O miłości, ketchupie i porwaniu

Błotko 😉 trzecia z tyłu byla lepiąco brązowa

Drugi – Mogę jeszcze ketchup?

Ja – Proszę bardzo

Drugi -No nie może się zepsuć przecież!

Pierwszy – Ciociu, a czemu nie widziałem dawno wujka J?

Ciocia – Bo nie zachował się w porządku i już nie jesteśmy razem.

Pierwszy – Pewnie nie chciał budować z Tobą LEGO. Rozumiem.

Jadę z Trzecią autobusem i próbuje ją czymś zająć, bo roiła mi się na kolanach i koniecznie chciała spacerować:

Ja – Gdzie autko?

Trzecia – Tam

Ja – Gdzie pani?

Trzecia – Tam

Ja – A gdzie mamusia?

Trzecia – Ne ma

Dobrze, że nikt porwania nie zgłosił ;).

O zimie, dziurze i mieszkańcach

Jestem tak nieogarnięta, że zimno mnie zaskoczyło. Na dwójkę dzieci wychodzącą o 6 rano (1 stopień Celsjusza) na wierzchu cieplejszą kurtkę miałam jedną. Jak na złość akurat nie tę, której potrzebuje dziecko bardziej marznące. Jednym słowem Pierwszy by się na mnie obraził. Cieplejsze kurtki są w szafie, zastawionej ze względu na remont. Stwierdziliśmy zgodnie z mężem, że 5:50 to nie czas na przemeblowanie 😉 i zajmę się nim później. Chłopcy zostali w domu, ale tym bardziej mam motywację do przygotowania się na jutrzejszy poranek.

Trzecia już zdążyła przynieść sobie krzesło i wspiąć się do pudełka z LEGO w którym Pierwszy schował przed nią swoje budowle. Oczywiście pudełka nie utrzymała i skarby wylądowały na podłodze w strzępach, ale sytuacja już opanowana. Ona wiedziała że będzie „dym” – zwiewała w trybie szybkim. Natomiast Drugi zdążył już trzy razy się na mnie obrazić i wsadzić bratu krzesło w oko. (Nosił przed sobą zbroję z krzesła plastikowego).

A w ogóle to miało być dzisiaj o oszukiwaniu. Więc wczoraj Pierwszy zauważył, że w końcu ma zaszytą dziurę w kurtce. Niby mała, ale przypominałam sobie o niej już jak był w przedszkolu i zapominałam dzielnie na dobę. Tam lekko wystawała wata.

Mamo! Szkoda, że już nie mam tej dziury. Mówiłem kolegom, że jak się tam położy ziarenko cukru to mi wyrasta wata cukrowa. I uwierzyli

opowiedział mi rozbawiony

Pierwszy zbudował wczoraj prom kosmiczny. Zajrzałam do środka i mówię z pełną powagą:

  • O! Widzę tu małego krasnoludka!

Chłopcy zaczęli zaglądać do środka.

Pierwszy – O widzę go! I widzę jeszcze jednego. Jeden ma czerwoną czapeczkę, a drugi zieloną.

Drugi – Ja też widzę! Haha to był mój palec! Nie ma tam krasnoludków.

Pierwszy – Są! Babcia A. mówiła, że widziała! Ona nie kłamie.

Ja – Wiesz synku, ale jak tak mówiła to byłeś niemiły.

Pierwszy – Wiem. To mogę ją teraz przeprosić?

Nocne żarty

Żeby zrozumieć genezę złotej myśli „Nigdy nie żartuj o 2 nad ranem, chyba że masz nastrój na imprezę” trzeba przeczytać o kilku ostatnich dniach.

Nadeszła jesień a z nią zdecydowany spadek mojej formy. Do tego dochodzą ataki kaszlu Pierwszego i inhalacje nawet czasem w środku nocy. Jest też bunt Drugiego który na wszystko ma jedno rozwiązanie – bitkę. No i gil po pas Trzeciej. Oprócz tego standardowe problemy dnia codziennego (remont, kurz i inne) oraz inne atrakcje (organizowanie sobie „patrzałek”).

Jeśli chodzi o relacje z dziećmi i ich funkcjonowanie wśród ludzi mamy duży dołek. Znów zaczynam truchleć jak widzę opiekunów moich dzieci. Rozmowy z młodym człowiekiem przynoszą efekty na krótko. Co chwilę słyszę też „mamo bo on mi…” lub poprostu „mamo” z ust Trzeciej. No lekko nie jest.

No i kiedy taka nieprzytomna usłyszałam o 2 w nocy poraz enty „mamo” wychodzące z ust Trzeciej, postanowiłam poradzić sobie z sytuacją sarkazmem i humorem.

Nie ma mamy.

Odpowiedziałam dowcipnie powoli zgrzebując się z wyrka

Oooo! Ty chyba nie wiesz co robisz.

Odezwał się mój małżonek

No i się zaczęło. Krzyk rozpaczy młodej spowodował mój wystrzał z łóżka jak z katapulty. Później dwie małe dłonie mocno trzymały się mojej piżamy. Głową wtulona w klatkę piersiową nasłuchiwała czy jestem. No i wyjście do toalety było możliwe tylko za jakiś czas.

Rozbudziła się dziecina z tych emocji i brak światła wcale nie przeszkadzał jej w zabawie. Jak stwierdziłam że „można tu z wami kota dostać” rezolutnie stwierdziła że „ne ma”. No nie ma kota to fakt.

Oprócz tego długo spytana gdzie jest mama odpowiadała również, że „ne ma”. Zresztą psa też „ne ma”. Nic „nie ma” ;).

Nie wiem kiedy zasnęła, bo jak już jest zgaszone światło staram się nie patrzeć na zegarek coby nie ulegać frustracji.

A dziś? Wszystko w normie. Młoda cztery razy była już na stole, trzy razy zepchnęła brata z moich kolan. Pierwszy przezywa brata i udaje, że nie rozumie w języku polskim. Drugi albo skacze po szafkach i szturcha brata w ramach rozrywki, albo chce go szturchać bo jest na niego zły. Czyli wszystko w normie niestety, ale ja już nie zażartuje w nocy, że mnie nie ma :).

O misiu i mikołaju

Gadająca zabawka 🙂 to jest to czego rodzice raczej nie lubią. Trzecia polubiła misia ale ich rozmowy wyglądają tak:

Miś (młoda klika jak szalona)- hihi witaj maluszku, misio Alfi… Cmok papa

Trzecia – tia tia 🙂

Miś – hihi witaj maluszku, misio Alfi śpiewa…cmok papa

Trzecia – tia tia!

Pierwszy – To teraz muszę napisać list do Mikołaja jakie chce LEGO.

Drugi – Ale po co? Przecież Mikołaj nie zna polskiego

Drugi – Mamo pomóż mi się rozebrać.

Ja – Synu, przecież umiesz. Jestem ciekawa czy w przedszkolu też ci ktoś pomaga.

Drugi – Pomaga mi i innym dzieciom pani.

Ja – Tak? Ale mniej czy więcej niż w misiaczkach (*najmłodsza grupa)

Drugi – Panie w pszczółkach pomagają nam więcej.

Ja – Nie kop brata!

Trzecia – tia ta

Ja – Nie kładź się na Drugim

Trzecia – tia ta

Trzecia wylewa zupę z miski lub wyrzuca wszystko co w niej było:

Trzecia – Ne ma

Ja – Gdzie jest pilot?

Trzecia (pokazując nieokreśloną dal) – Tam

O spacerach

Trzecia urosła i mocno się usamodzielniła, a nasza droga jest nadal zdezelowana. Doszłam do wniosku, że czas na trening chodzenia z trójką szkrabów bez wózka. Wózek służył mi jako dodatkowe ręce – chłopcy się trzymali i przez ulicę przechodziliśmy równocześnie.

Teraz musiałam opracować nową metodę, bo posiadam tylko dwie ręce. Trzeba było ustalić, które dziecko jest bardziej zbuntowane i nieprzewidywalne (Drugi) a któremu można zaufać, że zrobi to o co proszę – w imię przestrzegania zasad bezpieczeństwa (Pierwszy). O tym, że Trzecia ma swoją osobistą rękę mówić chyba nie muszę. Czasem jednak ma dziewczyna inna wizję niż ja i próbuje iść w inną stronę, więc ląduje w matczynych ramionach.

Żeby było ciekawiej to jeśli nie przechodzimy przez ulicę to najstarszy z najmłodszą trzymają mnie za rękę, średni idzie „samopas”. Na hasło „przechodzimy przez ulicę” Pierwszy przechodzi na moją drugą stronę i łapie za rękę siostrę i dopiero wtedy Drugi łaskawie łapie za rękę mnie (on siostry za rękę trzymać nie będzie i koniec kropka). Miło,że Pierwszy zgodził się na takie zamiany chociaż czasem mówi że to głupie i Drugi mógłby nie wymyślać i na te kilka minut wziąć za rękę Trzecią.

Ostatnio zanim się ustawiliśmy do przechodzenia to samochody już nas przepuszczały. Kierowcą, który zatrzymał się jako pierwszy był mój mąż, który przyglądał się chwilę jak się ogarniamy.

Oprócz tego dziś znów popełniłam ten sam błąd co zwykle. Skorzystałam z pięknej pogody i najpierw spacerowo przegoniłam Trzecią. Później po 15 wzięłam dzieciaki na rowery. Pchałam młodą w jej trzykołowcu a chłopcy szaleli. Na tyle ich wymęczyłam, że pod koniec woleli prowadzić rower. Myślicie, że poskutkowało to większym wyciszeniem w domu? Bynajmniej. Zasypianie w normie, hałas ze względu na zmęczenie był na wyższych rejestrach. Powody były dowolne. Drugi stał pod domem i krzyczał że jest głodny i nie będzie szedł jeść. Pierwszy rozpaczał, że nie wie jak budować LEGO. Ale zregenerowali się na tyle, żeby jeszcze posiedzieć troszkę. Młoda desperowała m.in o to, że nie pozwalam jej się bawić nożem i wylewać na siebie wody. Zresztą obraziła się też o to, że nie pozwoliłam jej kopać brata.

Jedyny efekt spacerów to mój ból stóp 😉 ale też przejdzie ;).

No i na koniec opowieść przedszkolna. Odebrałam wczoraj młodzież z przedszkola i Pierwszy zaczął monolog:

  • Mamo, muszę na jutro przynieść dary jesieni. Liści nazbieram. Plastik to nie jest dar jesieni to nie, ale ta gałązka to może być. W ogóle to wiesz co mi pani powiedziała? Że mam przestać bawić się LEGO tylko pójść na spacer do parku z rodzicami. No ja nie wiem ta pani to dziwna no nie?

Wywnioskowałam, że musiał, jak to on ma we zwyczaju rozgadać się na jeden z nielicznych tematów o jakim mówi ;), i pani w końcu mu zasugerowała, że można robić co innego. Dziś jednak na stronie przedszkola pojawiła się informacja o prośbie pani. Mieli z rodzicami podczas spaceru poszukać darów jesieni. Więc pytam dziecko dziś:

Ja – Synku, a nie było wczoraj tak, że pani powiedziała dzieciom, że mają z rodzicami pójść na spacer i poszukać darów jesieni? I czy przypadkiem na to nie powiedziałeś, że nigdzie nie pójdziesz bo wolisz się bawić LEGO?

Pierwszy – Dokładnie tak pani powiedziałem. Bo co mi pani będzie mówiła co mam robić?

🙂 No nie wiem jak mu wytłumaczyć, że nie zawsze musi powiedzieć co myśli. Ale czasem już zdarza mu się nie skomentować :).

O cyklopie i sukience

Dziś troszkę humoru 😉 można podciągnąć pod dialogi 😉 aczkolwiek chyba nie wszystko.

Od soboty jest u nas tablica. Pierwszy wyładowywał się artystycznie – na zdjęciu potwór (uświadomiłam go, że taki z jednym okiem to cyklop): – A to ok, a są cyklopy z ogonem?

Rysował głównie mnie (nie zdążyłam zrobić zdjęcia – Drugi szybciej użył gąbki). Przyszedł, obejrzał mnie i stwierdził: – To ja Ci narysuję drugą* twoją ulubioną fryzurę. I tu na tym obrazku na nasz krzyczysz. Wpisz w chmurkę „chłopaki wykrzyknik”.

*Włosy mam zawsze spięte w koński kucyk, czasem po wstaniu mam artystyczny nieład

A dziś dałam popis geniuszu matczynego. Ubrałam na szybko Trzecią. Rajstopki, podkoszulka zielona i sukienka z długim rękawem. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zielona podkoszulka wyskakiwała z rajstop i robiła za jeszcze dłuższą sukienkę. Dziwne to było, bo byłam pewna, że jednak ta koszulka wyglądała na krótszą latem.

Rozwiesiłam pranie i okazało się, że zielona podkoszulka założona według mnie na Trzecią wisi, ale na suszarce.

