Syzyfowe prace

W piątej klasie było zadanie domowe pt. „Napisz jakie prace są pracami syzyfowymi”. Cóż napisałam? Dostałam za pracę zaszczytną bańkę – napisałam dość krótko „Takie prace nie istnieją”. Bo dla mnie syzyfowa praca to oprócz tego, że taka bez końca to jeszcze bez sensu. No bo po co ten głaz na tę górę pchać?
Poprawiłam zadanie i nawet dostałam zaszczytną trójczynę. Napisałam wtedy, że syzyfową pracę wykonuje nasza pani od języka polskiego, gdyż nas tłuków i tak już nic nie oświeci. Napisałam to zdecydowanie bardziej prosto.

Dopiero jak mama zajrzała do zeszytu, zaśmiewając się do rozpuku wyjaśniła mi, że takich prac jest od groma. Aby zrozumieć grozę tych słów musiało minąć wiele czasu. Teraz bym zadanie wykonała o niebo lepiej i nie tylko chodzi o sposób pisania. Praktycznie większość mojego czasu zajmuję się taką działalnością. Tylko, że Syzyf miał taką karę, a ja co zbroiłam?

Pranie robię często. Tylko dlaczego nikt mnie nie ostrzegł, że wstawić to jest naprawdę jedna miliardowa roboty? Kilka dni odpuściłam sobie chowanie ciuchów na półki. Może i bym dalej udawała, że nie ma problemu gdyby nie to, że nie było go już gdzie kłaść? Dosłownie zaczęło mnie zasypywać. Na półkach jest pięknie (od kilku dni) wszystko poukładane to segreguję i układam w kosteczkę. W aktach desperacji zdarzało mi się … wkładać „na żywca” konkretnemu osobnikowi na półkę. Tylko ja mimo chaosu w sposobie bycia oraz tym wokół mnie, lubię porządek

Więc jeśli chodzi o system prania i suszenia (zwłaszcza w takie upały) mam naprawdę fajny system. Ale cóż z tego? Jeśli samo na półki nie wskakuje? Swoją drogą, może lepiej, że nie wskakuje bo by znów było na półkach jak zwykle?

Co za matka!

Małe dzieci mały kłopot. Duże dzieci duży kłopot. Ja bym to stwierdzenie zmodyfikowała. Każdy etap rozwoju dziecka ma swoje wyzwania. I na dany moment jest to wystarczające ciężkie zadanie.

Człowiek, który się rodzi jest całkowicie zależny. Poznaje świat od zera. Nadal fasynuje mnie to, że Trzecia urodziła się niecały rok temu, a teraz jest jednostką samodzielną z własnym i specyficznym poczuciem humoru.

Doświadczenie mam krótkie i wiem, że wiele szokujących i trudnych momentów dopiero przede mną. Ja wiem, że wpływ na nich ma nie tylko nasza rodzinna relacja, lecz również ludzie na których trafiają na swojej drodze. Ludzie teoretycznie też to wiedzą.

Ostatnio realnie mierzę się dzień w dzień z oceną mnie jako mamy. Standardowe „gdzie ma czapeczkę” matki trójki dzieci nie dotyczy. Tutaj są porady wyższego kalibru.

Nie oszukujmy się – jeśli dziecko nie ma w szafce przedszkolnej zapasowych portek (dzień wcześniej były) to pierwsza myślą jest to, że „mama nie dała”. Jeśli dziecko rzuca się na ziemię, to mama pozwoliła.

Jeśli opowiada, że gra w gry i je opisuje ze szczegółami, myślimy, że mama nie poświęca czasu i nie kontroluje korzystania ze sprzętu. Jeśli młody człowiek przerywa rozmowę dorosłym to znaczy, że mama nie wytlumaczyła. Jeśli za dużo się rusza to mama powinna więcej dyscypliny wprowadzić.

Tylko matka i matka. Tak jakby większość dzieci nie posiadała ojców ;). Ojciec moich zdziwił się ostatnio, czemu nikt jemu nie daje publicznie rad wychowawczych. Życzliwi tylko mnie instruują.

I mimo tego, że wiem o tym, że nie na wszystko nam wpływ, bo to jest mały człowiek, który na swój sposób odreagowuje dzień, to jednak czasem ta ludzka ocena mnie ostro przytłacza.

