Spontaniczne wędkowanie


Za starych dobrych czasów, gdy byliśmy jeszcze młodzi 😉 i bezdzietni byliśmy bardzo spontaniczni. Po pracy wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy przed siebie. Troszkę to się pokomplikowało, gdy pojawił się Pierwszy.

Pakowanie nas na dwudniowy wyjazd poprzedzały długie rozmyślania, bez czego nie damy rady. Co ciekawe – przy kolejnych dzieciach pakowałam nas szybciej i w mniejszą ilość toreb. Aczkolwiek nie ukrywam, że zdarzało nam się jechać na działkę z przyczepą (wtedy braliśmy rowerki i wszystkie ukochane koparki i wywrotki).

Drugi już bardzo długi czas marzył o pójściu na ryby z tatą :). Jednak biorąc na wyprawę jedno dziecko, warto spytać również inne. Tym razem Pierwszy miał ochotę na łowienie ryb. No i nagle okazało, że jedziemy wszyscy, bo mąż miał pewne obawy czy ogarnie dwójkę. A jak ja to i Trzecia. Ogólnie 😉 było spoko, ale cały czas byłam ostro skupiona czy najmłodsze nie ćwiczy zbiegania prosto do wody, albo nie zwiewa dowcipnie w drugą stronę.

Ale wracając do początku ;). Jak już się domyślacie – nie brałam tym razem przyczepy, ale zmieściłam się w jeden duży plecak z kocem i kilkoma bluzami. W drugim plecaku miałam wałówkę (w praktyce jadłam ją sama, bo dzieciaki wyjadły rybom kukurydzę). I całość pakowania zajęła mi 30 min. – w międzyczasie wypiłam kawę.

Gdy dojechaliśmy, wychowawczo poprosiliśmy młodych ludzi, żeby również coś przenieśli z samochodu. Trzecia wzięła butelkę wody, Drugi jedno krzesełko, a Pierwszy! Uwaga! Wyciągnął z siatki dwie puszki kukurydzy i je dzielnie przeniósł.

Gdy udało się zarzucić pierwszą wędkę – Drugi poczuł zew natury. Siedział i patrzył. Normalnie byłam w szoku. Nikt brata nie złapał za ucho ani siebie za skarpetkę (to moje osiągnięcia jak byłam ze swoim tatusiem na rybach). Pierwszy również ćwiczył swoją cierpliwość i siedzenie w miejscu. Tylko, że ryby brały im jak szalone. Więc kilka razy prawie dostałam wędką w głowę jak siedziałam za Pierwszym (te emocje i ekspresja).

Ryby były malutkie, a gdy zabrałam obydwie komórki idąc z Trzecią oglądać kozy i gęsi, to podobno Pierwszy złapał suma, który miał około 50 cm. Ze względu na niewymiarowość powrócił do jeziora zanim wróciłam.

Pod koniec jadły nas komary, Drugi się znudził wędkowaniem, Pierwszemu ryby łapały się co chwilę, a tatusiowe przynęty były ignorowane.

Później był duży dylemat czy zabieramy ryby, czy wypuszczamy na wolność. No i mimo dylematów małych dziecięcych serc, marzenie o spróbowaniu własnoręcznie złowionej rybki było silniejsze.

Całą drogę powrotną Pierwszy rozważał jak je przyprawi. Oczywiście sprawiał już rybki podobno w przedszkolu i nawet po sobie posprzątali z kolegą (ja nie wiem co się w tym przedszkolu dzieje! 😉 ). Faktem jest, że dzielnie je później myli z Drugim i przyprawili. (Cytryna, czosnek, pieprz ziołowy, sól) Jedną nawet Pierwszy zjadł tylko troszkę narzekając na ości. Reszta spróbowała, natknęła się na ości i postanowiła zjeść kanapki z szynką.

A dziś w nocy tatuś o 3 nad ranem zabrał na męski nocny połów Drugiego (Pierwszy powiedział, że woli spać). Młody z emocji zasnął tuż przed północą i spał 3h. I podobno zasnął dopiero w drodze powrotnej około 11. Bo jak się domyślacie – lekko się wynudził, bo tym razem rybki nie brały co sekundę jak ostatnio. Plus zmęczenie też robi swoje, a on był bardzo dzielny. Pierwszy miał nadzieję, że nie będzie ich dłużej i się obraził, że już wracają (cóż…życie).

No i na koniec ustalili między sobą, że następnym razem dzieci śpią w nocy, a tatuś jak już musi jeździć po ciemku to może sam.

Autor: Nieuczesana

Żona ojca swoich dzieci, mama Pierwszego (7 lat) , Drugiego (5 lat) i Trzeciej (2 lata). Z wykształcenia nauczyciel historii. Aktualnie uczący. Pełna dużej ilości chaotycznych myśli na różne tematy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *