Pociągiem do Radomia


W poniedziałek, w końcu udało mi się zgrać samopoczucie z pogodą i z minimalnym zapasem cierpliwości w kieszeni. Najważniejsze, że gospodarze życzliwie czekali na ten moment wcale się nie obrażając o poprzednie odwołanie wycieczki. Pojechaliśmy pociągiem do Radomia. Precyzując – ja jako jedyny dorosły, prawie siedmioletni Pierwszy, prawie pięcioletni Drugi i dwuletnia Trzecia.

Uwielbiam jazdy pociągiem. Kojarzą mi się z wakacjami i ukochaną babcią. To były czasy kiedy brała nas na Hel i nocowaliśmy w wagonie kolejowym. Miało to swój urok. Morza nie pamiętam, ale to, że dawało się rozłożyć fotele w przedziale tak, że zajmowały całą podłogę, to już tak.

Teraz jechałam do mojej friend, to atrakcja dla mnie, niekoniecznie dla moich dzieci. Dla nich frajdą miała być dłuższa jazda pociągiem.

Pierwsza niespodzianka była już przy kasie. Ja jako człowiek światowy sprawdziłam w internecie, że ten pociąg co kończy trasę we Wrocławiu, to ma nawet specjalne przedziały dla matek z dziećmi do lat 6. Zaliczyłam ostrego „karpika” gdy dowiedziałam się, że jednak nie ma takich udogodnień, a pociąg jest złożony z wagonów bez przedziałów. Ostro się zestresowałam, bo moje dzieci nawet jak są anielskie to są poprostu dziećmi i niekoniecznie chcę komuś psuć podróż.

Kolejną niespodzianką był remont naszego dworca. Przejście od kas do peronów było zwiedzaniem okolicy.  Spacer był przerywany piciem więc troszkę trwał.  W pociągu zasiedliśmy na swoich miejscach i usłyszeliśmy w głośnikach informację, że zepsuła się lokomotywa i z automatu będziemy mieli conajmniej 15 minut opóźnienia.

Jak już ruszyliśmy, Pierwszy wpadł w panikę:
„Mamo, musimy zapiąć pasy! Jedziemy!”. Co ostro rozbawiło naszych współpasażerów.

Trzecia chodzi już dłuższy czas bez pieluchy, więc miałam dużo obaw w związku z toaletą. Spokojnie zajmowała się oglądaniem zmieniających się pejzaży za oknem. Jednak w końcu stwierdziła, że czas na wc. To był moment szczególny. Spodobalo jej się tam bardzo i chodziła co chwilę twierdząc, że musi już natychmiast zrobić siusiu. Szkoda że nie liczyłam kilometrówki, bo to był niezły dystans.

Potem musiała sprawdzić wszystkie wolne miejsca czy są równie wygodne (gdy jej nie pozwalałam zaczynała ostrzegawczy ryk, jak to mają w zwyczaju dwulatki, które właśnie coś sobie wymyśliły). Oczywiście wszystko przerywała informacją o tym, że musi już natychmiast pójść do łazienki.
W tym czasie każdy z chłopców chci koniecznie siedzieć koło mamy. A ja stałam lub łazilam do laziebki. Gdy poczułam, że zaraz wyczerpie mi się cierpliwość usłyszałam w głośniku: „Dojeżdżamy do Radomia”.

Tak… ta trasa, bez przedziałów to było maksimum naszych możliwości. Na dworcu czekała na nas Nika – człowiek cierpliwy, który niczym się nie dziwi. I dobrze, bo Pierwszy wcale nie czuł się pewnie widząc kogoś nieznajomego i wypalił:
– Nie podoba mi się ta pani. Jedzie od niej gumą balonową.
Mistrz złośliwości. Aczkolwiek fakt, że ciocia ładnie pachniała – jak guma balonowa.

W domu czekały na nas ekstra tory i kolega Olek, którego od teraz uwielbia wręcz Drugi. A na mnie czekał wygodny fotel. Trzecia dla odmiany przestała mnie potrzebować. Również spodobała jej się bardzo łazienka, ale wprost mówiła, że pójdzie tam tylko z ciocią.

Pierwszy powoli i burzliwie się oswajał i nawet nie poszedł z nami na pizzę. Za to zaopiekował się nim pełnoletni „wujek”. Wręczył mu „pada” do gry i już od tej pory jest najcudowniejszą osobą stąpającą po ziemi. Gdy Olek z Drugim wrócili i zobaczyli, że chłopaki grają, długo nie czekali na wyciągnięcie drugiego zestawu. Przyjaźń mimo różnicy wieku została zawarta (przynajmniej jeśli chodzi o moich).

Powrót był już spokojniejszy. Co widać na zdjęciu. Drugi poprostu zasnął, a reszta zgodnie patrzyła przez okno. Co ciekawe jak wstał Drugi to młoda ostro go odpychała od okna, żeby jej nie przeszkadzał.

Naprawdę byłam szczęśliwa, że spod dworca odbiera nas mój mąż. Nie dałabym już rady dłużej kontrolować bezpieczeństwa. Szkoda jednak, że nie było tych przedziałów, napewno oszczędziłoby mi to dużo spiny.

Kilka osób mnie pytało kiedy znów taka wyprawa. Odpowiedź jest prosta: Wtedy kiedy dojdę do siebie po tej i zatęsknię za wspomnieniami z dzieciństwa.

Autor: Nieuczesana

Żona ojca swoich dzieci, mama Pierwszego (7 lat) , Drugiego (5 lat) i Trzeciej (2 lata). Z wykształcenia nauczyciel historii. Aktualnie uczący. Pełna dużej ilości chaotycznych myśli na różne tematy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *