Zdalne nauczanie w praktyce

#zdalnenauczanie #nieuczesananauczycielka

Na jednej z grup „mamowych”, został stworzony post  na temat śmiesznych wydarzeń związanych ze zdalnym nauczaniem. W moim wypadku – jeśli nie ma jakiegoś śmiesznego wydarzenia, to znaczy, że mam problemu ze sprzętem.

Obok siebie staram się mieć tabelkę z zagadnieniami z podstawy programowej, żeby mnie zbytnio w opowieści nie poniosło. Przydają się też po jakiejś domowej atrakcji, żebym dała radę wrócić do tematu.

Był taki czas, że co zajęcia z klasą 6c (naprawdę było to aż niesamowite) to wokół mnie zaczynał się armageddon. Za pierwszym razem Trzecia jak wpadła w histerię – tak nic nie pomagało. Nawet przytulenie itp. itd. Za to następnym razem początek jakoś szedł, do momentu, gdy w pokoju nie zaczął się konflikt. Był na tyle ostry, że musiałam przerwać lekcję (wyłączyć kamerę i mikrofon) wręczyć ścierkę do wytarcia podłogi (Drugi powiedział, że podłogi MI wycierać nie będzie!) i rozstawić po kątach – chodziło o utrzymanie dystansu. Poprostu polanie brata wodą było za mało ekspresyjne, a pod ręką były drewniane tory z których zaczęli korzystać.

Zdarzyły już się rady od uczniów – co mogę zrobić, aby dzieci nam nie przeszkadzały. Jednym z pomysłów było zamknięcie mnie samej w łazience (nie wiedzą, że matki w łazience nigdy nie bywają same). Ewentualnie dzieciaki mogłabym tam zamknąć ;). Kolejny pomysł to zamknięcie w piwnicy – ale tylko dzieci, bo może mi tam wi-fi nie działać.

Zdarzało się, że gdy tylko zaczynałam zajęcia, nagle okazywało się, że muszę  natychmiast! wyciągnąć rowerek, leżaczek, dać mleka (również z piersi), zrobić kanapkę oraz poprostu przytulić. Oczywiście żal z powodu nie zaspokojenia potrzeby natychmiast był bardzo głośny i ekspresyjny. Tuż przed zaczęciem i tuż po zakończeniu lekcji dzieci nigdy nic ode mnie nie chcą. Mogłabym nie istnieć.

Zdarzało się, że podczas lekcji Trzecia korzystała z toalety 🙂 i trzeba było ją ogarnąć (spokojnie! Wyłączam wtedy i kamerę i mikrofon, bo z powodów sprzętowych lekcje mogę prowadzić tylko na komórce).

Dość częste są dziecięce próby zwrócenia na siebie uwagi i  przybieganie do pokoju po to, aby pochwalić się elokwencją skupioną na tematach tylnej części ciała itp.

Był też taki czas, że Drugi przychodził powiedzieć „nie słuchajcie mojej mamy” ;). A jak miałam przyjemność mieć poważną rozmowę z jednym z uczniów, mocno kibicował mówiąc „nie dawaj się mojej mamie!”

Wielokrotnie wyłączałam kamerę, ponieważ na plecach miałam dwójkę lub trójkę dzieci (z jednym na plecach dobór radzę). Zdarzało mi się prowadzić rowerek na górkę i opowiadać o Konfliktach XX w. W środę uzupełniłam wiedzę wszystkim okolicznym sąsiadom. Powinni wiedzieć najważniejsze rzeczy o Władysławie Jagielle oraz bitwie pod Grunwaldem. Poznali również troszkę ciekawostek. Jak nie zapamiętali to zrobię im powtórkę we wtorek. Bo gdzie Trzecia – tam ja, ponieważ nie można jej samej zostawić.

A najlepsze jest to, że w klasie 4 jak tylko zaczynam lekcję, pojawia się pytanie „A pani dzieci dziś będą? My bardzo lubimy z panią lekcje – są takie wesołe”.

O moich szkolnych dzieciach

A to czytanie na dworze 😉 takie już wakacyjne więc buty brudne 😉

Wakacje oficjalnie się zaczęły. Moi pierwsi wychowankowie powoli zaczynają bronić prace licencjackie, niektórzy już mają za sobą kilka lat konkretnej pracy zarobkowej.

Gdy zaczynałam pracę w szkole mówiono mi, że tej pierwszej klasy nigdy się nie zapomina. Póki co oficjalne wychowawstwo miałam jedno. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby dać im maksimum mojego czasu i uwagi. Tylko czasem nawet to jest za mało.

Dziś gimnazjum skończył ostatni rocznik, który też zostawił w moim sercu ślad. Pamiętam jak dziś, gdy 2a była gotowa zrezygnować ze sprawdzianu widząc, że czuję się gorzej (troszkę się zawiedli gdy powiedziałam że sprawdzian to dla mnie odpoczynek). Nie zawiedli mojego zaufania, gdy jako pierwsi domyślili się, że na lekcje przychodzę wraz z ukrytą pod sercem Trzecią.

Pamiętam 7b, która dziś skończyła naukę w szkole podstawowej. Gdy wyszłam po pierwszej lekcji z nimi, byłam pewna, że nie dam rady do niech dotrzeć. A to była klasa, która lubiła siąść wokół mnie i słuchać opowieści o historii. Mówili że uczę ich „ściemniać” a ja uczyłam myśleć wynikowo.

W taki dzień jak dziś myślę sobie, że każda z tych relacji zostawia we mnie ślad, a w szkole dawałam z siebie wszystko, bo wiedziałam, że to jest praca z wartościowym i wrażliwym młodym człowiekiem. Ten człowiek niesie ze sobą bagaż doświadczeń nie zawsze fajnych, często nawet bardzo trudnych. Więc jeśli nie umiem mu pomóc wzrastać to chociaż nie powinnam przeszkadzać.

W takie dni myślę o nauczycielach których postawił i postawi świat na drodze moich rodzonych dzieci. Widzę zmęczenie całoroczną praca z maluchem, jestem wdzięczna za każdy sygnał gdy działo się coś złego i dziękuję za obecność w trudnych momentach w naszym życiu gdy dzieciakom było potrzeba więcej zrozumienia.

Na koniec myślę o tych, których zostawiłam za murami swojej szkoły. O tych którzy uczyli mnie tego, że mam wartość jako człowiek oraz tego jak wygląda DNA. I czasem zastanawiam się czy ja również zostałam w ich sercu.

Nie wiem czy będę jeszcze uczyć, czy będę miała szansę być wsparciem jeszcze dla kolejnych pokoleń dzieciaków które będę chciała nauczyć myśleć. Wiem jednak, że ci ludzie których spotkałam na swojej szkolnej drodze i drodze moich dzieci są dla mnie ważni.