Jak coś jest złe… o nauce zdalnej cd.

Po wpisie, w którym mi się „ulało”, gdzieś w swoim środku czuję, że nie wszystko udało mi się tam powiedzieć. Bardzo szybko pojawiły się komentarze, czy w sytuacji życiowej w jakiej przyszło nam żyć, mam inne pomysły na rozwiązanie problemu edukacji.

Nie! Nie mam, ale nie bez powodu nie pracuję w Ministerstwie Edukacji. A tak całkiem serio. To, że nie mamy innych pomysłów, to nie znaczy, że to co jest teraz, jest dobre i sobie poradziliśmy.

Myśląc o tym wszystkim przyszły mi do głowy dwa porównania historyczne. Druga wojna światowa i rząd na emigracji, rozmawiający w imieniu Polaków z aliantami. Wyobrażacie sobie sytuację, w której mówią, że „sobie poradzili”? Bo rozmawiają i jest ok? No błagam was! Sytuacja była zła, ciężka i nie było to dobre. Nie o to chodziło w tej sytuacji. Lepsze coś niż nic, ale dążyli do odzyskania przez Polskę niepodległości.

Rzeczywiście nie daje się czasem uniknąć niektórych sytuacji, ale czy to oznacza, że nie mogą one być trudne? Tutaj miałam znów inną myśl. Osoba na wózku – radzi sobie, ale czy to znaczy, że nie ma prawa mówić o tym, że przyda się podjazd do urzędu i autobus stający bliżej chodnika?

I znów porównanie historyczne. W czasie zaborów i w czasie wojny, nauka była w konspiracji, po domach nauczycieli. Inaczej się nie dało, ale czy ktokolwiek mówi o tym, że to była sytuacja w porządku?

Jeśli uczę dzieci o tych sprawach mówię wprost o codziennych bohaterach. Rodzicach, którzy wysyłali dzieci na taką naukę, dzieciach, którym się chciało oraz nauczycielach, którzy zostawili swój czas i serce po to, aby nasza kultura i nauka nie zaginęły. Nikt nic nie mówi o zasługach ministerstw.

Dlaczego nie możemy mówić o bohaterach nauki zdalnej?

– O dzieciach i młodzieży, która stara się mimo lenistwa, problemów ze sprzętem, hałasu w domu, czegoś się nauczyć? Bardzo często nie umieją rozplanować sobie pracy, ale robią co mogą, aby ogarnąć naukę w ciągu doby. Zobaczcie jak to pięknie Pierwszy ujął: „Dom to dom, a przedszkole to przedszkole”. To wszystko się zatarło. Jakby byli całą dobę w szkole.

– O rodzicach, którzy odbierają miliard wiadomości od nauczycieli i próbują ogarnąć wysyłanie wszystkich prac domowych? Czasem uczą się wielu rzeczy na nowo, aby wyjaśnić dziecku to, czego nie wyjaśnił nauczyciel.

– O nauczycielach przedszkola, którzy próbują pomóc rodzicom i wymyślają miliard zabaw po to, aby chociaż jedną udało się zainteresować konkretne dziecko. To dla mnie dopiero jest ciężka robota. Bo ja muszę mieć efekty, oceny – mogą być notatki. Jeśli chodzi o dzieci kilkuletnie, cała praca ma być w formie zabawy. Ja jako mama moich przedszkolaków cały czas słyszę „nie”. Oni chcą się bawić inaczej i co im zrobię? Jednak, raz w miesiącu zrobią coś z tego co wymyśliły panie. Jestem z tych naszych pań i moich chłopaków dumna. Bo to naprawdę jest trudne, ta współpraca z małym człowiekiem przez internet.

– Na końcu o nauczycielach, którzy wznoszą się na wyżyny swoich możliwości i próbują opanować nowy sposób przekazywania wiedzy (chociaż czasem się wydaje, że mogliby więcej – widocznie nie mogą).

Dziś dzwoniłam do niektórych uczniów, aby spytać czemu nie wysyłają prac i czy internet im się nie skończył. Będę musiała pytać przez telefon. Wysłałam wiele wiadomości do rodziców i dzieci z prośbą o kolejne prace, bo niektórym brakuje ocen.

Dlatego tak denerwuje mnie postawa ministerstwa, że coś zorganizowali i jest w porządku. Jest bardzo daleko od sytuacji w porządku i wszyscy zainteresowani robią co w ich mocy, aby przekazać jak najwięcej wiedzy.

