Wioska

Tak się jakoś trafiło, że długi weekend obfitował w czas z moim i męża rodzeństwem. W praktyce dzieciakami nie opiekowali się tylko Ci którzy są poza Lublinem :).

Czytałam kiedyś, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska. Sama mam dużo wspomnień związanych z babcią. Relacje rodzinne są dość ważne. Akurat nasza trójka to pierwsze i jedyne dzieci w obydwu rodzinach (może kiedyś się to zmieni).

Pierwszy jako „pierwszy w tym pokoleniu” ma ciężko. Pomijając wybitne rozpieszczanie ;). Chodzi o to, że naprawdę wszystkie zabawki w zasięgu jego wzroku były dla jego, do czasu gdy pojawiła się konkurencja w postaci Drugiego. Dodatkowo była to domowa konkurencja 24 na dobę, więc dodatkowy szok. Póki co chłopcy są w stanie zrozumieć, że zabawki u dziadków są wspólne, ale to, że to są też dla innych dzieci nie mieści im się w głowie.

Pierwszy nadal na placu zabaw najlepiej dogaduje się z dorosłymi. Łatwiej mu złapać kontakt z opiekunami niż z rówieśnikami. Drugi natomiast naturalnie wchodzi w koleżeńskie. Trzecia ma w nosie rówieśników, wybiera bujaczki, samodzielne chodzenie i raczkowanie po błocie gdy się odwrócę (robi to z piskiem radości szybko zwiewając).

Każda relacja dzieciaków z każdym członkiem tej dużej rodziny jest unikalna. Nie ukrywam, że nie do końca jestem w stanie wpłynąć na młode jak się zachowują przy cioci, jeśli mnie przy tym nie ma. Tutaj tworzy się relacja na którą tylko częściowo mam wpływ.

Mam niejaki wpływ na zachowanie dzieci, chociaż nigdy nie jestem pewna czy tym razem się udalo. Jednak świadomość, że jeśli będą zachowywać się jak dziki i będzie to niebezpieczne to ja się nie zgodzę na samodzielne spacery z danym członkiem rodziny, póki co przynosi skutek. Jakoś działa na nich hasło: „robi się niebezpiecznie jak tak robicie” na nich działa.

Naprawdę moje serce rosło, gdy widziałam, że potrafią cioci siąść na kolanach i w ciszy coś obejrzeć. Przytulone braterskie zdjęcia ze spaceru sam na sam z ciocią mnie rozczuliły. Potem stryjka poprosili o pomoc w budowaniu kopalni srebra z klocków LEGO. Oczywiście na kolanach wylądowała też Trzecia. Ostatni obrazek rodzinny jest już dość standardowy, bo ten wujek najczęściej ma na głowie moje dzieci (to ta relacja jest obrazkiem głównym tego wpisu). Na zdjęciu jest mój brat grający w szachy z chłopakami i przytulający Trzecią, która czeka na moment, w którym będzie mogła zabrać kółka figur z szachownicy. Często jeszcze wujek żongluje, żeby zainteresować młodą czymś innym niż plansza. Często też grają w go lub inne gry planszowe.

Czy potrzebna jest wioska do wychowania człowieka? Oczywiście, bo każda relacja jest inna, każda daje coś innego. Ja mogę popychać, tłumaczyć, opowiadać, ale to w tych rodzinnych relacjach wychodzi to co trzeba tłumaczyć młodemu człowiekowi.

Czytałam gdzieś, że dzieci najbardziej nieznośne są przy rodzicach. To oznacza, że mogą „wrzucić na luz” bo czują się bezpiecznie. Odreagowują i to dobrze, że tak jest. I tego się trzymam, zwłaszcza wtedy gdy „skaczą po lampach”, jęczą i marudzą. Jeśli tak jest tylko przy mnie to znaczy, że jestem dobra mamą ;).

O pamięć trzeba dbać

Ogród saski w drodze na plac zabaw i matczyne spotkanie

Plan był prosty – pojechać na fajny plac zabaw w Ogrodzie Saskim. Spotkać się z dorosłą koleżanką, wrócić. Wyszło jak zwykle :).

Po pierwsze okazało się, że mój organizm zaczyna się bronić przed zbyt dużą ilością informacji. Zapomniałam przełożyć kartę płatniczej, która została w drugiej kurtce. Gotówki też mi zbrakło.

Po mile spędzonym czasie na placu zabaw i po zwiedzeniu ogromnej dziupli, pomyślałam że pójdziemy na Plac Litewski wyciszyć się przy fontannach.

No i tu przyszło olśnienie dopiero jak zobaczyłam ten ogromny festyn dla dzieci, że on się zaczynał od 1 maja a nie od 3.

Szczerze to na takie duże imprezy nie wybieram się bez mentalnego przygotowania i bez kolejnej osoby. A tu wpadłam jak śliwka w kompot.

Dzieci anielskie i mocno cierpliwe, poza Trzecią, która koniecznie chciała samodzielnie gdzieś zwiać i miała silną potrzebę snu, której z wrażenia nie mogła zaspokoić.

Jak to powiedział stojący przed nami w kolejce do waty cukrowej „szkolniak” – „Mamo tu nic nie ma poza kolejkami”.

Rzeczywiście do każdej atrakcji kolejki. Wszystko za darmo, ale swoje trzeba było odstać, ale mimo wszystko szło sprawnie. Jedyne miejsce gdzie kolejka przemieszczała się wolno (3 osoby w godzinę) to stanowisko do malowania twarzy. Pierwszy cierpliwie stał w kolejce. Na całe szczęście dał się przekonać, że to bez sensu.

Chłopcy zadowoleni, wyskakali się, zjedli watę cukrową a ja? A ja byłam tak psychicznie zmęczona, że szok.

Trzeba ćwiczyć pamięć 🙂 wtedy nie będzie niespodzianek. Na ten festyn wybierałam się 3 maja 🙂 i pójdziemy jeszcze 🙂 tylko bez zaskoczenia i ze mną gotową na wysiłek psychiczno-umysłowo-fizyczny.

Ogólnie polecamy – kolejki na tyle szybko się przemieszczają, że cierpliwość przedszkolakom się nie kończy. Atrakcji na tyle dużo, że każde dziecko powinno coś dla siebie znaleźć. Bo jeśli darmowa wata cukrowa nie uratuje sytuacji to czas z rodzicami na pewno ;).

Pierwszy i jego zwierzątko

Sobotni miły rodzinny dzionek. Nagle wbiega Pierwszy, oczywiście cały w piachu, a czasu na ściągnięcie butów zbrakło. Wpadł do pokoju dziecięcego, otworzył drzwi od piekarnika, wsadził coś i poszedł.

Matka zdążyła tylko krzyknąć „Buty synu! Buty!”. Kolejną wizytę zrobił prawidłowo. Wiem, bo podczas ściągania butów rozsypał pod drzwiami liście i trawę. Część wrzucił znów do dziecięcego piekarnika.

Synku co ty robisz?

Spytałam że względu na nietypowe zachowanie.

Motylkowi robię domek

Odparł rezolutnie Pierwszy wybiegając już z domu.

Nie dotarł do mnie do końca co się dzieje. Odkurzyłam spokojnie i zajrzałam do piekarnika. Motylek może i miał listki i kwiatki i trawkę, ale zbrakło mu powietrza.

Wyszłam i tłumaczę młodemu człowiekowi, że nie zabiera się motylków do domu, bo one potrzebują zieleni, powietrza, wolności. No w ostateczności rodziców i rodziny (dowiedziałam się że on tylko dorosłe zbiera).

Ale ja mu taki domek piękny zrobiłem i zieleń miał. Nawet drzwiczki miał zielone! Poza tym ja chciałbym mieć zwierzątko a ślimaków nie pozwalasz przynosić.

Tłumaczył się mój pierworodny

Po długich bojach na argumenty wygrałam. Możemy stworzyć domek dla owadów, żeby mogły wchodzić i wychodzić kiedy chcą. Zbudujemy go z roślinek i będą szczęśliwe ;). Będzie mógł tam zanieść każdą biedronkę i innego 🐌 ślimaka ;).

Domek dla owadów.

Byłam naprawdę szczęśliwa, że udało mi się nauczyć dziecko empatii i obyło się bez strat w owadach, roślinach i ludziach.

Mama Ci pozwoliła zniszczyć mój rabarbar?

Takie pytanie usłyszałam po powrocie z zakupów.

No także tego ;). Nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca ;). Domek zrobiliśmy gdzie indziej, rabarbar ma już dostęp światła, bo był ślicznie obudowany kostką brukową, a motylom robił poprostu za kanapę.

Jest ok czyli…

„Bo nowy dzień wstaje…”

Jakiś czas temu obiecałam sobie, że to będzie autentyczny opis macierzyństwa, bo chcę wierzyć w to, że wiele osób tak ma a niektórzy potrzebują informacji, że wszystko z nimi ok. Zresztą brakowało mi tej szczerości w świecie, gdy nosem zamiatałam podłogę jako mama tylko Pierwszego.

Zmęczenie to chyba stan jaki przeżył każdy z nas. Jestem tak po prostu po ludzku zmęczona. Na pytanie „co u Ciebie?” Odpowiadam „ok”. 🙂 Bo to zmęczenie jest dokuczliwe, ale w normie. I rzeczywiście jest „ok”.

Wiem, że mogę być zmęczona bardziej. Wiem, że mój organizm i psychika ma jeszcze większe możliwości, ale jednak jestem zmęczona.

I to jest fakt, bez oceniania czy bardziej byłam zmęczona jako maturzystka, czy mama jednego dziecka, albo dwójki gdy obydwaj byli w domu. Nie mówiąc już o zmęczeniu po nieprzespanej nocy.

Faktem jest, że od około 6 lat nie przespałam cięgiem 8 godzin pod rząd. Faktem jest, że nawet jak odpoczywam myślę o tym co trzeba zrobić.

Mam koleżanki, które gdy są chore to mogą poleżeć i nikt się na nie „nie rzuca”. Mam koleżanki, które nie mają problemu konfliktu między rodzeństwem i bitwy o klocki. Czasem chciałabym być na ich miejscu, chociaż wiem, że też są zmęczone i to naprawdę realnie. Kiedyś moje dzieci też urosną i będę mogła chorować.

Teraz…teraz jak na moje możliwości zmęczeniowe jestem wypoczęta. Pełna sił, energii, ale nadal zmęczona. Wcale nie bardziej niż pracownik, wcale nie więcej niż mama jednego dziecka – tak samo. Idę jednak do przodu szukając wiosny i słońca. No i śpię kiedy mogę, ale to i tak przez następne lata będzie wciąż za mało.

Czy żałuję tego, że od 6 lat jestem zmęczona? Nie! Bo „kocham cię” i brudne łapki, które potrzebują mojego przytulenia załatwiają temat.

Jestem zmęczona, ale jestem w tym najlepszą mamą jaką potrafię być.

Gdybym nas spotkała – szalona środa cz.2

Gdy wstałam z rana gdzieś w głębi serca wierzyłam, że ich spotkam. Od poniedziałku jeździli codziennie mniej więcej o tej samej porze. Dziewczyna była niewysoka i pchała zielony wózek. W wózku niechodząca dziewczynka. Razem z nimi dwóch kawalerów maszerujących bezpiecznie tuż obok. Chłopcy „na oko” w wieku przedszkolnym.

Mimo zaspania cała ekipa rozmowna. Dwa poprzednie dni chłopcy po wejściu do autobusu siadali, by po zadaniu matce kilkunastu pytań zacząć się „troskliwie kopać”. Prędzej czy później, najmłodsze dziecko również zaczynało się niecierpliwić i wszyscy nie mogli się doczekać momentu kiedy opuszczą pojazd.

Tym razem była jednak już środa. Mama o wiele bardziej zmęczona, dzieci bardziej zaspane. Autobus był prawie pusty, więc pozwoliła im siąść po jego przeciwległych stronach, mówiąc „Dziś możecie udawać że się nie znamy, a wy nie jesteście braćmi”. To był genialny pomysł, cisza i spokój. Dzieciom bardzo zabawa się podobała. Nagle, tuż po tym jak wjechaliśmy w korek przed budową, usłyszeliśmy dziecięcy głosik: „Mamo! Ja muszę siusiu”.

No byłam ciekawa co będzie dalej. Matka wyciągnie butelkę? Młody nie wytrzyma i się zmoczy? A może kobieta zrobi awanturę i postanowi wysiąść ma środku dwupasmówki wprost pod koła?

Dzieciak był dzielny! Dojechali do przystanku (wysiadłam za nimi zobaczyć jak rozegra się sytuacja). Tam jakoś dali radę a w tym czasie jedno z dzieci zaczęło zbierać szkło. Awanturowało się ostro gdy mama kategorycznie kazała je odłożyć.

Po tej akcji postanowiłam rzucić swoje sprawy i ich śledzić, czułam że to może być niezły ubaw.

Nagle dziewczyna zaczęła kierować się na przejście dla pieszych, pchając wózek przez rozwalony chodnik. Po chwili odwróciła się i wraz z dziećmi truchtem próbowali wrócić na przystanek. Pan ich widział, bo byli malowniczym obrazem na środku tej budowy. Chyba planowała przez chwilę jakaś alternatywną trasę tylko odjazd miałbyć z przystanku naprzeciwko.

Po przejechaniu kilku przystanków, dziecko wózkowe zaczęło narzekać. Nie pomagały zabawki, głupie miny itp.

W tym hałasie nagle usłyszałam przeraźliwy płacz jednego z chłopców. Krzyczał, że jest głodny. Sama widziałam jak na początku wyprawy mama karmiła dzieci musem w tubce. Ktoś zaproponował dziecku miejsce, a on zalany krokodylimi łzami był w stanie wygłosić tylko „jestem głodny”. Oj długo trwało aż kobietę olśniło (na tyle długo, że w rzeczywistości usłyszałabym to zdanie dobę później)!

  • Synku czy ty widziałeś naprzeciwko przystanku „sklep z zielonym płazem”?
  • Czyli jesteś głodny tylko na hot-dogi z tego sklepu i nic innego nie pomoże pokonać głodu?

No i tak dojechaliśmy sobie do miejsca w którym dziewczyna zostawiła dwójkę dzieci, później zostawiła jedno w innym miejscu. By pojechać na drugi koniec miasta i delektować się ciszą. Wracała też całkiem spokojna ;).

Kolejną wyprawę tego dnia zrobiła około 15. Z przedszkola wychodziła z obłędem w oku, mokrym czołem i w niedopiętej kurtce. Dzieci niezwykle rozbawione ubrane były prawidłowo. Wyrzucili do śmietnika jakieś szklane śmieci. Na przystanku chłopcy stwierdzili, że w ten trolejbus nie wsiądą ;). Matka nie pytała o zdanie i zrobili to co ona planowała.

Jednak powrót do domu po 18:30, był najlepszy. Dzieci spokojnie siadły. Nikt nikogo nie kopał, najmłodszy szkrab spał. Matka miała ostre zmęczenie na twarzy, a energię czerpała chyba z power banku w plecaku. Chłopcy mnie dojrzeli i ten starszy zaczął zabawiać mnie rozmową, młodszy mu troszkę sekundował.

I wtedy wszedł do autobusu york. Na drugim końcu smyczy prowadził swoją właścicielkę. Z radości zaczął wskakiwać na dzieci, które próbowały się odsunąć. Chłopcy powiedzieli, że proszą żeby pani przytrzymała psa, bo są uczuleni.

Kobietka odparła tylko, że na tego psa nie mogą mieć uczulenia, bo on nie uczula i wcale nie skróciła psiakowi smyczy.

Wiecie co zrobiła matka dzieci? Płacząc że śmiechu zamiast wytłumaczyć kobiecie, że winna zabezpieczyć swojego szczura, próbowała wziąć dzieci do siebie obok wózka. Łzy leciały jej ciurkiem, tak jakby system się zawiesił.

Normalnie jak nie „madka”. Zamiast stanowczo przemówić do opiekunki psa, najwyczajniej w świecie się śmiała. Dzieci troszkę się uspokoiły i zaczęły znów mi opowiadać o tym co lubią robić i jakie mają klocki w domu.

A matka nadal cichutko się śmiała, jakby nie była w stanie nic innego. Gdyby ktoś ją spytał czemu jest taka rozbawiona, odpowiedziałaby, że był to najbardziej nieprzewidywalny dzień jaki spędziła w ostatnim czasie (przypominam że tego samego dnia była też akcja „diamenty” opisana w części pierwszej).

Potem było lepiej. Już tylko półtora dnia brakowało do powrotu dorosłego wsparcia w naszym życiu :).

Nikt nas nie śledził, ale jeśli ktoś by to robił to mógłby taki tekst popełnić ;).

Aluminiowo wełniana rocznica

Foto zrobione przez małżonka – jakoś tak miałam skojarzenie z naszą codziennością i „potrójnymi owocami” naszej relacji.

Dziś i jutro mamy taki czas a nie inny. Na trzecią rocznicę związku sprosiliśmy całą rodzinę na wesele. Tym samym pozostaliśmy przy jednej dacie. Dziś mija 10 lat od kiedy jesteśmy w bliskiej relacji damsko-męskiej, przy czym 7 lat jako małżeństwo.

Teraz jesteśmy małżeństwem z trójką dzieci. Jest Niedziela Palmowa czyli za kilka dni Wielkanoc i jest 4 dni po imprezie urodzinowej ostatniej latorośli. Z atrakcji – korzystaliśmy, że jest niedziela. Tyle rozrywek :), na całe szczęście już wieczór, a ja dokończę sobie ciasto ze środy ;).

Po siedmiu latach jest zwyczajnie, dzień po dniu. Święta, wiosna, wędzenie, robienie przetworów. Pewnego rodzaju znajomość siebie nawzajem w różnych sytuacjach.

Byłam proszona jakiś czas temu o rady dla narzeczonych. Nie pamiętam jak to było, mimo tego, że trwało około 2 lat. Wiem tylko, że dałam sobie prawo do zmiany zdania do ostatniej chwili. Łamał mi się głos, gdy mówiłam słowa przysięgi. Sprawę traktowałam wtedy bardzo poważnie. I nadal pamiętam co ślubowałam mężowi w obecności Boga i świadków.

„Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”

Moc tych słów jest poważna i moim zdaniem zawiera się w nich wszystko.

Kolejnym zdaniem, które wtedy usłyszałam i jest dla mnie drogowskazem, to tekst:

„Pamiętajcie, żeby najpierw pracować nad sobą a dopiero później nad współmałżonkiem”.

Oj tak :). Wygodnie jest tłumaczyć wszystko tekstem „bo on…”. Trudniej zobaczyć to co „Ja” mogę zmienić.

Duża zmiana nastąpiła gdy pierwszy raz żadne nie odpuściło w „kłótni”, tylko od razu powiedzieliśmy sobie czemu robimy tak, a nie inaczej. Okazało się, że to nie jest otworzenie się na „cios” a zrozumienie sytuacji :).

Dużo się mówi o tym, że kobiety nie mówią o tym co mają na myśli, a mężczyźni rzadko się domyślają. Okazało się, że mówienie „bo ja tu cierpię a ty mi nie pomagasz” i foch – to nie jest mówienie dokładnie co ma się na myśli :). Bardzo było to dla mnie odkrywcze, że życie staje się prostsze gdy zamiast napisać smsa z pretensjami mogę napisać „załóż młodemu buty, drugiemu usmaż grzankę”. (SMS bom miała wygłodniałego noworodka na kolanach)

Póki co, jesteśmy w bardzo szczególnym momencie relacji, gdy najzwyczajniej w świecie próbujemy przetrwać. Od pięciu i pół roku jest między nami jakiś mały i mocno zależny od nas człowiek. Jak tylko najmłodsze dziecko zaczyna w miarę spać w nocy i witam się ze snem, dowiadujemy się, że kolejne 2 lata nieprzespanych nocy przed nami. Jakby co – spokojnie, Trzecia nadal nie śpi tak jak powinna 😉 wiec to nie ukryta informacja o ciąży ;).