Różnie ludzie reagują na strach, ci mali jeszcze bardziej nieprzewidywalnie. Tyle ile ja się nasłuchałam ostatnio na temat tego, jak powinnam prowadzić przez świat moje dzieci, to moje. Rady nawet mądre, tylko co z tego jak niepotrzebne, bo właśnie to robimy?

Czemu o tym piszę? Wiem, że nie tylko ja czuję wzrok specjalistów od relacji z moimi dziećmi. Nie tylko ja, mimo świadomości tego, że powinnam asertywnie poinformować samozwańczych pomocników, co myślę o ich radach, w wolnej chwili to przeżywam.

Dziecko to nie robot w którym włączymy oprogramowanie i na końcu drogi będzie szczęśliwym, asertywnym i pewnym siebie człowiekiem, który będzie empatyczny i wrażliwy. Bardzo żałuję :), byłoby to mniej stresujące, aczkolwiek chyba nudne.

Popełniam błędy o których wiem, takie o których się kiedyś dowiem oraz takie o których się nie dowiem. Staram się być najlepszą mamą i najlepszym wzorem dla moich dzieci jakim potrafię być w tym momencie.

Myślę, że fajnie by było, żeby na tej podstawie nauczyli się, że nie ważne jest to co myślą o nich inni. Super by było, gdyby nie bali się popełniać błędów, bo to rzecz ludzka. Nie myli się wszak ten co nic nie robi.

2 lipca 2018

Tekst przeniesiony z fanpage na Facebooku

Przed chwilą miałam przyjemność zatrzymać się nad życiem i zastanowić nad tym, co mnie cieszy.
Jak się okazuje, mimo różnych matczynych momentów i chwil bezsilności, gdy wydaje się, że moje słowa i przykład uderzają w mur dziecięcego buntu, takich miłych chwil też jest dużo.
Naprawdę jestem wzruszona, gdy Pierwszy rozgląda się w autobusie i ustępuje miejsca komuś, kto tego bardziej potrzebuje. Miło zobaczyć błysk zrozumienia w oczach Drugiego w momencie tłumaczenia, że jeśli ktoś śpi to nie należy drzeć się na pół osiedla. Bardzo lubię, kiedy Trzecia robi mi pierwszą nocną pobudkę około 5 rano 🙂 czyli daje mi szansę przespać aż 6h.
Radość sprawia mi 10 min. w wannie, gdy nie słyszę kolejnej awantury. Najpiękniejsze są chwile, gdy przytulają mnie i mówią „kocham Cię, mamusiu”.
Jasne, że każdego dnia w którymś momencie jestem zmęczona i wydaje mi się, że robię coś nie tak. Jednak te chwile, w których czuję, że to wszystko ma sens, są zdecydowanie mocniejsze.
Zwykły dzień zawsze ma w sobie coś pozytywnego – warto to zobaczyć.

Eksperyment zapiekankowy

Od kilku dniu kombinowałam co zrobić, żeby na kolację było coś innego a i moje marudy zjadły.

Po pierwsze kupiłam saszetkę z przepisem na zapiekankę z ziemniakami i mięsem mielonym. Jak się takim czymś z reklamy pomacha to dzieci chętniej jedzą ;). To sobie pomachałam i już kolacja miała +10 do smaku.

Psychologowie mówią, że dzieci chętniej jedzą jak zrobią coś same (nie widzieli zaangażowanego Pierwszego, robiącego pastę jajeczną i nie słuchającego rad – na koniec stwierdził, że wygląda tragicznie i jest wstrętna). Zawołałam chłopców do działania i układali ziemniaczki ;). Trzecia też przyszła, ale jakoś nie wyluzowałam jeszcze na tyle by pozwolić jej panoszyć się w mojej kuchni.

Efekt końcowy był taki 😉 że spróbowali. Drugi zjadł dwie łyżki i stwierdził, że jednak nie jest głodny. Pierwszy dla odmiany popatrzył i nawet spróbował. Po chwili poprosił o kanapkę z szynką ;). Jest postęp psychologiczny nikt nie krzyczał, że niedobre ;).

My z mężem zjedliśmy ;), bo coś jeść trzeba 😉 a i szkoda takiej ilości mięsa ;). Gotuję ogólnie średnio, ale moje eksperymenty są smaczniejsze ;).

Na przyszłość zostawię chyba jakaś saszetkę do machania 😉 i będę robić jednak własne sosy ;).