W najbliższym czasie będzie nowość ministerstwa – opieka dla najmłodszych. Tylko nikt nie wie jak to ma wyglądać. Ministerstwo najprawdopodobniej też nie wie. Jednak mają rację – nauczyciele stanął na głowie i jakoś to poprowadzą, bardziej lub mniej dobrze. Bo nauczyciele wiedzą, że życie młodego człowieka to nie gra komputerowa i trzeba zrobić wszystko co w nauczycielskiej mocy (która u różnych osób jest inna) aby było jak najlepiej.

Nie lubię sytuacji, w których ktoś mówi, że coś było dobre, bo nie mogło być inaczej. Mamy prawo być zmęczeni, mamy prawo mieć dość, mamy prawo to udoskonalać. Mamy, na koniec, prawo liczyć na pomoc tych, którzy są „na górze”.

A co najważniejsze! Nie byłoby tych dwóch tekstów, gdyby nie zabrakło prawdy i podziękowań dla prawdziwych bohaterów nauczania zdalnego, a nie lakoniczne „udało się”.

Przygoda z SOR

Tak… Jako mama zbieram nowe doświadczenie. Wiem już l, że obojczyka złamanego nie wsadza się w gips, chociaż się unieruchamia. Wiem też, że złamana końcówka paliczka paznokciowego również nie otrzymuje gipsu, ale gumową szynę. Chłopcy już wiedzą, że jest twarda, bo siostra im już kilka razy przyłożyła.

Tak…byli pod moją opieką. Więc wiem co się stało. Chłopcy zamknęli drzwi samochodu przed nią – tylko tym razem razem z jej palcami.
Nauczona doświadczeniem z Pierwszym, doszłam do wniosku, że nie ma co liczyć na rentgen w oczach. Test „ruszasz?” nie zawsze jest też miarodajny.

Wykonałam telefon na sor i po udzielonym wywiadzie zostałyśmy zaproszone do przyjechania. Tam kolejny wywiad – nawet dałam autograf ;). No i mierzenie temperatury. Młoda czas spędziła na moich rękach, a waży już troszkę. Panie chodziły i dezynfekowały drzwi i wszystkie blaty.

Okazało się, że złamana jest tylko końcówka jednego palca – myślę że to zasługa tego, że małych człowiek ma małe paluszki. Jeśli chodzi o to co się stało – mogłoby być to zmiażdżenie lub „tylko” 4 złamania lub poporostu obicie.

Gdybym nie pojechała zastanawiałabym się czy zrobiłam dobrze. Podobno bez naszej ingerencji też by się zrosło no ale myślę, że by bolało i bym się martwiła. Unieruchomione palce jej nie przeszkadzają w rozrabianiu i szaleństwie.

Nie jestem osobą, która z każdą głupotą jedzie na sor, dlatego jak już jadę… to zawsze coś jest nie tak.


Przygody są chyba wpisane w nasze życie. Wiem też, że w czasie takich sytuacji działam, nie panikuję. Jednak później długo zajmuje mi emocjonalne dojście do siebie.

Zdalne nauczanie

Panu ministrowi wszystko działa. Daliśmy radę – mówi.

Jacy myśmy? My rodzice, my nauczyciele i nasze dzieci.

Nauka zdalna w przedszkolu – zadania i kontakt z nieczytającymi dziećmi. Sadzanie kilkulatków przed komputerem, żeby zachować pozory pracy. I brak współpracy z nimi, bo dziś nie mają ochoty rysować.

Dzieci z zerówki bez kontaktu ze swoim autorytetem, ulubioną panią. Mają pracować i coś robić, aby nie paść z nudów, a szkoła już tuż tuż. Jak to mawia Pierwszy „dom to dom a przedszkole to przedszkole”.

Pierwszaki, które pracują z rodzicami od 8 do 15 pisząc literki a wcześniej oglądając zadane filmy na monitorze (o sposobie pisania literek).
Uczniowie klas 2, którzy mają tyle do zrobienia, że ręka nie daje rady.

Uczniowie klas 4, którzy w praktyce mają dużo przedmiotów, ale nie wiedzą jak bez pomocy dorosłego ogarnąć ogrom zadań.

Uczniowie klas 5-7, którzy mają tak dużo, że siedzą przed komputerem do wieczora (tylko czasem okazuje się, że głównie grają w gry i oglądają wybitnie głupie filmy).

Klasy 8 z jednej strony próbują nic nie robić, a z drugiej utrwalają materiał, bo przed nimi egzamin (utrwalają nawet nie wiedząc).

Wbrew pozorom to nie jest więcej niż w szkole, ale tam nawet, jeśli starej daty, to nadal jest przewodniki który widzi, podpowie, wytłumaczy,  czasem poświęci więcej czasu komuś kto nie nadąża. W czasie lekcji pokaże, położy palec w odpowiednim miejscu na sprawdzianie. W szkole jest ktoś kto się uśmiechnie i zagada. Dostosuje materiał do możliwości ucznia.

Ja, jako nauczyciel, nawet jeśli prowadzę lekcje dźwiękowo, tłumaczę, opowiadam to nigdy nie mam wszystkich uczniów. Raz na jakiś czas ktoś wylatuje z kanału, komuś siada sieć i nie słyszy. A są też takie miejsca, że internet działa tylko po 22, bo wcześniej sieć jest przeładowana. Zdarza się to również uczniom, którzy do tej pory potrzebowali więcej uwagi na żywo. Teraz z zadaniami zostają sami.

Podstawa programowa jest ograniczana, bo trzeba coś zrobić, aby wszyscy dali radę. Trzeba coś zrobić, aby w ogóle była. Ciężko zobaczyć za literkami dziecko, któremu trzeba pomóc.

Do tego nauczyciele rodzice –  będący naraz z uczniami i swoimi dziećmi. Czasem trzeba zgrać lekcje online – żeby mama i dziecko nie mieli w tym samym czasie. Trzeba dopilnować czy  dziecko pracuje. Ja mam przedszkolaki, przy czym jeden jest w zerówce i wiem, że chodząc do przedszkola teraz nawet niechcący panie przygotowałyby go zdecydowanie lepiej niż ja.

Wyobraźcie sobie teraz – krótka opowieść na żywo o Konstytucji 3 Maja. Z pokoju obok dobiega krzyk. Mówiąc dalej podchodzę bliżej pokoju i widzę że zaczyna być kryzysowo. Chwilę później, woda będąca w ręce Drugiego, ląduje na Pierwszym, Trzeciej i połowie pokoju. Już jest po możliwości zażegnania kryzysu. Musiałam przerwać lekcję opanować sytuację, ale zanim to zrobiłam już zdążyli użyć zabawek przeciwko sobie (pod ręką nie było tym razem drewnianych torów).

Są też lekcje podczas których Trzecia jak typowy dwulatek nagle coś chcę i płacze. I to nie tak spokojnie, ale nic nie pomaga i ryk się rozlega. Nie pomaga nawet moje przytulenie. Są też chwile, gdy mają dobry humor i co chwilę przybiegają coś powiedzieć – według nich śmiesznego np. o kupie.

Czy to jest normalna nauka? Czy to działa? To nie działa – to sprawia pozory funkcjonowania. I jak sobie pomyślę, że mój syn mógłby od września być prowadzony przez zdalne nauczanie to jestem przerażona. Moi uczniowie czasem podczas rozmowy na żywo mówią „mamo to jest właśnie moja pani”. Przychodzą w tym czasie co opowiadam, bo lubią mój sposób interakcji z nimi. Jak pani zbuduje interakcję z dwudziestokiloma przerażonymi, niepewnymi siebie maluchami przez kamerę, z mamą u boku? Tej relacji tak się nie buduje! Ja kontakt z uczniami budowałam w klasie, a nie przez spotkania online.

Panie ministrze to nie działa, nie jest dobrze. To są pozory. Nie takiej szkoły potrzebujemy. Szkoła to też budowanie relacji i pochylenie się nad każdym uczniem, bo każdy potrzebuje uwagi.

O szukaniu jajek

I weź tu coś zrób ciekawego! W tym roku ja kupiłam 3 jajka z niespodzianką i mąż kupił tyle samo. To już jest godna ilość do schowania przed dziećmi ;). A że zdolne i inteligentne a i ambitne i przeżywające – trzeba było ukryć dobrze ale nie za dobrze.

Pierwszy, jak przystało na pierworodnego zrobił pierwszą awanturę – on nie chciał, aby były schowane w domu. Wolał przydomowe kwiatki, trawę i materiały budowlane. A i planował też szukać w miejscach zamkniętych na kłódkę. Obraził się, wygłosił długą mowę na temat tego co o mnie myśli i sobie poszedł.

Młodsza dwójka wyszła z założenia, że nie ważne gdzie ważne że. Po chwili kręcenia się w kółko Drugiego i krzyczenia przez Trzecią „ja-ja! Ja-ja!” (chyba myślała, że czas Świąt to czas wyjątkowy i jajka same przyjdą skuszone wizją jej apetytu), dołączył i Pierwszy – jak gdyby nic się nie wydarzyło.

No i szukali. W kilku miejscach nawet kilka razy. Tatuś nie wytrzymał widząc już pewne zniechęcenie w dzieciach. Pokazał, że za drzwiami leży jedno. Trzecia dla odmiany dojrzała jajko przy nóżce stołu (tam wiedziałam, że mogą w ogóle nie znaleźć – pod tym stołem wszystko staje się dla nich niewidzialne).

No i Pierwszy zaczął krzyczeć, że w zabawkach to nie ma, bo już patrzył. No i odkrzyknęłam, że być może jedno jest. No było na samej górze pudełka lekko przykryte zabawką. Tylko, że zanim dobiegłam zdążyli wyrzucić 3 inne pudełka (całe). Do właściwego nie doszli, a nawet jakby doszli to jajko zostałoby przysypane resztą zabawek. Byli zdziwieni i obrażeni jak zatrzymałam zabawę i zarządziłam sprzątanie. W czasie tej akcji znaleźli kolejne przy nodze łóżka.

Oczywiście sprzątanie było pełne trudnych emocji. Jeny jaka to była akcja, że się znęcam i nie pozwalam wszystkiego włożyć do siatki (swoją drogą czemu wrzucał to do siatki a nie do pudełka obok to nie wiem). Dość, że posprzątali z dużą pomocą moich rąk. Chociaż wszyscy sąsiedzi słyszeli, że się znęcam i nic nie pomagam.

No i zostały dwa ostatnie jajka. Kazałam im pomyśleć! Że mama nie miała dużo czasu to raz, a dwa nie chowała tego bardzo mocno. Podpowiedziałam, że jedno chciało się ogrzać a drugie udaje śmieci (ale nie jest w śmietniku! Wizja wszystkich śmieci na ziemi mnie przeraziła).

Pierwszy już prawie wsadził głowę do popielnika od pieca, ale ruszył jedno wiaderko z opałem i wtedy Drugi zobaczył jajko. A ostatnie to znaleźli już razem, było między szafką a koszem.

Na całe szczęście zabawki w środku podobne, więc nie było żalu, że ktoś ma lepiej! Tym razem zdążyłam schować czekoladę chłopców zanim Trzecia ją pochłonęła i chłopcy wpadli w czarną rozpacz. Oczywiście Młoda wpadła w rozpacz, ale jest to na tyle ostatnio normalne, że jedno mocne przytulenie wystarczyło.

Cieszę się, że przebranie ich w odświętne ubrania, ta zabawa, wspólne uroczyste śniadanie, dało nam chociaż troszkę odczuć, że ten czas jest Świąteczny. Życzymy wam zdrowia i odpoczynku.

I świat się nie zatrzymał. Nie ma póki co takiej rzeczy, takiego wydarzenia, które zatrzyma życie na świecie.

Zimy w praktyce nie było. Kupiłam nawet fajne wygodne buty na „do pracy” na wiosnę. Tylko, że akcja #zostanwdomu jest przedłużona, a wiosna przychodzi mimo tego.


Świat się zatrzymał, ale ludzkie dramaty i ludzkie potrzeby nie stoją w miejscu. Tak jak kwiaty wychodzące mimowszystko z uśpionej wcześniej ziemi. Życie trwa, ale teraźniejszość i przyszłość powodują dużą ilość obaw i niepokoju.


Życie mimo tych dramatów i dylematów nadal idzie do przodu. Dzieci trzeba ogarnąć, obiad się sam nie zrobi. tylko kurz i bałagan robią się same.


Ale jest nadzieja. Mimo beznadziejnej zimy, wiosna przychodzi. Wszystko trwa. Pszczoły latają, jeszcze nie wszystkie kwiaty mają płatki, ale już widać, że się rozwijają i znów wszystko będzie normalnie. Chociaż my będziemy troszkę inni.

Przedświąteczna odmowa dostępu

#nieuczesanedialogi

Ja – No to w tym roku na Święta będziemy w domu i nie chcę, abyśmy wyrzucali jedzenie. Pomyślcie co zjecie. Pizza nie jest daniem Świątecznym! Wpisuje oczywiście jajka.
Drugi – Jajka? A kto to będzie jadł?
Ja – To święta jajeczne. Ja będę jadła. Co jeszcze?
Pierwszy – Wiem! Ciepły cebularz!

****
Ja – Syneczku, urosłeś. No wiesz co? Wyglądasz w tych spodenkach jakby były z młodszego brata! A Ty nie masz młodszego brata ;).
Drugi – Jak to nie mam? Tam w kuchni jest Trzeci! Dobry żart nie?

****
Pierwszy – Mamo! No daj mi komórkę. Tylko na chwilę.
Ja – Nie! Umówiliśmy się, że za dwa dni na godzinkę.
Pierwszy – Jeny, co za matka! Tylko „odmowa dostępu” i „odmowa dostępu”.

****
Drugi – Mamo pozwolisz mi pojechać z babcią do wujka traktorem?
Ja – Tak, oczywiście