O pewnym skaleczeniu

Uruchamiamy wyobraźnię ;). Zielony wózek spacerowy w którym siedzi dziecko około roku z różowymi elementami na koszulce. Z prawej strony wózka niższy z chłopców na oko początki przedszkola. Z lewej wyższy na oko prawie zerówka. Nawet troszkę podobni. Wózek prowadzi niskie i szerokie (może jest w kolejnej ciąży, albo dochodzi do siebie kolejny rok) dziewczę w okularach.

Dziewczynka w wózku rozgląda się ciekawie. Chłopcy piją picie z butelek szklanych (celowo nie podaję firmy). Nagle rozlega się przeraźliwy ryk. Chłopczyk młodszy wpada w czarną rozpacz. Patrzy na palec i teraz są to spazmy.

Matka patrzy, wyciąga chusteczkę. Po chwili grzebie w torbie i mówi „sorry skończyły się”. Dziecko całe mokre od płaczu, czerwone i drze się tak jakby conajmniej odcięło palec. Teraz do tego dochodzi starsza pani z „życzliwym” komentarzem – a co tak płaczesz nic ci nie jest. Jak się domyślacie, do tej pory sytuacja była spokojna – ryk i rozpacz większa. Matka po chwili zmienia chustkę przy okrzykach „Krew! Ja krwawię”. Żeby było ciekawiej starsze dziecko zaczyna się śmiać (tak, te które całkiem niedawno złamało obojczyk i wcale nie uważa, że śmianie się z innych jest ok).

Dziewczyna idzie przy akompaniamencie płaczu i nerwowego śmiechu do najbliższego sklepu. Poszkodowany jest głośny ostro. Matka kupuje plaster za ciężkie pieniądze (w domu ma oczywiście zapasy tylko zapomniała wsadzić je do torby wózkowej). Starszy brat zmartwiony komentuje w kolejce że wypadałoby płaczące dziecko przepuścić. Matka się lekko czerwieni, rzeczywiście mieli tylko ten plaster, ale przed nimi tylko była jedna osoba, która kończyła transakcję.

Po naklejeniu plastra z tygryskiem (najtańszy) przytuleniu i utuleniu emocji mama zaczyna dziecku tłumaczyć co się stało. Dziecko skaleczyło się kapslem od soczku (tak tym ze „złotą myślą”).

Chwila ciszy, idą dalej. Jednak to nie koniec. Zaczyna się drugi etap żalu i płaczu. Młody zaczyna krzyczeć:

To przez ten twój KLAPS mnie teraz boli

rozżalił się młody człowiek!

Miny ludzi nieziemskie. Część ludzi kontroluje sytuację. Dziewczę przytula dziecko i tylko nieliczni słyszą:

Kapsel cię skaleczył synku a nie klaps

Stara się mówić w miarę wyraźnie dla okolicznych obserwatorów

I żeby było ciekawiej – nic a nic nie koloryzuję! Plastry znów są w torbie :). Palec cały, szczepienie na tężec ma aktualne ;). Ubezpieczenie skaleczenia nie obejmuje ;).

Sklep

Proszę pani czy to pani dziecko?

Spytał Drugi

Tak! To moje trzecie dziecko właśnie robiło rozróbę w zabawkowym sklepie. Nawet kasę próbowało wyrwać. Ukradło wszystkie warzywa i nawet próbowało ugasić pragnienie butelką z sosem pomidorowym.

To proszę zająć się swoim dzieckiem bo będzie musiała pani zapłacić za zniszczenia

Pogroził mi Pierwszy

Tak! Zawsze szczerze rozmawiałam z dziećmi ;). Nie zrzucamy butelek z alkoholem w sklepie bo są za drogie, a rodzic spłaca szkody. I teraz musiałam zabrać Trzecią, bo nie mam odpowiedniej ilości zabawkowych euro, a chłopaki wcale nie chcą dawać ich ze swojej zabawkowej kasy.

Lasse i Maja

Mamo mogłabyś mi poczytać Lassego i Maję?

Codziennie od ponad tygodnia pyta Pierwszy

No i super sobie czytamy, wyciszamy się na noc oraz rozwiązujemy zagadki. No ale mógłby w przedszkolu, pytany o to czy mu czytam, mówić przynajmniej prawdę, a nie rozbawiony kłamać, że daję mu grać na różnych sprzętach ile dusza zapragnie. No uraził moje matczyne uczucia :). Z tego powodu jednego wieczoru zamiast jego książki czytaliśmy te wybraną przez Drugiego ;).

Historia tej serii w naszym domu łączy się z prezentem od osoby znanej w pewnych kręgach pod pseudonimem Cytrynowa. „Tajemnica cyrku” była pierwszą częścią która pojawiła się w naszym życiu. Książka przyszła w paczce i babcia skorzystała z niej w momencie gdy kontuzjowany Pierwszy dołączył do siostry. Tym samym Lasse i Maja są równie ważni w życiu mojego syna jak LEGO.

Wpadł jak burza do biblioteki i pierwsze kroki skierował w stronę pani i nawet zapomniał że często w takiej sytuacji się wstydzi:

Czy jest Lasse i Maja?

Pani lekko była zszokowana pewną i przejętą postawą znanego jej młodego czlowieka. Dostał namiar na konkretną szafkę 🙂 i wziął tych książek tyle ile było. Tym samym wychodzi nam jedna część na dzień. Te na zdjęciu to już zwrócone przed długim weekendem. Przez kilka dni wróciły inne ;). Poprosiłam panią o pomyśleniale o następnej serii dla nas.

I tak! Warto czytać dzieciom. Troszkę szkoda że wypożyczamy książki na wszystkie 4 karty które mamy, bo za daleko nam do biblioteki. Bo jakbyśmy tak byli co 2 dni to mielibyśmy szansę wygrać konkurs na najlepszego wakacyjnego czytelnika, a tak czytamy bo lubimy ;).

Drugi i znaki

Po tym jak zaczęłam kurs na prawo jazdy, Drugi zafascynował się zasadami ruchu drogowego. W podręczniku ma nawet ulubioną stronę i tłumaczy zainteresowanym. „Pamiętaj! Nie wjeżdżaj pod pociąg bo będzie wybuch”.

Jeszcze jak widzi niebieski znak z literką P mówi „Uwaga parking”.

Oczywiście większość rozpoznaje bardzo instynktownie i zgodnie z ich przekazem.

Ale i tak byłam zachwycona jak podsumował symbol, który jest na zdjęciu:

Nie wyrywaj się opiekunowi!

Coś w tym jest 🙂

Żałuję, że nikt jeszcze nie uwiecznił jak oni super ustawiają się przy wózku. Chwilowo nawet mają swoją własną stronę że względu na kontuzję Pierwszego. Teraz już wiem, że to zasługa malowanych symboli na chodniku ;).

O moich szkolnych dzieciach

A to czytanie na dworze 😉 takie już wakacyjne więc buty brudne 😉

Wakacje oficjalnie się zaczęły. Moi pierwsi wychowankowie powoli zaczynają bronić prace licencjackie, niektórzy już mają za sobą kilka lat konkretnej pracy zarobkowej.

Gdy zaczynałam pracę w szkole mówiono mi, że tej pierwszej klasy nigdy się nie zapomina. Póki co oficjalne wychowawstwo miałam jedno. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby dać im maksimum mojego czasu i uwagi. Tylko czasem nawet to jest za mało.

Dziś gimnazjum skończył ostatni rocznik, który też zostawił w moim sercu ślad. Pamiętam jak dziś, gdy 2a była gotowa zrezygnować ze sprawdzianu widząc, że czuję się gorzej (troszkę się zawiedli gdy powiedziałam że sprawdzian to dla mnie odpoczynek). Nie zawiedli mojego zaufania, gdy jako pierwsi domyślili się, że na lekcje przychodzę wraz z ukrytą pod sercem Trzecią.

Pamiętam 7b, która dziś skończyła naukę w szkole podstawowej. Gdy wyszłam po pierwszej lekcji z nimi, byłam pewna, że nie dam rady do niech dotrzeć. A to była klasa, która lubiła siąść wokół mnie i słuchać opowieści o historii. Mówili że uczę ich „ściemniać” a ja uczyłam myśleć wynikowo.

W taki dzień jak dziś myślę sobie, że każda z tych relacji zostawia we mnie ślad, a w szkole dawałam z siebie wszystko, bo wiedziałam, że to jest praca z wartościowym i wrażliwym młodym człowiekiem. Ten człowiek niesie ze sobą bagaż doświadczeń nie zawsze fajnych, często nawet bardzo trudnych. Więc jeśli nie umiem mu pomóc wzrastać to chociaż nie powinnam przeszkadzać.

W takie dni myślę o nauczycielach których postawił i postawi świat na drodze moich rodzonych dzieci. Widzę zmęczenie całoroczną praca z maluchem, jestem wdzięczna za każdy sygnał gdy działo się coś złego i dziękuję za obecność w trudnych momentach w naszym życiu gdy dzieciakom było potrzeba więcej zrozumienia.

Na koniec myślę o tych, których zostawiłam za murami swojej szkoły. O tych którzy uczyli mnie tego, że mam wartość jako człowiek oraz tego jak wygląda DNA. I czasem zastanawiam się czy ja również zostałam w ich sercu.

Nie wiem czy będę jeszcze uczyć, czy będę miała szansę być wsparciem jeszcze dla kolejnych pokoleń dzieciaków które będę chciała nauczyć myśleć. Wiem jednak, że ci ludzie których spotkałam na swojej szkolnej drodze i drodze moich dzieci są dla mnie ważni.

Tańcobajki o smokach

Tutaj widać w męskim gronie Drugiego tańczącego „Taniec rycerzy”

To przedstawienie było dla mnie ważne z wielu powodów.

Po pierwsze było o „smoku” a ten jest mi szczególnie bliski przez miasto w którym się urodziłam. Poza tym pierwsze poważne przedstawienie w jakim brał udział zbuntowany kiedyś Pierwszy, było właśnie o Smoku Wawelskim.

Po drugie to były „Tańcobajki” projekt przedstawień mojego znajomego (wiem jakim jest charyzmatycznym człowiekiem i znam jego talent wodzirejski). Planowałam wybrać się już na „Czerwonego kapturka” i „Kota w butach”. Tylko gdzieś czułam, że Pierwszy który nie lubi jak się go włącza do przedstawienia, musi dorosnąć. Cała zabawa polega właśnie na wspólnym przeżywaniu akcji, tańczeniu i śpiewaniu wraz z aktorami.

Po trzecie tym razem z okazji Festiwalu Legend Lubelskich „Smoki damy i rycerze” były dwa razy zagrane za darmo. Jako typowa Polka lubię darmowe imprezy.

Po czwarte mieliśmy przyjemność uczestniczyć w spotkaniu ze smokiem w wirydarzu u Dominikanów. Bardzo lubię ten klasztor i ten zakon. Tam odbyliśmy z moim mężem super konferencje dla zakochanych. No ale o tym, że w moim sercu św. Dominik Guzman ma szczególne miejsce to niektórzy się domyślają.

Smok oraz znudzony Pierwszy i zachwycony Drugi.

Jak dobrze było widać to, że każde z całej trójki ma inne potrzeby i inaczej włącza się do zabawy. Drugi tańczył, śpiewał, zaśmiewał się bardzo głośno i nawet podpowiadał aktorom co mogą zrobić w danej sytuacji. Trzecia zajmowała się chodzeniem własnymi ścieżkami między ludźmi i próbami grzebania ludziom w torbach. Czasem sprawdzała co dzieje się na scenie. Pierwszy siadł i nie odezwał się ani nie ruszył zbytnio do samego końca. Wyróżniał go tylko zielony temblak na ręce.

Trzecia szczęśliwa, Drugi rozbawiony, a Pierwszy powiedział, że super że już koniec. Dobrze nie wyszliśmy na Stare Miasto, gdy mój kontuzjowany pierworodny stwierdził, że moglibyśmy pójść jeszcze raz na „Smoki damy i rycerze” bo on słyszał, że dziś będą grali jeszcze raz.

Twierdził, że nie słuchał, ale po dobranocce zaśpiewał nie tylko całą piosenkę Smoka (w wersji emocjonalnej także) lecz także piosenkę o rysowaniu Stracha. Opowiedział mi, która postać była według niego najciekawsza ( w praktyce wymienił wszystkie). Na koniec mi powiedział „Mamo, ale pan chyba widział ze mam chorą rękę i zrozumiał dlaczego nie tańczę”.

I to jest właśnie ten skarb „tańcobajek” możesz przeżywać przedstawienie w wolności. Nikt nie zmusza do zabawy, ale jeśli masz ochotę krzyknąć „Niech pan spojrzy na obrazek” to możesz to zrobić. Nawet jest to wskazane.

Cała sobotę każde z nas nuciło „tamturiru” oraz „tańcz jak umiesz” i jeszcze „taki strach namalował go pan Stach”.

Z każdego przedstawienia jest wydana płyta z piosenkami. Część można znaleźć na platformie youtube.

Wcześniej Drugi był zbytnio wpatrzony w brata, żeby robić to na co ma ochotę i nie widzieliśmy poprzednich wersji. Ale wiemy, że dużo nas ominęło. Na smoka jeszcze pójdziemy – tym razem może się okazać, że będę miała już dwóch tańczących rycerzy a może i księżniczkę. No i liczymy na kolejne przedstawienia w projekcie.

Gdybyście kiedyś usłyszeli o „Tańcobajkach” naprawdę jest to super rozrywka nie tylko dla dzieci :).

https://tancobajki.pl/ – a tu link do projektu.

Dawidzie bardzo Ci dziękuję za to, że poczekałeś na to aż moje dzieci dorosną. Czekamy na więcej 🙂 – tym razem kupimy bilety 🙂 bo wiemy, że warto.

Współczesne loty

Sobota to dzień latania jak na najprawdziwszą czarownicę przystało. Jednak preferuję loty na odkurzaczu ;). Jako młoda dziewczyna obiecywałam sobie, że nie będę sprzątała w sobotę, ale tak po ludzku lubię odpoczywać w niedzielę w ogarniętym domu.

Ogólnie dziś zostałam uświadomiona przez Drugiego że to rzeczywiście bez sensu. Wszedł w obuwiu do świeżo odkurzonej chaty:

Odkurzałaś? Nie widać.

Podsumował rezolutnie

Cóż robić? Sama jak muszę szybko coś zrobić nie patrzę czy kładę ubranie młodej na miejsce. Jak tylko się odwrócę zabawki wracają na swoje ulubione miejsce czyli na nasz stół. Trzecia nie czuje się komfortowo dopóki nie rozrzuci puzzli i robi to tylko wtedy gdy są pudełku. Jak leżą w nieładzie zostawia je w spokoju.

Zmywanie jest zawsze – zwłaszcza tuż po tym jak pozmywam, bo w czymś pić trzeba. Pranie się piętrzy, chociaż staram się nie włączać pralki w niedzielę.

Książki które czytamy są pod ręką. Zresztą tak samo jak przybory do rysowania. Ubrania do schowania do szafki albo sie suszą albo w niemym nieładzie przypominają mi o tym, że nie mogę ich zostawić tam gdzie są.

Pierwszy posiłek po odkurzaniu doprowadza podłogę do stanu sprzed odkurzania :). Tylko czy to, że nie widać że sprzątamy oznacza że możemy tego nie robić w ogóle? No niestety sprawdziłam, że jak raz na jakiś czas nie ogarnę tych wszystkich szmeli to okazuje się że wtedy dopiero widać, że robię coś w domu.

Ten brak efektu na dłużej jest wysoce frustrujący i demotywujący. Więc uszy do góry 🙂 warto działać mimo braku efektu 😉 i zaganiać do roboty młode zmęczone życiem pokolenie ;).

Dziwny czas

Plan był prosty. Przygotować Chrzciny Trzeciej i spokojnie zdawać egzamin na prawo jazdy.

Chrzciny udane, kamień z serca spadł a stres odpuścił. Zaczęłam zdawać teoretyczny. Okazało się, że mimo nauki nie było to ani pierwsze ani drugie podejście. W efekcie zdałam za trzecim razem podczas żałoby. W naszym życiu nagle zabrakło prababci, która była za ścianą. Tej która pozwalała chłopcom słodzić herbatę tyle ile chcieli. Herbata pachniała wyjątkowo, bo była robiona na kuchni węglowej. Chłopcy zdecydowali, że chcą być na pogrzebie. Pierwszy w smutku płakał „Mogłaś mi nie mówić, teraz jestem smutny”. Szczerze to wydaje mi się, że nadal to do nas nie dotarło.

Potem była super impreza – finał międzyprzedszkolnych zawodów sportowych. W reprezentacji przedszkola występował nasz Pierwszy, a my mimo upału głośno i radośnie mu kibicowaliśmy. Przywiózł 🏅 medal oraz piłkę i łopatę do piachu.

Niedziela była upalna. Pierwszy na dworze był 20 minut. Nagle usłyszałam płacz i przybył poinformować mnie, że spadł ze zjeżdżalni. Zrobiłam okłady, sprawdziłam czy nie puchnie ręka. Dałam chwilę odpocząć emocjom dziecka. Gdy zapakowałam zestaw wycieczkowy na SOR, młody się zmotywował, uśmiechnął i zaczął ruszać swobodnie ręką.

Po własnym dochodzeniu i analizie ran bojowych. Wiem już, że bawił się na ustawionej kostce na wysokość około 1,5 metra. Tam z kostki budował sobie coś i zrobił o jeden krok za daleko. Zrobił salto i poleciał w trawę. Spytany przez sąsiadkę czy wszystko ok, stwierdził idąc do mnie (zero płaczu) że jest w porządku.

W poniedziałek poszedł do przedszkola, bo założyłam że ręka jest obita i będzie bolała ale unieruchomienie jej tylko spotęguje ból. Jednak nie grało mi coś. W efekcie, po zasugerowaniu wizyty u lekarza przez osobę, która spędziła z nim więcej poniedziałku niż ja, wybraliśmy się do chirurga. Ten spytał czy dziecko które boli to ten skaczący chłopczyk. Następnie dotknął ręki i orzekł że najprawdopodobniej jest to złamany obojczyk i to opatruje tylko nasz dziecięcy szpital.

Po półtorej godziny na SOR wróciliśmy taksówką do domu. Na takie złamania nie zakłada się gipsu, ale i tak młody ma „pufy” z bandaża jak mały paker. Przynajmniej go już nie boli. Hopsa w swojej normie.

Już poukładałam życie na nowo, przy pomocy licznej rodziny. Przede mną w najbliższych dniach egzamin i najprawdopodobniej jeszcze jeden i może być tak że jeszcze jeden wiec pochwalę się dopiero po tym zdanym.

Taki trudny czas mamy ostatnio.

Jak to na meczu było

Norwegia-Honduras podczas Mistrzostw Świata U20

Mamusiu czy pójdziemy na prawdziwy mecz na stadionie?

Spytał w niedzielę Pierwszy

Nie lubię tłumów, imprez masowych, a nawet wybitnie nie lubię piłki nożnej. Mój mąż piłki nożnej i imprez masowych nie lubi jeszcze bardziej niż ja. Moją wymówką było do tej pory „oj nie ma kasy na mecz na stadionie”.

Wczoraj Pierwszy w podskokach (dosłownie) przyniósł mi kilka kartek A4 z tekstem „Dostałem od pani bilety na mecz”.

Znacie te reklamówki i „darmowe bilety do cyrku”? Myślałam, że to takie ;). A tu niespodzianka – najprawdziwsze 4 bilety (w tym miejscu bardzo dziękuję za tę ilość, bo logistyka by padła) na mecz następnego dnia o godzinie 18.

Pokonaliśmy wszystkie przeciwności, tatuś zgłosił się do opieki nad Trzecią. Jeden wujek odetchnął, że tym razem nie on idzie. Drugi wujek nam towarzyszył.

Podekscytowanie Pierwszego było przez dobę na wysokim poziomie skakania. Drugi był w miarę spokojny. Na bramkach okazało się, że nie pomyślałam o tym, że trzeba Pierwszego ostrzec przed kontrolą na bramkach, ale obyło się bez wybitnej awantury tylko z lekkim „foszkiem”.

Po kilku minutach od rozpoczęcia meczu Drugi stwierdził, że już był na meczu i możemy isć. Pierwszy dla odmiany coś oglądał ale dwóch goli nie widział i wyrzucił na podłogę całą pakę popcornu.

Potem były pielgrzymki do łazienki ;), przerwa podczas której Drugi tańczył i sprawia na nagraniu wrażenie zadowolonego. Na koniec Pierwszy podczas jedzenia popcornu ugryzł się w palec i tak przestraszył, że wyrzucił końcówkę drugiego ;).

Ogólnie mecz taki z tych ciekawych dla dzieci – łącznie było 12 do 0 dla Norwegii. Pod koniec szczerze kibicowałam Homdurasowi, żeby chociaż tak złych wspomnień nie mieli po wizycie w naszym mieście.

Wnioski proste – Trzecia da radę bez mamy wieczorem, Drugi na mecze nie będzie chodził bo zainteresowanie ma na poziomie średniej rodzinnej. Pierwszy będzie za każdym razem analizował czy na tyle mocno mu zależy żeby poddać się wszystkim procedurom bezpieczeństwa.

No i kto by pomyślał, że będziemy mieć przyjemność być na tak wyjątkowym meczu? 🙂

Trudno być mamą

Miś Pierwszego, Trzeciej i Drugiego.

Mamą być ach mamą być. Jak zwykle w głowie myśli biegną, a jak przychodzi do pisania, jest pustka.

Niedawno koleżanka mnie spytała czy kocham moje dzieci tak samo. Kocham tak samo, ale każde z nich potrzebuje innego okazywania tej miłości.

Drugi potrzebuje się przytulić i tego, żeby był „zaopiekowany”. Lubi jak stoi któreś z nas obok i „pomaga mu przy ubieraniu” .

Pierwszy potrzebuje wysłuchania, pomocy przy klockach (najczęściej obecności). Niektórych to dziwi, ale warto z daleka mu mówić „widzę cię, widzę co robisz” to wtedy czuje się „zaopiekowany” i nie biegnie mówić co robi.

Trzecia dla odmiany jak to roczniak, potrzebuje wszystkiego już natychmiast. Musi mieć „cień” będący za plecami, bo ma różne pomysły nie do końca mądre.

Okazywanie miłości przez mamę jest zależne od tego w jakim wieku jest dziecko oraz zależne od jego temperamentu. Bo każdy człowiek potrzebuje czego innego. I tu naprawdę trzeba tego szkraba poznawać, a czasem poznawać na nowo. Metodą prób i błędów.

Niestety rodzic ma też swoje ograniczenia, swoje zmęczenie i często wcale to wszystko nie wychodzi tak jakby chciał. Czy to znaczy, że nie kocha? Często teksty „nie na miejscu” rodziców są przejawem miłości okazywanej w sposób w jaki umieją to robić. Niekoniecznie to złośliwość :).

Ale co ja tam chciałam napisać wcześniej? A to, że jako młoda mama byłam tak mocno zagubiona, że szok. Naprawdę myśl o drugim dziecku mnie paraliżowała. Oj nie byłam mamą jaką chciałam być myśląc o tym wszystkim w teorii. A i z rzadka teraz jestem taką mamą :).

Mimo błędów, mimo pogubienia, ta matczyna i kulawa miłość stworzyła bardzo mocną relację jaką mam z Pierwszym. Kiedyś był zazdrosny o rodzeństwo i wtedy mu powiedziałam, że tylko on miał mamę tylko dla siebie całe dwa lata i nic nam tego nie zabierze. Każde kolejne dziecko już jest w innej sytuacji, nawet jeśli jest z mamą sam na sam to nie przez cały czas. Czy to gorzej? Lepiej? Po prostu inaczej!

Patrzyłam dziś na Trzecią, która dzielnie się wspina po schodach i drabinach. Potem jeśli jestem obok zamiast schodzić bezpiecznie tyłem skacze mi prosto w ręce. Staję od dzisiaj dalej, ryzykując, że jednak jej nie złapię. Musiałam zaufać jej i sobie, że wiem co robię. Dzięki temu zaczęła schodzić prawidłowo.

To taki mój przykład na to, że ciężko znaleźć balans pomiędzy ☂️ parasolem ochronnym a pomocą w rozwinięciu skrzydeł. Jak trudno dziecku dać pewność siebie z drugiej strony nie będąc mamą, która pilnuje za mocno.

Im dziecko starsze, tym więcej musi „latać” samo. W relacjach między ludzkich czy podczas nauki. Jak okazać miłość, zainteresowanie żeby nie przytłoczyć z jednej strony a z drugiej aby młody człowiek nie czuł się zignorowany?

Nasi rodzice też się uczyli i uczą dorosłych dzieci. Naprawdę nie wiedziałam, że to tak skomplikowana sprawa. Warto w rodzicach zobaczyć ludzi, takich samych jak my, którzy chcą dobrze, ale nie zawsze potrafią znaleźć złoty środek i drogę do konkretnego człowieka.

Mamą być ach mamą być. Jak już mi tak bardzo źle, gdy daleko do ideału mamy jaką mam w głowie, myślę sobie że Bóg musi wiedzieć co robi, a dał mi pod opiekę trójkę szkrabów, które też kocha.

Jeśli chodzi o misie, to są one szczególne. Nie ukrywam, że miałam nadzieję, że ciocia od której je mają podtrzyma tradycję i za trzecim razem. Misie od cioci otrzymuje każde moje dziecko. Są zapakowane w ozdobną folię i siedzą na ręczniku, który jest podpisany imieniem malucha. Ręcznik trafia do łazienki, a miś ponieważ był podpisany, nazywa się tak samo jak jego właściciel. Tym samym od lewej miś Pierwszy, miś Trzecia oraz miś Drugi.