Burza… Tak wyczekiwana w upalny i duszny dzień. Bardzo lubię te letnie burze – gdy wiatr wywiewa przez okna duchotę, a później czuć ten cudny poburzowy zapach. Nagle w domu robi się przyjemnie i bezpiecznie. Najbardziej je doceniłam podczas pierwszej ciąży i mieszkania na poddaszu. Nie było zabezpieczenia termicznego dachu. To było bardzo motywujące do wyjścia na spacer – na dworze zawsze było chłodniej. Na naszym poddaszu zaprojektowaliśmy takie udogodnienie pamiętając tamte doświadczenie z ostatniej małżeńskiej stancji.

Troszkę zmienia mi się perspektywa, gdy jestem na dworze i właśnie przemaka mi karta ciąży 😉 ( mam taką pamiątkę Pierwszego w brzuchu).

Przeraża mnie również sytuacja bycia na wycieczce rowerowej z dwójką dzieci w wieku 4 i 2 lata i ogromnej ulewy na którą się nie zapowiadało. Długo z dziećmi nie da się wytrzymać w czyjejś klatce schodowej. Pamiętam do dziś jak zdecydowałam się wracać bo grzmoty się skończyły i deszcz był mniejszy. Ulewa dopadła nas niedaleko domu, gdy nie było gdzie się schronić. Przemokliśmy do suchej nitki.

Jednak, gdy jesteśmy blisko domu i zapowiada się na ulgę w postaci burzy – jestem zadowolona. Drugi mówi wtedy o błyskach, Pierwszy zwraca uwagę na błyski a Trzecia mówi „buza”. Ja czuję, że jestem bezpieczna. Wszystko pod kontrolą :).

Po każdej burzy przychodzi spokój i każda jest potrzebna, aby oczyścić powietrze.

Właśnie był błysk a po chwili ogromny grzmot gdzieś niedaleko. To jednak żywioł, nieprzewidywalny i niebezpieczny.

Autor: Nieuczesana

Żona ojca swoich dzieci, mama Pierwszego, Drugiego i Trzeciej. Z wykształcenia nauczyciel historii - "wierzący i chwilowo niepraktykujący". Pełna dużej ilości chaotycznych myśli na różne tematy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *