Być ideałem

Bardzo często jest tak, że dążę do jakiegoś ideału bycia mamą, żoną i nauczycielem. Nawet jak nie chcę to widzę jak mają inni i gdzieś w głębi się porównuje. Są dni kiedy mam wrażenie, że inni naprawdę wszystko robią lepiej.


Moim wzorem organizacyjnym są moi rodzice, którzy wychowali 5 dzieci, a ja przecież mam trójkę. Dzieciaki się kłócą i biją. Moi synowie mają bardzo rozwinięte słownictwo 🙂 zwłaszcza te niewłaściwe. Ostatnio usłyszałam zdanie „Ojej, jak dobrze że widzę drugą mamę, która jest bezradna”.


Tak – często jestem bezradna. Często mam wrażenie, że kompletnie nie uczę dzieci świata. Myślę że mówienie do słupa ma większy sens niż do nich.


Widzę ten bałagan w domu i mimochodem porównuje się do mojej teściowej, która miała wszędzie porządek i dzieci szły spać jak na zawołanie i nie marudziły przy jedzeniu. I też miała ich trójkę.


Siadam wtedy i zastanawiam się czemu nie umiem gotować na tyle smacznie żeby chociaż pies chciał jeść (ten też jest wybredny). Gdy jestem w lepszej formie to nawet zastanawiam się jaki jest ten ideał do którego dążę.


Często okazuje się wtedy, że tak naprawdę sama nie wiem jaka jest według mnie idealna mama czy idealny nauczyciel. Moje oczekiwania są sprzeczne.
I bywają takie dni jak wczoraj i dziś gdy wiem, że nie ma ideałów. Widzę, że każdy człowiek ma swoje zasoby i nigdy nie ma takiej samej sytuacji. Przede wszystkim moja mama i tesciowa miały większą różnicę wieku pomiędzy starszakami a młodszymi. Każdy człowiek jest inny i inaczej organizuje sobie życie.


Oprócz tego dużo zależy od konkretnych zasobów siłowych i emocjonalnych danej jednostki. Moje spanie nieprzerwane w nocy od ponad 6 lat pozostawia wiele do życzenia.


Są w końcu takie dni jak wczoraj, gdy siadam na fotelu i przytulam dzieciaki, dochodzac do wniosku, że świat się nie zawali jak kolacja będzie później, a pranie nie schowa się do szafki. Udaje mi się wtedy być tu i teraz. Bardzo często okazuje się wtedy, że bez pośpiechu i stresu udaje się zrobić wszystko to co zaplanowane.


A jak jest u was z tym porównywaniem się czy ideałem człowieka? Może tylko ja tak mam?

I po świętach

Święta święta! I po świętach :).
Ferie dla moich chłopców miały się skończyć wcześniej, ale imprezy nocne (Wigilia i Sylwester) skutecznie rozregulowały nas wszystkich. Zaspałam zarówno 2 stycznia jak i 3 🙂 i zostali w domu.

Zdesperowana gdy szukałam im towarzystwa zostałam zaproszona na kawę do zaprzyjaźnionej potrójnej mamy :). Drugiego dnia na układanie klocków zajrzał mój brat. Czyli nie ma tego złego.
Dziś już zwarci i gotowi ruszyliśmy do pracy. Kiedyś myślałam, że organizacyjnie sobie radzę. W tym momencie mam w sobie dużo uczuć ambiwalentnych.


Po pierwsze – prałam w zeszłym roku kapcie przedszkolne Pierwszego. Zrobiłam to od razu żeby nie zapomnieć. Za to zapomniałam o tym, że powinnam je wziąć dziś. Przypomniałam sobie w szatni. Jeśli chodzi o jego reakcje – jak na niego bardzo wyważone obrażenie – chyba jeszcze się nie obudził. Jutro napewno nie zapomnę.


Poza tym zapomniałam sprawdzić czy nie ma zmian w komunikacji miejskiej zwłaszcza jeśli chodzi o rzadko jeżdżący numer docelowy. Sprawdziłam to oczywiście dopiero przed chwilą na przystanku. No i okazuje się, że zmiany są i to mniej więcej o 30 min. Oczywiście w praktyce to lepiej, bo później mogę wyjść i mniej czasu będę szukała sobie zajęcia w pracy, ale dziś ciesze się, że mam nową ciepłą kurtkę i dobrą czapkę.


No i mam kawę ze sobą w nowym termicznym kubku ze Star Wars. Ma on dwie zalety – trzyma ciepło oraz jest dobrze zrobiony i nie wylewa się z niego. Tak – posiadałam kubek który właśnie nie miał takich „bajerów”. Ten udało mi się złapać w sobotę na promocji. Przy zakupie jednej rzeczy można było wziąć drugą tańszą za darmo. Dokupiłam sobie bluzki pod marynarkę do roboty. W praktyce wyszło mi 8 zł za ciepłą kawę we wtorkowy poranek. Tym samym kupiłam w końcu coś dla siebie.
Nie byłabym jednak mamą, gdybym nie dokupiła jakiś rzeczy dla dzieci :).

Upolowałam chłopięce slipki (kilka par z autkami) za 2 zł za sztukę i dużo skarpetek rozmiar 30 w cenie poniżej 2 zł za sztukę :). A poszłam tylko po coś na sałatkę.

Tak sobie piszę, myślę o tym, że się starzeje, bo cieszę że idę do pracy i że dzień będzie dłuższy, a autobus docelowy zaraz mnie zabierze ;). Miłego początku roku!

Nowy Rok

Czy coś zmieniło się od wczoraj? Czym różniła się ta noc od innych? Czy ja jestem inna? Moje dzieci spokojniejsze? Jak smażyłam kotlety w panierce Drugiemu tak smażę 😉 je również dziś.


Perspektywa rodzica wiele zmienia. Imprezą jest już wieczór z dziećmi, które zasnęły wcześniej. Możliwość obejrzenia horroru i zapicie strachu napojem z kodeiną to szaleństwo. (Tak bo nie ma tych buziek mówiących „daj łyka kolki”).


Kolejne lata widać po zmianach w dzieciach. Dopiero co był pierwszy Sylwester podczas którego bałam się, że Pierwszy nie będzie mógł spać, a już jest po takim kiedy się cieszę, że udało się go ułożyć spać po fajerwerkach, a właśnie wtedy zgłodniał.


Ja wciąż taka sama jak w momencie gdy poznałam mojego męża 11 lat temu :). Wciąż tak samo dorosła, gdy otrzymywałam dowód osobisty 17 lat temu. I nadal uważam, że ludzie którzy przekroczyli 30 to stare pryki ;).


Lubiłam zawsze imprezy domowe, spokojne i z możliwością drzemki i obejrzenia czegoś w tv. To się nie zmieniło.


Kiedyś 2 stycznia spałam od 6 do 16 i nie rozumiałam jak można zmuszać ludzi do powrotu do normalnego trybu już 3 stycznia. Teraz nawet nie zauważyłam zmiany trybu. Noc krótka, z pobudkami i skopana pod żebrem – jak każdej nocy od 6 lat. Tym razem rano pobudka była delikatna, bo pierwsza kłótnia była dopiero po godzinie ;). Czyli całkiem dobrze.


Historycznie to ważne, że już 2020 r. Bo to istotne gdzie w osi czasu będziemy mogli zaznaczać to co się ważnego w naszym życiu wydarzyło, ale w praktyce zmiany są niezauważalne.

Faktem jest, że zaczęliśmy lata ’20 w XXI w. I jest to kolejne dziesięciolecie, które mam możliwość przeżyć. I pomyśleć, że świat miał się skończyć tuż po moim ślubie w 2012 r.

Szaleństwo

Gdyby ktoś parę lat temu mi powiedział, że wyjazd do centrum miasta będę uważała za szaleństwo – nie uwierzyłabym. Przede wszystkim nie uwierzyłabym, że będę mamą trójki dzieci.

Kiedyś szaleństwem było dla mnie czytanie całą noc lub oglądanie serialu o 5 rano po pracy, gdy następnego dnia również miałam kończyć po 2 w nocy. Szaleństwem było jeżdżenie z niegdysiejszym chłopakiem stopem i nie rozkładanie namiotu na nocowanie (oczywiście była wtedy ulewa).

Nie oszukujmy się – mój stan przeziębieniowy i nocne tulenie Trzeciej (oraz nocne egzystencjalne rozmowy z Pierwszym i wychowawcze rozmowy ze zbuntowanym Drugim) – wyczerpały moją cierpliwość. Nie wiem – może są takie dzieci które są spokojne, tylko moje wdały się we mnie. Moje dzieci są głośne, rozgadane i potrzebują bardzo dużo ruchu. Jeśli nie są odpowiednio wymęczeni przeze mnie, zaczynają (najpierw w ramach żartu i ćwiczeń, a później na serio) się tłuc. Tak – dotyczy to już aktualnie Trzeciej, która zaczepia chłopaków paluszkiem i z dzikim piskiem i radością ucieka. Jest bardzo dobrym uczniem i nie wiem jak jej tłumaczyć, że oni wcale nie kopią się w ramach rozrywki.

Podjęłam żeńską decyzję, że dziś nie dam rady i mimo choróbska muszę ich wygonić na dwór. Pierwsza myśl była taka, że nasz plac zabaw i noszenie drewna powinno ich troszkę utemperować. Jednak uznałam po chwili, że można się również pokłócić o to kto lepiej wkłada drwa. Zmieniłam plan – może pospacerujemy po naszej wiejsko-miejskiej drodze nad zalew? No i tu znów uruchomiła mi się wyobraźnia – tam jak to nad wodą zawsze jest chłodniej i mocniej wieje. Aż poczułam ból głowy z powodu swoich zatok.

I przyszedł mi do głowy iście dziwny pomysł. Postanowiłam podjechać z nimi do centrum. Mamy od nas 3 autobusy, które kierują nas w różne miejsca deptaka 🙂 i przechodząc przez całość trafimy zawsze na jakiś autobus do domu. Spacer byłby zaliczony, zmiana otoczenia też, a nawet jakieś światełka by się pojawiły.

Pierwszy kryzys miałam już około 50 metrów od naszej bramki. Trzecia postanowiła iść w zupełnie inną stronę niż my. Drugi biegał za bratem i darł się, że ten jest „tylną częścią ciała” (oczywiście wersja była niecenzuralna) gdyż szybciej dobiega do kałuż ściętych lodem. Pierwszy natomiast udawał głuchego i oddalał się ode mnie coraz bardziej. Na koniec powiedział mi (uwierzcie, że nie pamiętam nawet o co chodziło i czemu się tak wkurzył) że „Możesz mnie mamo pocałować w pupkę” (tu dokładnie w tej wersji). Normalnie smok potwór ze mnie wyszedł i zarządziłam powrót do domu. Wypowiedziałam się na temat chamskich tekstów, kłótni, braku słuchania poleceń. Drugi się ogarnął i powiedział, że nie będzie już dziś mówił „mama tylna część ciała”. Pierwszy stwierdził, że rzeczywiście przekroczył granicę dobrego smaku i to się nie powtórzy. Trzeciej nie dałam dojść do słowa, tylko ją wzięłam na ręce i skierowałam się w stronę którą zaplanowałam.

Oczywiście! Dzieci się ogarnęły, ja ochłonęłam – pomogła mi w tym też minusowa temperatura. Tylko trafiliśmy na „dziurę autobusową”. Ale widziałam, że dzieciom zależy i pojechaliśmy i zupełnym przypadkiem udało nam się przesiąść do autobusu, który dowiózł nas dokładnie na Plac Litewski.


Tutaj mój historyczny spokój został wystawiony na próbę. Pierwszy spytał mnie kto jest na pomniku. Jak go uświadomiłam, że to wszak nasz Marszałek Józef Piłsudski na koniu, zaczął się dziko śmiać i wcale nie przyjmował do wiadomości mojego tłumaczenia o płaszczu:

Mamo! Toż ten Piłsudski ma sukienkę!

Także tego… tłumaczyłam, że płaszcze wojskowe są długie i eleganckie, ale mój sześciolatek wiedział lepiej. Potem zrobili sobie zdjęcie pod świecącym napisem. Bez obciachu oczywiście się nie obyło, bo przecież byłby dzień stracony:

Mamo! Ci ludzie nam tu chodzą i psują zdjęcie.

Oczywiście jak pokazałam im szopkę to też była nie taka, bo nie było najważniejszych osób:

Mamo! Ta szopka jest do niczego, nie ma pastuszków, a to przecież oni są najważniejsi!