Mamy wspólne tematy :), jesteśmy równo zmęczeni, czasem sfrustrowani i pogubieni podczas relacji z wymagającymi dziećmi. Ale jesteśmy w tym razem. Teraz marzy mi się 30 minut sam na sam z mężem bez wyrzutów sumienia, że zostawiliśmy komuś nasze pełne energii dzieciaki. Te marzenie próbuje zrealizować od 14 lutego zeszłego roku :), w najbliższym czasie będzie kolejna próba podejścia do „randki”. Zdrowia należy nam życzyć ;).

Muszę bo się troszczę

Ja – Synku! Musisz posprzątać pokój.

Pierwszy – Muszę to cię kochać.

I tak oto zostałam zabita własnym tekstem. Nie ukrywam, że jak się drą np. że muszę im teraz dać komórkę, pozwolić skoczyć z dachu czy na przykład zrobić natychmiast kanapkę odpowiadam „muszę to Cię kochać i z tego wynika cała reszta”.

No bo taka jest prawda :), gdy kocham nie pozwolę na zrobienie sobie krzywdy. Gdy kocham – będę się troszczyć i zrobię kanapkę. Ja nie muszę jej robić, ja ją zrobię bo chcę by byli najedzeni.

I jeśli kogoś kochamy to pomożemy mu sprzątać by był mniej zmęczony :). Skorygowałam mu wtedy ponownie o co z tą miłością chodzi.

Drugi (płacząc) – Mamo spadłem z krzesła i mnie boli.

Ja – Pokaż gdzie Cię boli.

Drugi (wskazując na środek krzesła) – No tu!

Ja (całując z pełnią troski zranione krzesło) – Już lepiej?

Drugi – Co ty mamo wyrabiasz?

Ja – To gdzie cię boli?

Drugi znów wskazując krzesło – No tu!

Ja ponownie wykonuje pełen czułości gest we wskazane przez syna bolące miejsce (bawiąc się setnie).

Drugi (śmiejąc się wskazał na palec) – Masz rację! Boli mnie tutaj 🙂 nie jestem krzesłem.

Jakbym naprawdę musiała to wszystko robić co „muszę” a nie robiłabym tego z miłości, dawno bym rzuciła to w kąt.

Ale z drugiej strony! To muszę kochać też niezbyt mądre, bo przecież nie muszę :). Ja po prostu kocham :).

Pierwszy rok

To już trzecie pierwsze urodziny jakie organizowałam.

To był najszybszy pierwszy rok życia :), poporostu śmignął. Trzecia nie jest już niemowlakiem. Powoli zaczyna mówić, ale komunikuje się bardzo sprawnie.

Jest taką nasza gwiazdką. Czasem się martwię czy nie wejdzie na głowę chłopcom. Póki co robi to bardzo sprawnie i skutecznie. Zwłaszcza wtedy gdy leżą i próbują zasnąć.

Widziałam ostatnio jak utuliła do snu czerwoną wyścigówkę :). Nie umiałabym tak jak ona położyć sobie autka na ramieniu i przytulić policzkiem. Takie czułości tylko jeśli ma się starszych braci.

Gdy robi coś czego jej nie wolno uśmiecha się bardzo szeroko. Klocki LEGO wkłada do buzi tylko wtedy, gdy może je ukryć w policzkach. Lubi przestawiać ustawienia w pralce i włączać ją od nowa jak tylko skończy.

Stoi często w drzwiach a jej oczy są dobrze widoczne w szybie. Czasem zabiera węgiel z wiader z kotłowni jeśli zapomnę zamknąć drzwi i niesie go do zabawek. Lubi też jabłuszka – wyciąga je po kolei z siatki, gryzie i odkłada na boku.

