Plan był prosty – każde dziecko miało pójść do lekarza oddzielnie. Tylko jakoś tak wyszło, że byli chorzy i bilans 6-latka i 4-latka i szczepienie Trzeciej przesuwały się niebezpiecznie w czasie. Jak się okazało, na horyzoncie mogły pojawić się w najbliższym czasie duże domowe zmiany (o nich w wiadomościach prywatnych a oficjalnie dopiero jak wejdą w życie). Dzieci aktualnie (co naprawdę szokujące) bez kataru i kaszlu a znalezienie czasu na pójście do lekarza będzie dużo trudniejsze niż teraz.

Postanowiłam iść na żywioł – poprosiłam tatę o ustawienie się w dlugaśnej kolejce w przychodni i zorganizowanie 3 numerków na dzieci zdrowe na następny dzień. Udało się! Następnie poprosiłam mojego brata o towarzyszenie nam w przychodni. Miał mieć pod swoją opieką dwójkę dzieci których chwilowo nikt nie badał.

Teraz uruchomić trzeba wyobraźnię. Poranek zaczął się nie wybitnie wcześnie ale był jeszcze czas na bajkę. Drugi poprosił o płatki. Matka z obłędem w oku zrobiła i dodatkowo uczyniła sobie kawę. Na koniec postanowiła wstawić słoik do lodówki. Słoik się wymksnął z nieprzytomnych dłoni. Dziecko stwierdziło, że ono jednak nie chce płatków. Potem wstała pozostała dwójka.

Jedno jeść nie będzie bo nie głodne. Młoda biega po pokoju i kręci się w kółko. Drugi kładzie nogi na stole. Pierwszy zaczyna biegać po domu i mówi, że on dziś zębów nie umyje i co mu matko zrobisz?

Matka grzecznie pyta co zjedzą na śniadanie. Zgadzają się na kanapki z dżemem. Matka nie może otworzyć dżemu – proponuje zmianę. Drugi wpada w czarną rozpacz. Matce udaje się otworzyć słoik. Podaje – Drugi je dwie kanapki, Pierwszy liże i stwierdza że za słodko, Trzecia wsadza twarz w kanapkę i ocenia językiem smak.

Trzecia spędza chwilę w wannie. Mama przekazuje najstarszemu prośbę o zmianę image na taki dzienny. Pierwszy słyszy kolejną prośbę żeby nie tarzał się po ubraniu siostry. Trzecia ucieka, Pierwszy w samych majtkach biega po domu i robi lasso z koszulki. Drugi je kanapkę. Pierwszy zakłada spodnie i dalej biega zachowując się jak cowboy. Trzecia po założeniu połowy ubrań ponownie ucieka.

Pierwszy myje zęby i przychodzi „huhać” na matkę, bo użył mocno miętowej pasty. Trzecia kolejny raz prosi o dołożenie na szczoteczkę pasty do zębów. Drugi nadal je kanapki z dżemem. Matka w końcu ubrała córkę w całości.

Pierwszy z Trzecią pakują zabawki do plecaka. Drugi idzie „oddżemić” buzię i umyć zęby. Później skacze po łóżku w samych majtkach. Następnie piszczy z radości i zakłada resztę ciuchów, bo matka zaczyna powoli tracić kontrolę nad czasem.

Dzieci idą zakładać ubrania wierzchnie. Trzecia ubiera się grzecznie, wszak lubi być na dworze. Pierwszy wraca w ubłoconych butach do pokoju, bo zapomniał kostki do gry. Drugi chce iść w tenisówkach lub w kaloszach. Leży na ziemi i próbuje postawić na swoim. W końcu matce udaje się go przekonać do założenia butów adekwatnych do pogody.

W autobusie Trzecia chce i siedzieć koło braci i chodzić po autobusie. Chłopcy czule się kopią i kłócą, który jest mądrzejszy. Po wyjściu biegną obejrzeć wystawę sklepową z zabawkami i wchodzą do sklepu. Miło uśmiechają się do pani i nic nie niszczą.

Trafiają w końcu do przychodni. Chłopcy wyciągają grę i zgodnie w nią grają. Trzecia chce koniecznie zwiedzić wszystkie pomieszczenia. Przychodzi wujek. Dzieci kłócą się które wejdzie pierwsze bo żadne nie chce. Do gabinetu wchodzi jednak Drugi, reszta zostaje z opiekunem.

Dzień dobry nazywam się Drugi Nieuczesany

powiedział rezolutnie

A teraz powiesz mi co widzisz

mówi pani pielęgniarka i pokazuje kolejno „kaczkę, koło i domek”

Kaczka! Kółko! Obora!

dzielnie rozpoznaje Drugi

Tyle lat pracuję i pierwszy raz dziecko powiedziało coś innego niż „dom”

a ja pomyślałam, że niewiele w życiu słyszała 😉

Teraz zamiana dzieci wchodzi rezolutny sześciolatek:

Dzień dobry! Nazywam się Pierwszy Nieuczesany

przywitał się

No pierwszy raz tak się zdarzyło że dzieci wchodzą i się przedstawiają imieniem i nazwiskiem.

pani doktor była wyraźnie zachwycona

Chyba wszystkie trzy byłyśmy ciekawe co powie Pierwszy na domek, który jest na tablicy i młody zaczyna:

Kaczka! Koło! Stodoła!

rozpoznał mój syn, a ja zaczęłam się śmiać.

Mamo przecież dobrze mówię. To jest stodoła!

obruszył się

Synku, śmieję się, bo wszystkie dzieci mówią, że to dom i Drugi mówi że to obora i byłyśmy ciekawe co ty powiesz.

uspokoiłam dziecko.

No widać, że dzieci mają duży zasób słownictwa

podsumowała pani doktor.

Potem weszła Trzecia, która już tęskniła za mamą. Jak nie moje dziecko siadła i zaczęła się ładnie uśmiechać. Poszła się zważyć, dała zmierzyć, pokazała gardło i dała się osłuchać. Jednak nie może być zbyt pięknie – musiał zacząć się płacz! Badanie się skończyło. Ale że tak szybko? Ona chce chce chce! 🙂

Potem wszystko w normie – Drugi obraził się z 5 razy i planował pobić wszystkich wokół ale czasem się hamował. Trzecia planowała iść w inną stronę niż ja. Pierwszy chwalił się, że wszystko robi lepiej niż młodszy dwa lata brat.

Dziś są w przedszkolu! 🙂

O dole

Poprzedni post bije rekordy reakcji. I bardzo dobrze, bo po to go napisałam ;). Tylko, że on tylko częściowo jest o mnie – faktem jest że jestem zmęczona i często sfrustrowana. Tylko intencja była inna.


Dołek, dół, deprecha, depresja, zrezygnowanie!!!

T nie jest zawsze stan w którym osoba potrzebująca pomocy nie myje się, patrzy w sufit i nic nie robi. No wtedy to chyba oczywiste, ale najczęściej ciężko zauważyć, że ten „dołek” troszkę jest zbyt intensywny. Wydaje mi się, że jakby stan był taki jak w opisie powyżej to bliscy by zareagowali, jeśli zainteresowany byłby na etapie zaprzeczania.


Niestety życie nie jest czarno białe i każdy człowiek jest inny. Często jest tak, że człowiek funkcjonuje dość nieźle – dzieci „zaopiekowane ” (lub zadania w pracy ogarnięte) obiad ugotowany, a podłogi umyte. Nawet poczucie humoru tylko lekko bardziej sarkastyczne. Całość dzieje się w środku i jest niewidoczna. Być może nawet lekko się coś zmieniło w zachowaniu lub reakcje nie zawsze są adekwatne do sytuacji.

Słusznie w komentarzach na Facebooku pod ostatnim tekstem zauważyliście, że często tylko zainteresowany wie, że coś jest nie tak i czas udać się po pomoc. Może pojawić się tłumaczenie – przecież tylko to zmęczenie, albo tylko mi się nie chce, przecież mimo wszystko działam.


I w tym momencie się zastanawiam czy jest sens się męczyć? W najgorszym wypadku lekarz/psycholog stwierdzi, że należy się wyspać i wypocząć, w lepszym – świat może nie przytłaczać tak bardzo.


Od kiedy prowadzę tego bloga odzywają się do mnie różne osoby, które mają wrażenie, że są tylko zmęczone, że są gorszymi mamami i żonami bo się „czepiają”.

I to dla was zmęczeni, wypruci, zdołowani i „nie dość dobrzy” – zawalczcie o siebie. Najwyżej „ratownik” stwierdzi, że wystarczy sen.

Nie warto czekać

Ciekawe czy ten wpis zaginie w niedzielnym bałaganie i rodzinnych spacerach. Miałam ostatnio dwie rozmowy, które jakoś mnie zainspirowały do tego tekstu.

Dokładnie tydzień temu, gdy wysłałam znajomej krótki filmik z moimi dziećmi skaczącymi pod sufit na piłkach, odbyłyśmy krótką rozmowę telefoniczną. Usłyszałam najzwyklejsze, nie oceniające stwierdzenie „z pewnością jesteś zmęczona”. To nie miało nawet wydźwięku współczucia, tylko podsumowanie sytuacji. Naprawdę dało mi to wiele spokoju na kilka dni. Informacja, że jako mama mam prawo czuć się tak przemęczona było bardzo odkrywcze.

Oprócz tego kilka dni temu miałam przyjemność szczerej rozmowy na temat bezradności, braku cierpliwości i dużej ilości poczucia winy. Jak się okazuje – nie tylko ja mam wrażenie, że wszystkie mamy mają wszystko zrobione lepiej. Widzę te uśmiechnięte, nie bijące się dzieci. W tle oczywiście tylko kilka zabawek, a nie zabawki, ryż oraz zostawiona kurtka w nieładzie, bo potrzebny był ratunek zrozpaczonemu maluchowi.

Są dni kiedy nie wiem co jest ważniejsze – mój sen, czy zmywanie. Najczęściej ostatnio wygrywa sen, bo młoda co chwilę sprawdza czy leżę koło niej i jak mnie nie ma to wstaje i potem jest marudna. I tak leżąc troszkę mi się oczy zamykają.

Są dni kiedy mam ochotę wyjść i udawać że mnie nie ma. Wczoraj odwiedził mnie urodzinowo mój brat i był tak kochany że bawił się z całą trójką, a ja z tego szoku, że nie muszę patrzeć na wszystkie strony, prawie zasnęłam na fotelu.

Mam wyrzuty sumienia, bo przecież mogłabym się z nimi więcej bawić, mogłabym lepiej posprzątać, częściej wychodzić z nimi na spacer, ale zapominam, że organizm i psychika mają ograniczone możliwości.

Chciałam wczoraj sprawdzić jak będzie mi się jeździło w prezencie urodzinowym – kasku na rower. W planie było 10 minut szybkiej jazdy na koniec ulicy i z powrotem. Miałam na chwilę wyłączyć głowę 😉 i nie myśleć że muszę patrzeć gdzie moje latorośla. Nie dałam rady wyjść sama – chłopcy musieli na te 5 minut pojechać ze mną. Wzięłam ich, bo ten czteroletni wpadł w czarną rozpacz. I znów moja głowa nie odpoczęła.

I w tym wszystkim wiem, że patrzę na moje koleżanki i myślę sobie czasem że one radzą sobie lepiej. Z drugiej strony wiem, że większość zdołowanych, przygaszonych mam czeka na lepszy czas.

Psycholog? Po co? Przecież urodziłam dziecko musi być ciężko.

Lekarz psychiatra? Po co? Toż to tylko nie dospanie. Jestem tylko mniej cierpliwa.

I tak to trwa. Lekarz jeśli nie będzie widział potrzeby nie będzie nikogo lekami faszerował.

Pytanie jest takie – czy warto czekać? Czy to wstyd pojśc po pomoc? Jak zepsuje się pralka lub lodówka idziemy do specjalisty. Jak szwankuje psychika czekamy aż samo przejdzie.

Święto postaci z bajek

5 listopada był Dzień Postaci z Bajek. Kilkanaście dni wcześniej przeczytałam na stronie naszego przedszkola ogłoszenie, które mnie lekko zaniepokoiło.

Dzieci miały być przebrane za postacie z bajek. Stroje miały być nieprofesjonalne i wykonane przez opiekunów.

Oprócz dużej ilości emocji mój mózg skupił się na tym żeby wymyślić coś co jestem w stanie zrobić. Martwiłam się też dlatego, że ze względu na mój brak talentu plastycznego chłopcy będą się czuli źle w grupie rówieśników. Moje ręce na samą myśl o robieniu stroju najzwyczajniej w świecie się lekko trzęsły.

Potem skupiłam się na pracy mentalnej. Jak przekonać dzieci do swoich pomysłów. W pierwszej wersji mieli być postaciami z ludowych bajek. Jednym słowem kraciasta koszula i ogrodniczki i mamy Tomka Palucha, Jasia Fasolę czy innego bajkowego chłopca. No ale pomysł nie przypadł im do gustu. Nie wiem czemu! Szwagierka proponowała jeszcze zrobienie z nich Stracha na Wróble ;).

Potem sami zaproponowali kolejne bajki. Pierwszy postanowił, że ja zrobię z niego klocek LEGO z filmu „LEGO przygoda”. Oczywiście ma być perfekcyjnie, bo każdy ma się domyślić kim on jest. Udało mi się go przekonać, że wymarzonego efektu nie osiągniemy i lepiej zaplanować coś co będę w stanie wykonać na tyle żeby można się było domyślić co to jest.

Miałam jednak w zapasie zielone spodnie i jedną zieloną koszulkę. Pomyślałam, że można z tego zrobić Piotrusia Pana. A drugie dziecko może da się jednak przekonać do bycia Tomkiem Paluchem? Udało się, ale musiałam jednak stworzyć dwa przebrania Piotrusia Pana.

Szukałam w internecie podpowiedzi jak zrobić czapkę. Ta mogłabyć tylko zielona i z czerwonym piórem. Oczywiście taka żeby nie była „obciachowa”. Normalnie zawał serca miałam większy niż przed maturą. Bo to nie tylko ja bym się skompromitowała, tu chodziło o dziecięce uczucia.

Naprawdę się cieszę że ktoś wymyślił internet. Jakaś dobra dusza nauczyła mnie poprzez instrukcję na YT jak robić czapki z papieru. Instrukcja do ładniejszej czapki stanowiła dla mnie szyfr prawie jak Enigma ;). Zrobiłam chyba ze 40 czapeczek i dopiero później zrobiłam tę żółtą 😉 do której dopasowałam wielkość hipotetycznego pióra.

Dopiero następnego dnia, drżącymi rękami zrobiłam dwie czapki z zielonych kartek. Wycięłam fikuśne czerwone pióra i miałam nadzieję, że młodzież zaakceptuje dzieło. Bałam się to udoskonalać i dokładać np. sznurek, bo miałam realne obawy, że moje ręce zepsują cały efekt.

Przeszperałam półki chłopców i znalazłam zieloną i za dużą koszulkę Drugiego o której zapomniałam. Wręczyłam ją Pierwszemu, który po obejrzeniu zielonych spodni (od nich zaczął się cały pomysł) stwierdził, że się nie nadają. Na całe szczęście zaakceptował czarne rajtuzy, których nosić nie chciał jeszcze dzień wcześniej. Drugi koszulkę i rajtuzy miał znalezione wcześniej.

I tak zrobiłam z dzieci dwóch Piotrusiów Panów. Czuli się w tych strojach dobrze, nie odstawali od grupy. Za to ja po wielu latach nauczyłam się robić czapki z papieru. Może się jeszcze czegoś kiedyś nauczę?

Ale co się nastresowałam to moje. Zadanie wykonane, ale ile ich jeszcze przede mną?


Polska – kocham i rozumiem

Specjalnie na bloga narysował Pierwszy.

11 listopada to dzień szczególny. Symboliczne święto Polski. Jej ponowne narodziny po 123 latach niewoli.

Od kilku lat w naszym domu odbywają się zwykłe, rodzinne rozmowy o tym czym jest wolność, czym jest Polska i dlaczego tak ważne są nasze symbole narodowe.

Mówimy o fladze, której w czasie wojny nie wolno było wywieszać. Mówimy o tym, że nie wolno było kłaść kwiatów pod pomnikami w okolicy dnia 3 maja.

Mówimy, że przez 123 lata tutaj w Lublinie w urzędach i szkołach mówiło się w języku rosyjskim. Zakupy również robiło się używając tego tego języka. I nie wolno było mówić w ogóle w języku polskim i uczyć się o naszej historii. Za to szło się do więzienia.

Jednak mimo tych wszystkich rygorów u nas rosyjskich, w innych częściach kraju austriackich i pruskich, Polacy nie zapomnieli języka, historii i kultury.

Bez tych cichych i zwykłych bohaterów mogło być dzisiaj różnie. Rodzice, dziadkowie i wnuki przekazujący kulturę i historię kolejnym pokoleniom to moi bohaterowie. Jestem mamą i wiem, że łatwiej jest chronić dziecko niż narażać je na problemy.

Zrywy niepodległościowe nie byłyby możliwe gdyby nie ci zwykli, codzienni bohaterowie pracujący u podstaw. Zawsze fascynowało mnie to, że potrafimy utworzyć świetnie funkcjonujące państwo podziemne.

Mówi się, że gdzie dwóch Polaków, tam 10 opinii. Niestety coś w tym jest. Zniewoleni, pod obcą okupacją, walczymy ramię w ramię. W momencie wolności nie potrafimy bez niszczenia siebie nawzajem dbać o nasze wspólne dobro jakim jest Polska.

Wolność polega również na tym, że pozwalamy innym być wolnymi. Tak się historycznie stało, że w naszym kraju żyje wiele narodów. Niech i oni mają prawo mówić w swoim języku i być sobą. Tak jak my możemy być sobą na emigracji, najczęściej zarobkowej.

Polska wolna była dla mnie zawsze. Chociaż pamiętam zmianę godła, gdy orzeł odzyskał swoją koronę. Nie chciałabym abyśmy ja i moje dzieci znów musieli walczyć o możliwość bycia Polakiem.

Pod kontrolą, albo i nie

Jest spokojnie 😉 pod kontrolą.

Soboty mają swój urok. Budzik nie dzwoni przed 6 i tym samym mogę przytulić dzieci śpiące koło mnie żeby dłużej spały.

Mąż z rana zrobił kawy, herbaty z sokiem i zimną wodą. Niektórym wręczył parówki w garść. A nawet pilnował żeby nie rozdeptali mnie nadmiernie.

Ale z rana wszystko jest w chaosie.;)

W nocy krasnoludki przeczytały w kalendarzu, że będzie sobota i zrobiły nam bałagan. Podłoga w pokoju dziecięcym jest delikatnie mówiąc w lekkim chaosie. Dziecięce książki po przejrzeniu przez Trzecią leżą w nieładzie pod szafą (te które jej nie zainteresowały) lub na stole i fotelach (te które oglądała). Na stole pomiędzy kubkami z napitkiem wieczornym i porannym leżą kredki, które były niezbędne komuś kto miał tuż przed snem artystyczną wenę.

Naczynia w kuchni czekają na to, aż nadejdzie na nie pora. Pranie na suszarce czuje już, że będzie ściągnięte jak tylko pralka przestanie szumieć.

Na śniadanie wymarzono sobie kanapki z dżemem co oznacza, że będzie słodziutko. Zresztą każdy posiłek wywołuje w mieszkaniu stan jak po przejściu tajfunu.

Do tego sprzeczki między rodzeństwem 🙂 są na porządku dziennym. Jednak tak samo uciążliwe dźwiękowo są wspólne „pokojowe” zabawy. Tylko cisza jest niebezpieczna 😉 – ona zwiastuje jakaś ciekawą przygodę szokującą dla mamy.

Tylko czasem mi brakuje tego domu dla dorosłych. Bez zabawek na stole, klocków LEGO pod stopą i dżemu na oparciu foteli ;).

Czytanie

Pierwszy – Mamusiu ja wiem czemu ty czytasz!

Ja – Tak? A Czemu?

Pierwszy – Bo masz okulary.

Ja – Raczej nie 🙂 czytam bo umiem i lubię. Ale rzeczywiście bez okularów byłoby mi trudniej

Stało się! Pierwszy zaczyna czytać. Próbuję zasiać mu w sercu taką myśl, że robi to dla siebie. Dzięki czytaniu zaspokoi swoją ciekawość. Póki co bawi się dobrze. A ja czuję, że mija kolejny etap w naszym życiu. Taki krok milowy.

I tak naprawdę z jednej strony się cieszę. Z tego, że on chce się uczyć, że mu to wychodzi. A z drugiej mi jakoś tak dziwnie, że ten czas pędzi.

No i zauważyłam, że najchętniej bym przeczytała za niego i mu cały czas podpowiadała. Oj dużo nauki przede mną jako mamy, żeby mu pomagać a nie przeszkadzać :). Na ten moment patrzę co ma przeczytać i wychodzę z pokoju i słucham z oddali jak mu idzie :). Wtedy pokusa podpowiedzi jest gdzieś indziej.

Tłumaczę mu, że nie musi jeszcze czytać, ale potrzebuje tej umiejętności. Ja komiksów czytać nie będę. Dla mnie to bez sensu, a on lubi komiksy, tym samym jego ciekawość wygrywa :).

Rośnie mi najmłodsze dziecko. Czas płynie szybko, czasem za szybko.

O łączeniu się komórek

Pierwszy – Mamusiu, a czy twoja i taty komórka były kiedyś połączone?

Ja (głęboka analiza możliwości technicznych naszych telefonów) – No ale w jakim sensie? Jak dzwonimy i kiedyś przez bluetooth.