Anioły to młodzież wiedziała lepiej – to trąby a nie anioły, i tak dalej i tak dalej. No i choinka też była brzydka, bo nie miała bombek a tylko dwa rodzaje świateł. Jednym słowem – według moich dzieci było do niczego.

No ale dzieci zmarzły, matka lekko też i dałam się skusić na wejście do Burger Kinga. Kupiliśmy zestawy i dzieci znalazły pokój zabaw. Szczerze to nawet mnie zaskoczył. Mały pokoik, a na suficie rzutnik z opcją interaktywną. Chodzenie po obrazie na podłodze powoduje, że można grać. Były puzzle, piłka nożna, labirynt z „ruchomą tablicą” gdzie trzeba było stanąć z odpowiedniej strony aby poprowadzić piłkę przez przeszkody. No dzieciaki mi wsiąkły i poskakały, pogłówkowały. Tylko, że wyjść nie mogliśmy. Zakosili jeszcze korony trzy i mogliśmy wracać do domu. Zresztą w środku nocy Trzecia wszystkie zakładała na głowę i mnie też kazała, więc zdobycz lepsza niż zabawki dawane do zestawów.

Po wyjściu dla odmiany okazało się, że Drugi ma silną potrzebę iść 50 metrów przed nami i wcale nie rozumiał, że kiedyś może się to skończyć zgubieniem, albo tym, że któreś z nas zostanie na przystanku i nie pojedziemy wszyscy. Oczywiście znów trafiliśmy na dziurę autobusową, ale co to dla nas?

Ponownie jechaliśmy z przesiadką, chociaż w pierwszej chwili myślałam, że dwa przystanki do domu przejdziemy na piechotę. Już nastawiłam dzieci na spacer, ale okazało się, że jedzie spóźniony autobus. Drugi obraził się na mnie, bo on koniecznie chciał spacer. A tu matka złośliwie postanowiła dać nogom odpocząć.


Coś w tym było, bo droga z przystanku zajęła nam zamiast 8 minut to 20. Trzecia oczywiście musiała iść dokładnie w drugą stronę. Tylko lekko się uśmiechała i patrzyła na mnie jak zaczynała zwiewać. Chłopcy znów zaliczyli wszystkie możliwe ścięte lodem kałuże. Ale chyba byli zadowoleni.

Ja chyba też chociaż wróciłam zmęczona skupieniem jakiego cała wyprawa ode mnie wymagała. Do tej pory każda wycieczka była przeze mnie planowana – musiałam zawsze ogarnąć wikt i ciuchy na zmianę. Tym razem poszłam na żywioł 🙂 T0 matczyne szaleństwo zdecydowanie jest inne niż te niematczyne. Tylko czasem brakuje mi tego szaleństwa serialowego i książkowego, ale może kiedyś…

Tradycji stało się zadość

Święta tradycyjne. Była choinka. Tatuś montował światła i łańcuchy, dzieci resztę pod czujnym okiem mamy. Trzecia znalazła nawet jedną szklaną bombkę 😉 już jej niestety nie ma.


Tradycyjnie też byliśmy na dwóch rodzinnych Wigiliach i dzieliliśmy się opłatkiem. Bliskość zamieszkania naszych rodziców powoduje, że żadne z nas nie chce zrezygnować z przebywania ze swoją rodziną.


Tradycyjnie też było dużo emocji w dzieciach i nawet narzekanie na prezenty (oczywiście po czasie przyznali rację że o tym marzyli).


Był też Kevin sam w domu na Polsacie 😉 ale nie oglądaliśmy. Było składanie zabawek przez tatę, bo dzieciom się znudziło ;). No i było usypianie po północy.


Ale żeby tradycji stało się zadość 🙂 jesteśmy również podziebieni w różnym stopniu „rozłożenia”. Chłopcy kaszlą z rana, ja niedomagam zawsze wtedy gdy mogę sobie na to pozwolić (podczas usypiania Trzeciej odcina mi film i śpię razem z nią). Trzecia raz na jakiś czas ma zaklejone oczka, a mój małżonek czuję się tylko źle i wini za wszystkie choróbska nasze dzieci.