Lubi śpiewać zwłaszcza wtedy gdy cały dom śpi i jest cicho. Lubi też tańczyć przy okazji stukając stołem i wylewając mi herbatkę :).

Gdy się urodziła miała włosy. Tym razem mój głos nie wystarczył, uspokoiła się dopiero, gdy poczuła mój dotyk.

Jak byłam w pierwszej ciąży, znajoma która urodziła drugie dziecko powiedziała zdanie, którego nie mogłam wtedy zrozumieć. „Powoli się poznajemy” – ale jak to? Takie dziecko ma proste potrzeby, co tu poznawać?

Każde z moich dzieci jest inne, chociaż są tak bardzo podobni. Minął rok poznawania się, które zawsze jest dla mnie trudne, bo nie rozumiem o co chodzi i działam po omacku. Przygoda życia :). Miłość nie do opisania.

Męża sobie wybrałam 🙂 dzieci otrzymałam w darze i kocham je bardzo mocno. Budowanie tych relacji jest trudne, ale bardzo ważne i wartościowe. Zobaczymy jakie będą efekty za kilka i kilkanaście lat.

Protest nauczycieli 2019 r.

Długo zastanawiałam się czy oficjalnie wypowiadać się na temat strajku nauczycieli. Potem do ostatniej chwili miałam nadzieję, że rozmowy rząd-nauczyciele skończą się konsensusem.

Ciężko powiedzieć czy popieram strajk jako nauczyciel czy jako rodzic.

Pracowałam zarówno w oświacie jak i ostro fizycznie smażąc kotlety i szorując WC. Gdy zaczynałam moja przygodę po drugiej stronie biurka, była minimalnie większa różnica w wypłacie. Przez ostatnie 7 lat została ona zniwelowana.

Oczywiście, że uczenie młodzieży to powołanie i trzeba mieć do tego dryg, jednak za powołanie nie kupi się chleba.

Pracując w gastronomii czasem i po 12h na dobę, wychodząc z pracy mogłam zająć się sobą. Jeśli się odbiłam i nagle przestał działać grill 🙂 to nie był to już mój problem. Praca nauczyciela jest relacją z żywym i dorastającym organizmem. Nawet jeśli nie byłam wychowawcą bezpośrednio to nie dało się uniknąć relacji. Tu nie ma miejsca na bylejakość. W pracy jest się 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę.

Mówi się o 18h lekcyjnych. W ostatniej pracy miałam ponad 100 uczniów. Każdy potrzebował uwagi, ocenienia, uśmiechu. Oprócz tego rady pedagogiczne i zebrania z rodzicami oraz konsultacje i kółka zainteresowań. Pamiętam też ile czasu i energii kosztowało mnie przygotowanie akademii szkolnej, chociaż ta była przed 15. U nas w przedszkolu takie imprezy np. na dzień mamy i taty są popołudniu, a to oznacza, że wychowawczynie są już zdecydowanie po pracy.

Oprócz tego miałam wątpliwą przyjemność pracowania chwilę podczas wprowadzania aktualnej reformy. Klasy 6 nagle stały się 7. Skończyli historię na powstaniu Solidarności, a podręcznik rozpoczynał się od słów „jak pamiętacie, przed wakacjami omawialiście Francję za czasów Napoleona”. No nie pamiętali, bo to było dawno temu i zajęło w poprzednim programie tylko jedną godzinę lekcyjną, a wymagania były jak do co najmniej 2.

Kolejną zmianą jaką odczułam było ograniczenie lekcji indywidualnych. Do tej pory dzieciaki mogły mieć lekcje indywidualne w szkole i czasem chodzić na zajęcia ze swoją klasą. Teraz nauka jest sam na sam z nauczycielem tylko w domu bez kontaktu z rówieśnikami. Tym samym część dzieci, które otrzymały szansę na zrozumienie tematu lub nadrobienie tego co je omija z powodu choroby, idą „normalnym” trybem.

