Nudny las

Wszystkie dzieci, tatuś, dziadek i mama z tyłu

Wyjazd z naszą „czeredą” to nie lada wyzwanie. Chłopcy, gdy zaczynają się nudzić podszczypują się, a Trzecia po chwili wpada w czarną rozpacz. Czeka nas wyprawa na wesele mojego kuzyna za 3 tygodnie i taki trening wycieczkowy nam się przydał.

Byliśmy w lesie. Cisza i spokój. Świeże powietrze i piękne drzewa. Widzieliśmy paśnik oraz różne ślady zwierząt.

To albo dzika albo sarenki, ja odróżniam tylko ślady buta ;).

Były też takie dużo większe – dużego stwora. Dzieci nie dały się oszukać i wiedziały, że to ślady pozostawione przez tatusia.

Oprócz tego zachwycili się zielonymi żukami. Starali się nic nie niszczyć, nie krzyczeć i ogólnie byli zadowoleni.

Obserwacja w toku
Pan zielony żuk (lub pani)

Oczywiście do czasu :). Trzecia dość szybko wylądowała na rękach i starsi bracia również o tym marzyli. Przede wszystkim nie daliśmy ich rady nieść, bo już dość dużo ważą, a poza tym chcieliśmy ich troszkę zmęczyć.

Kierownik wycieczki pokazał najstarszemu synowi, gdzie jest miejsce w którym zbiera grzyby (a to jest tajemnicą). Tylko, że grzybów nie było. Wypatrzyliśmy za to dużo muchomorów. Ale Pierwszy mimo wszystko wrócił ze zdobyczą – dwoma grzybami jadalnymi. Drugi wziął z lasu żołędzia, a Trzecia wszystkie zebrane szyszki rzuciła w dal z piskiem radości.

Tam są gdzieś muchomory 🙂

Pierwszy na koniec stwierdził, że nie widział nawet wiewiórki, więc w takim lesie jest nudno. Odpowiedziałam mu, że właśnie o to chodzi, bo taki las wycisza i uspokaja. Drugi dla odmiany kilka razy stanął i nadstawił uszu, po czym uradowany pytał mnie czy też słyszałam te ptaszki.

Oprócz tego jestem tak zdolna, że nie dość, że w krzakach zgubiłam komórkę i zorientowałam się dopiero na ścieżce, to udało mi się znaleźć miejsce w którym byłam i sprzęt do mnie powrócił cały i zdrowy (i nie mokry!).

„Głupia” wieża widokowa

Później kierownik wycieczki zawiózł nas na wieżę widokową. Oczywiście w drodze Pierwszy twierdził, że to „głupia” wieża i on nie wyjdzie z samochodu. Jednak pobiegli tam na górę szybko i sprawnie.

Pierwsze wejście

Byli na samej górze z tatą. Trzecia popatrzyła i już za chwilę pognała za nimi, a ja za nią. Na pierwsze piętro weszła sama, a na drugie już jej nie puściłam. Schody były tak bardzo strome, że nie dałabym rady z nią zejść sama. Ale dziecko ma tatusia! Więc tatuś wszedł na wieżę jeszcze raz.

Wieża jak na „głupią” przystało na tyle się spodobała, że chłopcy zaciągnęli na nią też dziadka. I znów byli na szczycie, by potem biegać jak szaleni na jej pierwszym piętrze.

Więcej zdjęć brak, bo potem byliśmy nad naszym ulubionym jeziorem Sumin. Tam założyłam sobie i młodej odpowiedni ciuch, a chłopcy swoje kąpielówki ogarnęli sami. Zaczęłam dyżur wodny, mąż zaczął dyżur brzegowy. Rok i dwa lata temu chłopcy biegali co chwilę na kocyk i do wody :). Plus Drugi jeszcze miał duży dystans do tego żywiołu ale chyba już mu przeszło.

Pierwszy to naprawdę ogromny fan wszelkich wód od maleńkości. Drugi kiedyś głównie chodził w wodzie ze mną, a teraz siadał i było widać mu tylko głowę i bawił się super. Nauczona ostatnim doświadczeniem ze średnim liczyłam na to, że Trzecia będzie się bała i wskoczy mi na ręce. Ogólnie chyba jeszcze pamięta wody płodowe, bo próbowała pływać – również na plecach i bawiła się nieziemsko.

W efekcie tym razem nie wychodzili z wody (poza Trzecią, którą udało mi się troszkę ogrzać w ramionach tatusia). Po godzinie nadal nie chcieli wychodzić, ale miewamy czasem na nich wpływ. Bardzo się ucieszyli, że samochód był nagrzany.

Wrócili szczęśliwi. Młodsze dzieci padły podczas jazdy, a Pierwszy trzymał się dzielnie. Tylko taki wyciszony był wieczorem. Spytałam czy go coś boli: „Nic mnie nie boli, jestem tylko troszkę zmęczony” .

No i mamy sukces! Zasnął przed 23! Reszta też drzemie, ale to nic nietypowego w ich wypadku.

I tak sobie myślę, że fajnie, że las ich troszkę wyciszył, że usłyszeli śpiew ptaków i zobaczyli żuczki i mrówki. Może pokochają las i taki odpoczynek tak samo jak ich rodzice, bo tak naprawdę nie trzeba wymyślać niewiadomo jakich atrakcji żeby uatrakcyjnić dzień.

A ja? Zmęczona bo jednak to było wyczerpujące przeżycie, ale udało mi się mimo wszystko zrelaksować i wyciszyć. Plus zawsze dobrze robi mi zmiana otoczenia, ale tylko na chwilę, bo lubię z nimi wracać na noc do ich łóżeczek i sprawdzonego sytemu wieczornego.

Rangerek

Popołudnie nad zalewem z chłopakami

Stara miłość nie rdzewieje ;). Popatrzyłam na szaleństwa Pierwszego i moje serce znów zaczęło mocniej bić.

Moją pierwszą miłością jest jazda na rowerze:). Kilka wpisów temu pojawiła się w komentarzach informacja, że zanim zaczęłam chodzić, jeździłam na trzykołowym rowerku. Nie wierzyłam dopóki nie zobaczyłam Trzeciej w akcji – też jest ambitna ;).

Więc przedstawiam wam mojego Rangerka koloru czerwonego. Zresztą dziś zobaczyłam, że większość rowerów mamy czerwonych :).

Z Rangerkiem znamy się dłużej niż jestem z moim mężem czyli ponad 10 lat. Pamiętam jak dziś gdy kupiłam ten rower za 400 zł w Tesco :). Jeździłam nim na uczelnię i do pracy. Kiedyś tylko dzięki niemu nie spóźniłam się na pisemne zaliczenie ćwiczeń z historii najnowszej. 15 minut od pobudki byłam w sali. Ratował mnie też w czasie, gdy kończyłam pracę o północy, a nasze miasto jeszcze nie uruchomiło nocnych połączeń.

W kasku zaczęłam jeździć po wywrotce na piasku po wesołym slalomie. Z czasem zaczęłam używać rękawiczek rowerowych, oczywiście koloru czerwonego. W plecaku woziłam koszulkę odblaskową i płaszcz przeciwdeszczowy.

Potem w moim życiu pojawił się młody, przystojny i zainteresowany mną chłopak . Posiadał też samochód (zresztą też czerwony). No i wyszło na to, że jestem blacharą ;). A tak serio rower poszedł w odstawkę, bo podrywający mnie facet robił mi niespodzianki i odbierał z pracy, więc jazda do pracy rowerem zrobiła się bez sensu. Jednego dnia jechałam Rangerkiem, wracałam z chłopakiem i rower zostawał w pracy, rano jechałam autobusem do pracy, wracałam rowerem i kolejnego dnia zabawa od nowa. Ranger przegrał z miłością.

Po jakimś czasie chłopak stał się narzeczonym i jeszcze chętniej mnie woził. Tuż po ślubie wywieźliśmy rower do komórki u jego mamy. Zimą okazało się, że w moim brzuchu zamieszkał Pierwszy. Na 3 miesiące przed jego urodzeniem przenieślimy się tutaj – obok Rangerka.

Rower jeszcze jakiś czas stał bliżej drzwi, ale od 4 lat stacjonował pod ścianą przyłożony dużą ilością skarbów. Tuż przy wejściu stoi 6 rowerków dziecięcych (dwa te co na zdjęciu i reszta trzykołowa).

Zresztą jakoś ciężko było mi wyobrazić sobie siebie na rowerze wraz z małym dzieckiem. Wiem, że się da, ale jakoś nie miałam klimatu. A od 6 lat cały czas mam jakieś dziecko poniżej 3 roku życia.

Pilnowałam na drodze ćwiczącego zakręty młodego i odezwała się we mnie zazdrość. Przecież mam rower i zamiast stać i się nudzić mogłabym pojeździć. No nie do końca się nudziłam, bo jednak miałam zawsze pod opieką Trzecią i kontrolowałam czy żaden samochód nie chce przejechać mojego kolarza. Ale jednak fajnie by było z nim pojeździć.

Weszłam do komórki i stwierdziłam, że bez pomocy męża nie dam rady wyciągnąć roweru nie niszcząc nic. Poprosiłam o pomoc małzonka i uświadomiłam go, że będę brała chłopców na wyprawy, a jemu pod opieką zostanie córka.

Rower był bardziej szary niż czerwony, ale i to udało mi się opanować. Troszkę płynu i wody nawet rowerowi nie zaskodziło, a nawet pomogło. Mąż nadmuchał oponki i nasmarował łańcuch. Reszta działała bez zarzutu.

Pojechałam z chłopcami na pobliski zalew. W praktyce w tę i z powrotem. Ale bawiliśmy się super. Bardzo był mi potrzebny wycisk na rowerze. Taka jazda zawsze mnie relaksowała. Lubię ten wiatr we włosach i w uszach. Brakowało mi tego i teraz tak łatwo z tego nie zrezygnuję.

Fajnie że stara miłość nie rdzewieje, bo jakbym musiała kupić nowy rower to bym zrezygnowała z jazdy. Bo kasy na siebie zawsze mi szkoda.

Oszczędny tryb matki

Wakacje kojarzą mi się z ogniskami. Zresztą mojemu mężowi też :). Tak to jest jeśli spotka się dwójka osób z sercem harcerskim.

Tylko ciężko mi ostatnio bardzo zorganizować coś dzieciakom. Głównie jestem w trybie „na przetrwanie”, aż mi samej głupio. Plac zabaw pod domem rozleniwia zdecydowanie.

Z drugiej strony Trzecia jest bardzo sprawnym szkrabem a nie do końca jeszcze przewidującym. Plus ma coś z osła i lubi iść w drugą stronę. Opieka nad trójką żywiołowych szkrabów naprawdę wymaga ode mnie dużo skupienia i zabiera resztki nieregenerowanej od dawna energii.

Do tego wysiłek intelektualny jest dość wysoki. Nie mówiąc już o wyczerpanych zapasach cierpliwości. A staram się nie „mordować” i nie krzyczeć, a to naprawdę trudne.

Najzwyczajniej w świecie mam nagłe kryzysy, które wyglądają tak, że siadam i nie pamiętam co miałam zrobić.

Mam też dosyć duże wymagania wobec siebie jako mamy, ale cóż zrobić jeśli pojawił się tryb oszczędzania baterii?

Matka bez gustu

No i stało się. Moja córka niemówiąca w zrozumiałym języku, wyraziła swoją opinię. Nie pytana o zdanie 😉 – byłam ostro zaskoczona.

Wyciągnęłam MOJĄ ulubioną sukienkę w kropki 😉 to zaczęła nagle kręcić głową na „nie”. Wyciągnęłam brązową – podkręciła głową na „nie”. Znalazłam różową taką, że kolor oślepia 😉 kiwnęła na „tak” bardzo zadowolona.

A matka różu nie lubi 😉 no ale ma prawo dziecko do własnej opinii ;). Tak naprawdę pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło, bo chłopakom raczej było wszystko jedno co założą 😉 tak do czasu pójścia do przedszkola, gdy okazuje się że koszulki z autem i super bohaterami są milej widziane.

Oprócz tego jest kłótnia z Drugim o huśtawkę, bo każde chce się huśtać 24 na dobę i wpada w czarną rozpacz, gdy huśtawkę zajmuje to drugie.

No i Młoda koniecznie chce zobaczyć jak jest w pralce. Jest bardzo rozczarowana, że się nie mieści. Tak to już z tą naszą Trzecią jest.

O tym że czasem trzeba puścić dziecko

Dużo go nauczyłam w życiu. To ja go asekurowałam, gdy uczył się wspinać jako roczniak na placach zabaw. To ja nauczyłam go, że „uważaj” to informacja, żeby był dokładny, a nie krytyka. To ja pilnowałam, aby rozglądał się wchodząc na jezdnię. I wiem, że jeśli chodzi o naukę jazdy na dwóch kółkach na rowerze to nie mogłam być ja.

Wiedziałam, że ten moment musi w końcu nastąpić i myślałam o tym już jakiś czas. Jednak się bałam, zwłaszcza po tym ostatnim złamaniu, które nadal powoduje u mnie wyrzuty sumienia.

Kiedyś przewrócił się na rowerze i powiedział, że już nigdy na niego nie wsiądzie. Z myślą o próbie jazdy na dwóch kółkach, na 5 urodziny dostał ochraniacze. Najważniejsza jest psychika jak to mówią, a przy nauce jazdy można się wielokrotnie nabawić kontuzji.

Mieliśmy wieźć rowery do moich rodziców i nauką miał się zająć mój tata. Tylko, że rowery są tutaj u nas dość mocno eksploatowane. I tak minęły dwa miesiące.

Dziś około 10 z przyszedł Pierwszy z pytaniem gdzie jego ochraniacze, bo babcia będzie go uczyła jazdy bez bocznych kółek. Babcia była rzeczywiście zdecydowana, nawet nie szukała odpowiedniego klucza tylko użyła francuskiego. Młodszy jak zobaczył jej zacięcie przy rozkręcaniu braterskiego sprzętu, na wszelki wypadek głośno wyraził swoje zdanie – on nie chce się uczyć :). Natomiast Pierwszy ubrany w „nakolenniki”, „nałokietniki”, „nanadgarstniki” oraz w kask ruszył na drogę ze swoim rowerem.

Moje matczyne serce zastygło. Bo jak to będzie jak on się przewróci? Czy on się nie zniechęci? Czy w swojej dziecięcej złości nie powie niczego przykrego? I nasłuchiwałam jak babcia mu tłumaczy. A wyjaśniła mu świetnie co robić jak czuje że spada, jak ustawić nogi żeby się zatrzymać. Potem przeprowadziła go kilka razy wokół okolicznych płotów i puściła. On pojechał, tylko jak tylko się zorientował to stawiał nogi na ziemi.

Babcie mają to do siebie, że się szybko męczą. Pojawiłam się ja, przekazałam Trzecią pod opiekę babci i troszkę sobie pobiegałam. On naprawdę jeździł a ja biegłam koło niego kłamiąc mu, że go trzymam. Cała nauka trwała może 15 minut? Zaczęłam go puszczać tak żeby wiedział, że mnie nie ma. Gdy zobaczyłam, że asekuruje się bardzo dobrze zaproponowałam mu ściągnięcie przeszkadzających ochraniaczy.

Potem było szlifowanie tego co osiągnęliśmy i budowanie w dziecku pewności siebie. Pokazałam mi filmik który nagrałam wcześniej. Mocno się zdziwił, że jeździ tak dobrze.

O godzinie 13 startował rowerem samodzielnie, a około 16 nauczył się zawracać. Gdybym nie wiedziała kiedy zostały mu odłączone kółka – nieuwierzyłabym. Sąsiad, który przed południem widział początki podczas których prowadziła go babcia również był zaskoczony.

Wiem, że ja bym nie dała rady spokojnie mu wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Tym razem musiał zrobić to ktoś inny i fajnie, że w końcu ktoś te kółka odkręcił. To taki ważny kolejny moment w życiu dziecka. Moment, którego nie da się zignorować. Mój mały chłopczyk robi się powoli chłopakiem. Szkoła coraz bliżej, już do niej dojedzie na rowerze. Ma tylko 40 cm mniej niż ja i ciężko go czasem przytulić :).

Tym razem zbytnio się bałam o niego. Tym razem nie potrafiłam go puścić, ale ważne, że ma nie tylko mamę. Później tłumaczyłam mężowi, że jego mama świetnie Pierwszemu wytłumaczyła jak ma się ratować przed upadkiem. Mąż był szczerze rozbawiony i poinformował mnie, że jego uczyła ta sama osoba i dlatego ma bliznę na łuku brwiowym ;). Jakbym wiedziała to bym chyba pod bramą się położyła żeby dziecko przed babcią sadystką ratować 😉 a tak nie wiedziałam a Pierwszy śmiga bez żadnej kontuzji :).

Po ciąży może być inaczej

Moje szkraby przy urodzeniu nie ważyły dużo bo około 3kg, do tego dochodziły inne obciążenia (np. łożysko i wody płodowe). Każda ciąża w moim wypadku skończyła się cesarskim cięciem. Kręgosłup i mięśnie dna miednicy szwankują już dłuższy czas.

Jakoś oczywiste się wydaje, że tak poprostu organizm po ciąży nigdy już nie będzie w takim samym stanie jak przed. Czytam dużo i wiedziałam, że można ćwiczyć mięśnie dna miednicy. Po przestudiowaniu rozlicznych artykułów dotarło do mnie, że bliznę należy mobilizować. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Więc tak sobie żyłam z różnymi przypadłościami rozlicznymi i nawet udałam się do specjalistów, którzy postanowili faszerować mnie lekami, bo nie wiedzą czemu jest jak jest. Pewnego dnia przeczytałam na stronie FizjoWenus Julia Jeżewska wpis podsumowujący rok. W opisach problemów z jakimi zgłaszają się pacjentki odnalazłam swoje dolegliwości. Pomyślałam, że może wizyta u fizjoterapeuty uroginekologicznego pomoże lepiej niż faszerowanie się lekami.

Ale jak to w życiu bywa odłożyłam temat na później – zima i częste choroby dzieci, potem robiłam prawo jazdy i tak pół roku minęło. Z okazji Dnia Mamy na stronie Julii Jeżewskiej pojawił się konkurs. Trzeba było wskazać w komentarzu znajomą mamę, dla której chciałoby się wygrać konsultację. Ja wybrałam moja mamę i tak jakoś wyszło, że w Dniu Mamy mój komentarz został wylosowany. Niespodzianką była konsultacja dla osoby, która wpisałam komentarz – czyli dla mnie.

No i nie było odwrotu :), a że skupiłam się na tym, żeby przekonać mamę do udania się do fizjoterapeuty, zapomniałam jak bardzo ja się tego boję. Bo tak do końca wcale nie wiedziałam co mnie czeka.

A czekało mnie bardzo miłe spotkanie. Wywiad był zrobiony z dużym wyczuciem, a dotyczył dużej ilości spraw delikatnych. Ale nie tylko :), spojrzenie było naprawdę całościowe. Wszak człowiek jest całością. Z moim kręgosłupem nie jest źle. Mięśnie brzucha się nie rozeszły ale czas zacząć odżywiać się regularnie a nie wcinać pierwszą rzecz jaką znajdę w kuchni jak mnie głód złapie (z tego powodu staram się żeby nie było tam za dużo ciastek).

Te moje nieporadne próby mobilizowania blizny efekty jakieś przyniosły :), ale za to wiem jak się to robi tak naprawdę 🙂 i po co. Sprawdzono czy prawidłowo robię ćwiczenia mięśni dna miednicy (a oczywiście po instrukcjach z netu robiłam to kiepsko). Oprócz tego dostałam ćwiczenia do domu. Bo konia można przyprowadzić do wodopoju, ale napić się za niego nie da. I to mi się podoba, bo nie mam czasu ani kasy, aby biegać do fizjoterapeuty co tydzień. Pojawię się za jakiś czas na kontrolę.

To co dla mnie najważniejsze – zostałam przyjęta z moją głupawką, zrozumiana i potraktowana poważnie. Bo może jeszcze mogłabym się bardziej popsuć po tych ciążach, ale już można zrobić coś żebym się nie rozpadła w ciągu następnych kilku lat.

Nie wiem dlaczego nie wysyła się dziewczyn po porodzie do fizjoterapeuty uroginekologicznego. Naprawdę powinien być to standard. Mało kto wie, że są specjaliści w tym temacie i naprawdę po ciąży organizm nie musi wcale szwankować. Warto się udać i sobie pomóc. Ja zdecydowanie polecam FizjoWenus i Julię Jeżewską, ale ogólnie warto szukać takiego specjalisty w swojej okolicy.


O klockach, kocie i mięsie

Dialogi tak na dobry początek weekendu ;). Tak – lubię weekend bo mąż wtedy jest w domu. To znaczy pod domem i dziadkowie krążą i mogę otworzyć drzwi i wypuścić starszaki ;). Na górze zdjęcie w miarę posprzątanego dziecięcego pokoju 😉 tylko Trzecia tu była więc sprzątanie przed odkurzaniem zajmie chwilkę.

Pierwszy – Mamo, mięso z kurczaka jemy tak?

Ja – No… jemy

Pierwszy – To mięso z psa nazywa się pewnie „piesowina”

Drugi – A ze świni to pewnie „świnina”

Pierwszy – A z krowy krowina?

Drugi – Mamo! Widzisz tego kota? To kot pański!

Ja – Jaki kot?

Drugi – No pański, bo ma obrożę.

Ja – A taki bez obroży to jak się nazywa?

Drugi – Nie – pański!


Pierwszy długo prosił ciocię o pomoc w budowaniu statku LEGO. Nagle słyszę z pokoju krzyk z pretensjami.

Pierwszy – Ciociu! Przeszkadzasz mi! Nie rozumiesz?

Po jakimś czasie znów słyszę młodego.

Pierwszy – Ciociu podaj mi klocka. Już nie przeszkadzasz, tylko wtedy przeszkadzałaś.

O Powstaniu Warszawskim dzieciom

Miałam nie pisać o Powstaniu Warszawskim, ale życie jak zwykle idzie swoim tokiem, tak samo jak moje dzieci.

Mieliśmy dziś rozmowę o dzisiejszej rocznicy. Kierowca naszego autobusu miał koszulkę z Polską flagą oraz z symbolem Polski Walczącej.

Chłopcy wiedzą, że godzina W to godzina 17. Wiedzą, że walczyliśmy z Niemcami i byliśmy słabiej uzbrojeni. Wiedzą, że broń musieliśmy robić sami lub zdobywać w walce. Wiedzą też, że przegraliśmy po 63 dniach i ludzie umierali. Tak uczciwie bez epatowania szczegółami.

Wojna nie jest fajna. Śmierć w obronie ojczyzny nie jest fajna. Głód, brud i strach nie są fajne. Ale! Musimy pamiętać o tych, którzy pragnęli uwolnić naszą stolicę z rąk Niemców, którzy nas mordowali w czasie wojny.

Musimy pamiętać o obozach koncentracyjnych o które mnie pytają zawsze jak przejeżdżamy koło Majdanka. Nie wchodzę w szczegóły, nie epatuje przemocą, nie pokazuję im baraków itp. Mówię o tym, że tutaj Niemcy więzili i mordowali tych których uważali za gorszych od siebie – m.in. Żydów, Polaków, Ukraińców, Cyganów. I zostawiono to miejsce po to, abyśmy pamiętali o tym, że każdy człowiek jest ważny i żeby nigdy ta historia się nie powtórzyła.

Nie chcę aby uwierzyli w to, że patriotyzm to tylko umieranie za Ojczyznę. Chcę aby uczyli się i dali Polsce siebie jako wartościowych mądrych, dumnych i odpowiedzialnych obywateli. Żeby brali udział w wyborach. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musieli bronić Polski walcząc.

Kończąc sama siebie zaskoczyłam, gdy na szybko tłumaczyłam dzieciom dlaczego tak ważna była Warszawa. Pierwszy rezolutnie stwierdził: „Po co pamiętamy o Warszawie? Przecież dla nas ważny jest Lublin”.

Warszawa to stolica, najważniejsze miasto naszego kraju. Wolna stolicaa to informacja, że walczymy. Stolica pod okupacją to informacja o końcu walki. Warszawa jest ważna – tam są wszystkie symbole władzy i wolności.

Powstanie Warszawskie upadło, być może nie miało sensu. Nie wiem jak było. Nie wiem jak bym się zachowała, nie wiem co bym zrobiła. 1 sierpnia powinniśmy zamilknąć, na chwilę przestać oceniać i pochylić głowy w podziękowaniu za odwagę tych którzy walczyli w tych trudnych czasach o to, abyśmy mogli dziś wywiesić flagę. Czy to miało sens? Dla zwykłego Powstańca miało i tylko to 1 sierpnia się liczy.

Musimy też pamiętać po to, aby zrobić wszystko żeby historia się nie powtórzyła. Nauczyć nasze dzieci tego, że każdy człowiek ma prawo spokojnie żyć.