Święta były tradycyjne, chociaż tym razem drugi dzień świąt spędziliśmy tylko w swoim gronie. Mi udało się wygrać pierwszy raz w szachy, ale tylko raz :). Reszta potyczek wygrana przez Pierwszego. Bawiłam się z Drugim klockami LEGO i kierowałam ludzi na objazdy, gdy on gasił pożar. Próbowałam również przekonać Trzecią, że kwadrat i koło to inne kształty. Ona jednak jest najmądrzejsza z nas wszystkich – użyła wszystkich klocków z obydwu sorterów. Okazuje się, że kształt nie gra roli jeśli dziura jest większa od klocka – przeleci wszystko ;).

Mam tylko nadzieję, że do Sylwestra wyzdrowiejemy i spokojnie prześpimy wszyscy tę noc bez dziecięcych jęków i stęków ;).

Dialogi świąteczne

#nieuczesanedialogi

Drugi – Mamusiu jak ty ślicznie wyglądasz!
Ja – Tak?
Drugi – Masz kropki jak krowa!

*****
Tatuś – Ubierajcie się ciepło idziemy po piłę, siekierę i do lasu po choinkę!
Drugi – No co Ty! Choinka jest w garażu!
Ja – Ale idziecie po „żywą”.
Drugi – Po co? W garażu jest. Ona nie jest sztuczna i nie jest żywa. Jest prawdziwa!

******
Histeryczka- To o kim ostatnio się uczyliśmy
Uczennica – To chyba był jakiś „chrobry”.

******
Historyk – To kto podbił Konstantynopol?
Uczeń – Jego syn!

******
Histeryczka – Przestań chodzić po klasie!
Uczeń – To jest silniejsze ode mnie. Gdy tak się przejdę to moje serduszko spokojniej bije i tym samym spływa na mnie spokój.

Matczyna moc

Matczyna moc jest niesamowita. Akurat tym razem przy pomocy mokrej chusteczki wyciągnęłam „drzazgę” z tych dziecięcych rąk. Wystarczyło przetrzeć i ból zniknął wraz szarym brudnym cieniem.


Nie wiem co jest w tych mamach i ich całusach. Pomagają nawet na duże guzy, rozcięcia i inne nieszczęścia. Naprawdę jestem pod wrażeniem ciszy, która pojawia się po pocałunku w bolące miejsce.


Matczyne ramiona radzą sobie nie tylko z bólem fizycznym lecz także psychicznym. Od razu lepiej gdy mama utuli po tym jak zepsuła się zabawka, pokłóciliśmy się z bratem, a nawet wtedy gdy świat jest poprostu straszny, a „wiatr wieje w oczy”.


Trzecia mowi „ma-maaa” zawsze jak jej źle. To taki synonim „smutno mi”. I tak naprawdę dopiero od kiedy jestem mniej dostępna zauważyłam, że jestem świetnym środkiem przeciwbólowym oraz serotoniną w jednym. Zresztą działam zdecydowanie szybciej niż apteczne środki.


Działam zarówno na sześciolatka i czterolatka jak i na te najmniejszą. I do tego te wtulone i ufne dziecięce eęce tak poprostu dają siłę i otuchę również mnie.


Trudno zauważyć i docenić tę moc podczas kolejnej nieprzespanej nocy z dzieckiem na ręku. Ciężko o niej myśleć, gdy mały człowiek przybiega miliardowy raz podczas doby i wiesza się na szyję. Jest irytująca w momencie próby samotnego posiedzenia „w pomieszczeniu zadumy”.

Jednak ta matczyna moc jest 🙂 tylko 24 h na dobę ciężej ją zauważyć.


PS: myślę że ojcowska moc jest podobna, ale nigdy tatą nie byłam więc ciężko mi powiedzieć 😉

Niespodzianka o poranku

Był zimowy, piątkowy poranek o godzinie mniej więcej 6. Cała logistyka w toku. Dzieci miały już na sobie kurtki oraz buty i zaczynały zakładać czapki. Jednak postanowiłam pogłaskać po głowie Drugiego.


Chyba zasnął na landrynce, bo poczułam „twardy ulepek” we włosach. Obciąć niezbyt by się dało, bo nawet fryzjer złapałby się za głowę. Mycie nie wchodziło w grę z kilku powodów – wychodziliśmy, nie było ciepłej wody jeszcze 🙂 a i do pracy byśmy nie zdążyli. Nie mówiąc już o zimnie na dworze i wyjściu tuż po myciu głowy.