Pierwszy – Mamo ty nic nie rozumiesz. Czy wasze komórki były kiedyś połączone?

Ja (mózg włączył parowanie) – No mówię że zdjęcia kiedyś przesyłaliśmy.

Pierwszy -Mamo!!! Ale te komórki co dzieci z nich powstają.

Ja (weszłam już na tor rozumowania syna) – Oczywiście, przecież mamy was.

Pierwszy – Czyli połączyliście się z tatą? Bo mogłaś połączyć się z innym panem przecież też.

Ja (pełna powaga) – Akurat łączyłam się tylko z tatusiem.

Pierwszy – Aha

I cieszyłam się, że temat znów się urwał samoistnie :). Tłumaczę tylko tyle ile muszę, póki nie pyta bardziej szczegółowo. Aktualnie wie gdzie rośnie dziecko, że nie wychodzi przez pupę mamy (o to się ze mną długo kłócił) oraz że powstanie tylko z połączenia komórki męskiej i żeńskiej :). Jeszcze nie pyta jak to zrobić żeby się spotkały ;).

Chociaż kiedyś spytał czy dwóch panów może sie w sobie zakochać :). Ustaliliśmy, że tak tylko nadal dzieci powstają z komórek żeńskich i męskich więc nie będą mieli dziecka :).

Byle do nocy

Także tego 🙂 każda dodatkowa godzina ma dwa końce. Rzeczywiście jakoś do 16 wszystko szło super, nawet byłam cierpliwa. Byliśmy na trampolinach, na placu zabaw. Naprawdę taki dzień z serii – mamy cudowną mamusię.

Jednak o godzinie 16 mój organizm wyczuł, że wczoraj o tej porze było później i już chciał myśleć o szykowaniu spania, a tu jeszcze tyle dnia! Próbowałam wymęczyć dzieci – graliśmy w piłkę. Zawsze kończy się to nie tak jak zaplanowałam. Ja jestem jeszcze bardziej zmęczona – oni wyciągnęli z szafy zapasowe akumulatory.

Od dłuższego czasu staram się myśleć o konkretnych odcinkach czasu do przeżycia. Najpierw jest to od rana do nocy 😉 później od nocy do rana. Tylko tym razem mnie to zgubiło. 🙂 Nie mogę się doczekać aż ten dzień się skończy i będę mogła zamknąć oczy. Póki co – mimotego, że cała ekipa jest w ślicznych piżamkach – nie zanosi się na to.

Więc byle do momentu aż zasną jest jedyną myślą, która się do mnie uśmiecha ;).

Jeden taki dzień w roku

Trzeba się cieszyć póki nie zabrali ;). Raz do roku mogłam przespać się dłużej. Od 6 lat dłuższego spania nie ma. Wszystko jest w normie.

Tylko że tego dnia jakimś sposobem nie jestem w niedoczasie. Jest śniadanie, pies nakarmiony, ja zdążyłam poleżeć i udawać że mnie nie ma. Możliwe jest to tylko dlatego, że do mojej matczynej piersi przychodzi samodzielnie jakiś mały Turkuć Podjadek 😉 drugi już nie podjadek kładzie mi rękę na ramieniu i nie gada. Trzeci Turkuć jest synem swojej matki i śpi do oporu.

Oni wstali jak zwykle – czyli o 8 starego czasu. Jednak ja jakoś szybciej i sprawniej działam. Normalnie w niedzielę śniadanie ogarniałam na 10 a teraz wyrobiłam się na 9 starego czasu. Czyli nie dość że jest godzinę wcześniej to ja jeszcze wcześniej ogarniam życie – dwie godziny do przodu ;).

Jest tak tylko raz w roku 😉 tylko w ostatnią niedzielę października. Od poniedziałku wszystko wraca do normy. Śniadanie jest jak zdążę, pranie rozwieszam jak Trzecia pozwoli ;). Spacer jest jak się wyrobię albo jak się nie wyrobię ;). Jedynie dzieci w przedszkolu wtedy kiedy trzeba, bo jednak tatuś nie powinien spóźniać się do pracy :).

Nie wiem dlaczego mój organizm przy zmianie czasu na zimowy działa tak pozytywnie i jest zmobilizowany. Może to ta myśl o dłuższym spaniu robi efekt placebo? Bo przecież śpię dokładnie tyle samo co dzień przed zmianą?

A jak u was? 🙂