Wakacyjna tradycja

Ziutek – zabytkowy trolejbus

Już od dwóch lat Pierwszy musi koniecznie przejechać się zabytkowym autobusem. Jeżdżą przede wszystkim w weekendy wakacyjne – Gutek czyli stary „ogórek” oraz Ziutek czyli stary trolejbus.

Dwa lata temu zostawiliśmy Pierwszego z tatusiem i przejechaliśmy wspólnie Gutkiem. Rok temu była już Trzecia, która nie lubi jazdy autobusem i co chwilę była głodna. Chłopcy jeździli zarówno Ziutkiem i Gutkiem razem z dwoma wujkami, a ja czekałam z najmłodszą.

W tym roku na trasę turystyczną ruszył tylko Ziutek. Trzecia bardzo nie lubi autobusów, więc zwiedzała z dziadkiem ogród saski. Chłopcy i goście jeździli ze mną Ziutkiem. Przewodnikiem była moja dobra koleżanka. Naprawdę przemyciła dużo ciekawostek na temat miasta.

Ziutek w środku. Ma fajne stoliczki przed każdą kanapą. Jakoś wątpię żeby było to standardowe wyposażenie kiedyś.

Oprócz tego było tradycyjnie – Drugi połowę trasy przespał, a Pierwszy narzekał na opowieści przewodnika. Za każdym razem narzeka, wychodzi zadowolony i nie może doczekać się następnego razu. Zaczynam się zastanawiać czy nie zmienić tradycji, ale on tak bardzo czeka na wakacje i wycieczkę trasą turystyczną.

Do tej pory dostawaliśmy w prezencie magnesy ze zdjęciem zabytkowego autobusu. W tym roku w można dostać monetę kolekcjonerską z okazji 90 lat komunikacji miejskiej w Lublinie. Pierwszy swojej nie pozwala nikomu dotykać bo czeka na to aż będzie warta majątek (albo dwa majątki!).

Kolejna przejażdżka za rok. Liczymy na powrót Gutka i może kolejny zabytek – Ikarusa.

O nowym mieszkańcu

Dziś chyba ostatnie refleksje związane z psychologicznym szkoleniem unijnym dla rodziców. Tym razem o tym jak zrozumieć dziwne zachowanie dziecka, gdy pojawia się rodzeństwo.

Pani prosiła abyśmy sobie wyobrazili, że jako młode szczęśliwe małżeństwo miło spędzamy czas i nagle druga połówka mówi o tym, że przydałaby się druga żona/mąż. Ogólnie pomysł dobry, tylko my jako dorośli ludzie możemy najzwyczajniej w świecie się wyprowadzić – dziecko już nie.

No i ten nowy mąż się pojawia i zaczyna używać naszych rzeczy i jeszcze nic nie może robić bo jest niedoświadczony. Bałagan za to robi i zabiera uwagę naszej miłości. Oprócz tego przychodzi rodzina i mówi że taki cudowny ten drugi mąż i powinniśmy być szczęśliwi, że jest :).

Pomijając już to, że jako dorosły samodzielny człowiek mogę się zbuntować, to daje to troszkę do myślenia. Taki młody człowiek czuje ogromne zmiany.

Pierwszy był pierwszym dzieckiem w obydwu rodzinach. Zaakceptował konkurencję, ale do czasu gdy Drugi zaczął pełzać do jego zabawek. Dużo wody przepłynęło zanim się udało opanować sytuację. Teraz umieją się razem bawić, chociaż lubią inne zabawy.

Aktualnie mają duży problem z niszczącą im wszystko Trzecią, która bardzo chce uczestniczyć w ich zabawach. Pierwszy teraz potrafi być zarówno opiekuńczy, jak i wykrzyczeć nam że on mógłby żyć bez siostry. Drugi dla odmiany zrobił się bardzo „przytulaśny”, a Trzecia jak widzi że go przytulam wpada w czarną rozpacz.

Sama mam rodzeństwo, widzę relację męża z jego rodzeństwem i wiem, że bez względu na te uczucia które wywoływaliśmy w sobie w dzieciństwie, jesteśmy dla siebie ważni. Już widzę patrząc na moje dzieci, że fajnie że mają siebie nawzajem. Tak miałobyć, że będą mieli siebie na dobre gdy dzielą się czekoladą i na złe gdy działają sobie na nerwy.