuwalna) to kierowca był przemiły, bo dystans do przystanku był dość duży. Na tyle duży, że na bieg zdecydowałam się tylko dlatego, żeby nie mieć do siebie żalu, że może byśmy zdążyły.

Później był bieg z urzędu – tutaj krótszy ale równie skuteczny. Ponieważ tradycji musiało się stać zadość, biegłam również do autobusu do pracy :). Dziś spalamy te wszystkie czekoladki i ciasteczka które ratowały mnie „na szybko” gdy nie miałam czasu zrobić sobie normalnego posiłku.


Mam tylko nadzieję, że na powrotny autobus nie będę musiała biec ;). Ale z drugiej strony nie zaszkodzi mi.


Poza tym troszkę szkoda, że w szkole wprowadzono dziennik elektroniczny. Ostatnio w ciągu godziny pokonywałam schody 4 razy. Teraz schodzę „do wodopoju” lub towarzysko. Aczkolwiek w końcu nie brakuje mi tych cennych minut które spędzałam na wymienianiu dzienników.

Dwa światy

Poranki są dla nas wszystkich ciężkie. Ja nie słyszę budzika. Chłopcy nie chcą wstać, a Młoda jak to Młoda, wolałaby pobiegać goła zanim wyjdziemy na dwór.


Ciężkie są dla nauczycieli przedszkola, bo chłopcy wchodzą w kiepskim nastroju. Oni woleliby pójść pod opiekę dziadków. Oczywiście w przedszkolu jest ciekawiej, ale zawsze pamiętają o tym dopiero po czasie.


Ciężko jest również moim rodzicom, bo raczej funkcjonują w trybie sów. Poza tym słuchanie dziecięcych piosenek 5 dni w tygodniu może być nużące.


Trudniejszy czas ma mój małżonek. Ze względu na odległość jaką mam do pracy, oni w domu są wcześniej. Opał nie przynosi się sam i piec również potrzebuje pomocy żeby przekazać nam swoje ciepło.


Ja dla odmiany jestem pomiędzy dwoma potrzebującymi mnie emocjonalnie światami. W szkole młodzieży jest więcej. Są międzuczniowskie konflikty oraz młodzieńcze zakochania. Głośno i emocjonalnie i do tego ja próbująca się przebić z moim kagankiem oświaty. Macham tym światłem, mam wrażenie że coś oświetlam, a po chwili już wiem, że nikt nie patrzył. Czasem zdarzają się przebłyski – muszę znaleźć sposób na to, żeby było ich więcej.


Wracam do domu i tutaj okazuje się, że wszystkie moje dzieci są małe. Najmłodsze przez pierwsze 2h jest u mnie na rękach. Średnie kłóci się z bratem i tłumaczy mi, że nie może jutro iść do przedszkola. Najstarsze dla odmiany próbuje wszystkich przekrzyczeć żeby powiedzieć co u niego. Czasem jeszcze krzyczy na najmłodszą jak tylko zbliża się do niego.
Czas ma to do siebie, że płynie.

Mój organizm zaczyna domagać się snu. Zasypiam na siedząco, a dzieciaki potrzebują mamy. Wczoraj położyłam się koło nich. Dałam się chłopcom przytulić (Trzecia spała u siebie) i cieszyłam się że mam dwa boki, nie było w końcu kłótni.


Każdy dzień jest inny tak samo jak każdy człowiek postawiony na mojej drodze. A tych młodych ludzi jest mniej więcej około 203 sztuki. Idę machać kagankiem :).

Powrót do pracy

Mamy dziś 5 grudnia 2019 r. a ja wracam na zastępstwo tam gdzie już zastępowałam nauczyciela dwa lata temu. Historia w moim wypadku zatacza koło, tylko część młodzieży odeszła do szkół średnich. Dzieci z klas 5 i 6 to już młodzież a kilka klas młodszych będzie dla mnie całkowicie nowa.

Nie wiem jak to jest, ale ja chyba naprawdę lubię uczyć. Będą ciężkie momenty, będzie frustracja, ale ja naprawdę lubię to co robię.

Mój powrót do pracy to wyzwanie zarówno dla mnie, jak i moich szkrabów. Dodatkowo znów angażujemy rodzinę. Bez ich pomocy nie dałabym rady wrócić do pracy po zostaniu mamą. W praktyce wracam do pracy trzeci raz. W tym czasie za każdym razem najmłodsze latorośle jest zaopiekowane i awaryjnie ma się kto zająć chorowitkami. To jest naprawdę duży komfort psychiczny.

I na koniec zwierzenia Drugiego z wczoraj:
„Wiesz mamusiu, wczoraj śpiewali na koncercie pastorałkę która znam. Nie, to była kolęda. Też ją znasz. Była o małym Jezusie”.
Trafiłam 😉 za kolejnym razem conajmniej trzecim. Chodziło o „Pójdźmy wszyscy do stajenki”.

Doświadczenia Malucha

Mamy godzinę 22. Tatuś śpi, Pierwszy i Drugi chrapią. Trzecia to kobieta szukająca wrażeń i poznająca świat empirycznie. Doświadczenie to jest to co lubi. Co sprawdza?


Ile klocków LEGO Duplo mieści się w nogawce śpiochów ;). Wrzuca je przez dziury między guzikami ;). Jak sobie nie radzi z wyciąganiem przychodzi po pomoc ;). Najciężej znaleźć te małe LEGO 😉 Duplo są chociaż duże 😉 i nie chowają jej się pomiędzy małymi paluszkami.;). I tak się już bawi kolejny dzień. Aktualnie ma tam schowanych 6 klocków. Sięgają jej do kolana ;). I hałasują aż miło.

Wyciągnęłam je i teraz wkłada je z powrotem :).


Jakie to życie malucha jest fajne :). Tak niewiele trzeba aby zafascynować i zająć na dłuższą chwilę.