Wzięłam moja najlepsza szczotkę – specjalistkę od rozczesywania moich kołtunów. Udało sie! Niesklejone części schowały nasz „ulepek” ;).


Za to Młody poraz pierwszy cieszy się że myjemy dziś włosy. On biedny myślał, że mu takie zostawię na stałe :). No i cieszyłam sie, że zapomniałam go zapisać do fryzjera i były piękne gęste włosy do maskowania naszych ulepków.

Psycholog to nie kara

Mózg pełen emocji i codziennych przeżyć

„Psycholog zajmuje się psami, a kotolog kotami” – zażartował rezolutnie Pierwszy.


I z tego żartu wynikła nasza wczorajsza rozmowa. Okazuje się, że już w przedszkolu dzieciom się wydaje, że do psychologa chodzi się za karę. Tam wysyła się niedostosowanych do pracy z rówieśnikami. On rozpatrywał to w kategorii obciachu – pójście do psychologa.


Spytałam go co by było, gdyby dowiedział się że jego mama chodzi do psychologa. Minę miał nietęgą. Podsumował to tekstem, że to by była kicha, bo miałby w domu matkę wariatkę.

Oczywiście jego usta uśmiechały się niepewnie, ale oczka zareagowały ciepłem i spokojem na to co wyjaśniłam mu chwilę później.

Powiedziałabym, że gdyby się okazało, że chodzę do psychologa, to byłby to znak, że jestem rozsądna i chce coś zrobić z moim brakiem cierpliwości i krzykiem. Do psychologa chodzi się wtedy gdy jest komuś smutno, gdy czuje że jest do niczego. Gdy ktoś biije innych to wysyła się go do psychologa poto aby mu pomóc, bo to też znaczy, że ma problemy z emocjami i mu ciężko. Psycholog jest od pomagania a nie od karania.

Jakbym go nie znała to bym się wkurzyła, że mówię do „słupa”, bo oczywiście nadal się śmiał nerwowo, że tylko cieniasy chodzą do psychologa. Jednak widziałam jego dziecięce oczy, które z ulgą i zrozumieniem przyjęły to co powiedziałam.

Kropla drąży skałę. Swoją drogą uważam, że zajęcia z psychologiem o emocjach powinny być wpisane do podstawy programowej. A psycholog powinien raz w tygodniu przychodzić i obserwować grupę, żeby wyłapać tychże którzy aktualnie mają gorszy czas.

Spalanie ciastek

Wczoraj skończyłam wcześniej i odebrałam Trzecią i ją poprzytulałam. Dziś mam na później i miałam cichą nadzieję, że po wyszykowaniu przedszkolaków, jeszcze zaśnie. Wczoraj wieczorem miałam nawet w planie w tym czasie w którym ona będzie spać, szykować sprawdzian.

Jak łatwo się domyślić – plany z dzieckiem wyszły jak zwykle. Nie zasnęła, ale nadrabiała przytulanie. Potem okazało się, że źle sprawdziłam autobus i musiałyśmy do niego biec. Jeśli chodzi o pierwszy marszobieg z 11kg na rękach (oczywiście dziecko bynajmniej nie wtula się żeby waga była mniej odczuwalna) to kierowca był przemiły, bo dystans do przystanku był dość duży. Na tyle duży, że na bieg zdecydowałam się tylko dlatego, żeby nie mieć do siebie żalu, że może byśmy zdążyły.

Później był bieg z urzędu – tutaj krótszy ale równie skuteczny. Ponieważ tradycji musiało się stać zadość, biegłam również do autobusu do pracy :). Dziś spalamy te wszystkie czekoladki i ciasteczka które ratowały mnie „na szybko” gdy nie miałam czasu zrobić sobie normalnego posiłku.


Mam tylko nadzieję, że na powrotny autobus nie będę musiała biec ;). Ale z drugiej strony nie zaszkodzi mi.


Poza tym troszkę szkoda, że w szkole wprowadzono dziennik elektroniczny. Ostatnio w ciągu godziny pokonywałam schody 4 razy. Teraz schodzę „do wodopoju” lub towarzysko. Aczkolwiek w końcu nie brakuje mi tych cennych minut które spędzałam na wymienianiu dzienników.