I teraz znów będzie jako rodzic. Czy ktoś mi może wytłumaczyć sens tworzenia papierologii dla nauczycieli przedszkolnych? Nie ukrywam, że lubię coroczne podsumowanie osiągnięć mojego dziecka, ale czy naprawdę nauczyciel zamiast zająć się maluchem musi pisać kolejne dokumenty? Dla mnie przedszkolak powinien czuć się zaopiekowany, zaakceptowany i zajęty zabawą lub pracami plastycznymi. Do tego fajnie aby się uczył funkcjonować wśród rówieśników. Co tu komplikować? Po co zajmować tym wychowawcom czas? Mało mają roboty z pełnymi energii kilkulatkami? I szykowaniem wierszyków na kolejne święto babci i dziadka czy Wielkanoc?

Ale najbardziej ruszyła mnie rozmowa z moim bratem. Nauczyciele są różni 🙂 jak w każdym zawodzie. Zostałam uświadomiona, że ci którzy potrafili mnie nauczyć np. podstaw matematyki czy biologii niedługo skończą karierę. Jak to jest z tą młoda kadrą? Czy będzie tak samo dobra? Czy to będą najlepsi? Z sercem i talentem do uczenia?

Za mniej więcej 2150 brutto nie będą to najlepsi. Do tej pory pracowałam w gminie wiejskiej to jeszcze trafił się archaiczny dodatek wiejski. W mieście wojewódzkim na starcie dostanę tyle.

  • Za odpowiedzialność za młodego człowieka, któremu nie tylko przekazuje się wiedzę, lecz także zwraca się uwagę na jego samopoczucie i sytuację rodzinną.
  • Za siedzenie nad sprawdzianami i kartkówkami.
  • Za rady pedagogiczne do późna w nocy.
  • Za telefony od rodziców w weekend.
  • Za wycieczki i odpowiedzialność karną.
  • Za to że uważanym sie jest za lenia i nieroba itd… nie wiem czy znów wygra we mnie powołanie. Czy warto? Ilu tak pomyśli? Kto będzie uczył moje dzieci?

Dlatego nie wiem czy jeszcze kiedyś będę nauczycielem. Popieram ten protest, bo chcę aby moje dzieci uczył ktoś z sercem i powołaniem i nie martwił się tym co włoży do garnka.

Piątkowe omijanie zatorów drogowych

Tak to w życiu bywa, że powrót autobusem w szczycie komunikacyjnym może się zmienić w fajną wycieczkę.

Piątki to takie dni kiedy mój mąż wcześniej kończy pracę. Mamy aktualnie jednego leżakującego przedszkolaka więc i drugi musi czekać. Z powodu ładnej pogody zdecydowaliśmy, że tatuś wraca do wiosennych porządków a my wracamy autobusem.

W jednym z dyskontów rzucono adidasy dziecięce, które świecą przy chodzeniu. Udaliśmy się na piechotę do pobliskiego. W planie było kupno butów dla najstarszego, ale były tylko 3 pary :). Zostawiliśmy w sklepie tylko jedna a resztę zabraliśmy ze sobą, płacąc przy kasie.

Pogoda ładna, do domu daleko, zator aut okropny. Przeszliśmy kolejny kawałek i udaliśmy się na dworzec kolejowy. Zbierałam się do tego prawie 3 lata.

Jako kolejarska wnuczka spędziłam dużo czasu na dworcach i w pociągach. Moje dzieci musiały poczekać na obejrzenie pociągu z bliska.

Jedna z większych atrakcji jest to jak zmienia się rozkład :). Zwiedziliśmy poczekalnię, byliśmy w podziemiach, ogłuchliśmy przy hamowaniu pociągu, a nawet widzieliśmy podłączanie i odłączanie lokomotywy.

Ze względu na to, że moje dzieci wszystkim mówią dzień dobry :), sokiści pokierowali nas w miejsce gdzie stoi zabytkowy parowóz.

Odpowiadałam na przeróżne pytania. Nie wiem jednak dlaczego tory kolejowe są obsypane kamieniami.

Po wszystkim wróciliśmy pustym autobusem poprzez puste ulice. Padliśmy dość wcześnie – nawet ja w łóżku dziecięcym. Polecamy wycieczkę na dworzec kolejowy :).