W podwójnym zakręceniu (chowając do półki i podczas ubierania) dałam Młodej koszulkę Pierwszego. Nawet nie miałam dziś czasu spojrzeć czy to ta koszulka, bo Trzecia zwiewała przed ubieraniem. Ona nosi rozmiar 86, a Pierwszy 116 ;). Trzeba wykorzystać patent – brać tylko koszulki chłopców na wypadek awarii to i ich przebiorę i najmłodsza będzie miała gustowną sukienkę.

Pierwszy – Mamo, pani prosiła żebym jutro przyniósł do przedszkola opakowanie na jajka.

Ja – Chodzi ci pewnie o wytłaczankę. Akurat dziś wyniosłam do kuchni letniej do babci, ale jak pójdziesz do niej to ci da.

Pierwszy – Nie ma mowy. Powiedziałem już pani, że nie przyniosę. Co ta pani sobie myśli? Babci są potrzebne i nie będę brał.

Ja – Synu… Tak się nie mówi do pani to raz, a dwa to babcia zbiera wytłaczanki żebyśmy nie wyrzucali i nosi panu, który ma kury. Jeśli pan nie dostanie jednej wytłaczanki, bo zaniesiesz do przedszkola to nic złego się nie stanie.

Pierwszy – A to ok.

Wyprawa pod Łomżę cz.2

No i zapomniałam w tamtej części opowiedzieć o jednym z przystanków. Zatrzymaliśmy się na stacji Orlen. Dzieci koniecznie musiały poprosić o hot-doga. Myśmy wzięli kawę. Otrzymaliśmy trzy zdrapki. Pierwszy drapał z dużym zaangażowaniem i nagle mówi „Mamo wygrałem batona” :). Miał chłopak rację ;). Następnie rezolutnie stwierdził „Lepsze byłoby piwo, to dałbym tacie”. Rozbawił tym obsługę: „To dopiero dobry syn”. A matka szukała dołu coby tam głowę schować ;).

Młody batona przekazał rzeczywiście tacie. Dzieciaki na stacji kłębiły się ostro i obsługa naprawdę miała ostry ubaw. A teraz po tym uzupełnieniu wracam już do opowieści właściwej.

Po ślubie i życzeniach sprawnie wsadziliśmy dzieci do samochodu. Oczywiście Trzecia wpadła w czarną rozpacz – ileż razy można dawać się uziemić w foteliku? Na ten hałas zareagował oczywiście Pierwszy, krzycząc, że jest za głośno i boli go głową. Chwilę później to samo krzyczał Drugi. Nas wszystkich też bolały głowy, a ratunek był w pokoju numer 1!

Kiedyś między kościołem a parafiami był szybki dojazd. Teraz zrobiono trasę szybkiego ruchu i przejazd między wsiami jest długi oraz kręty, prowadzący serwisówkami. Młoda się dała ululać i … zasnęła jak wjeżdżaliśmy w bramę docelową. Gdy tylko silnik zgasł ,otworzyła oczy gotowa do dalszej imprezy.

Poszliśmy witać państwa młodych. Szampana nie piłam, trzymałam chłopców za ręce a ci co chwilę, bynajmniej nie szeptem, pytali mnie kiedy pójdziemy do pokoju. Trzecia poszła na drugą stronę sali towarzyszyć części rodziny która szampana piła. Widziałam ją z daleka i miałam problem w powadze śpiewać „Sto lat” Młoda hopsała całą sobą w rytm piosenki. Zabawa się zaczęła.

Wzięłam chłopców na górę, napoilam syropkiem ratującym przed bólem i wręczyłam im słuchawki wygłuszające. Najbardziej wrażliwy na dźwięki Pierwszy stwierdził, że wygląda w nich głupio i mu niepotrzebne. I nie użył ich ani razu :).

Młoda w praktyce hopsała i tańczyła prawie cały czas. Oprócz tego zrobiła kilometry między stolikami. Gadała z lustrem i ogólnie była przesłodka i nawet mnie zaskoczyła ilością energii jaką z siebie wykrzesała. Padła dopiero o 22.

Chłopcy po zjedzeniu rosołu i tuż po pierwszym tańcu postanowili ewakuować się do pokoju. Bawili się tam zgodnie a my kontrolowaliśmy czy wszystko ok. Zresztą w terenie orientowali się lepiej niż my i szybko nas znajdowali. Jedną osobę zawsze można było znaleźć w okolicy Trzeciej, a reszta przebywała na świeżym powietrzu analizując między innymi to czy pochodzimy od Kurpiów czy bynajmniej.

O 22 wzięłam moje najmłodsze dziecko pod pachę, zaniosłam do pokoju, ubrałam w piżamkę i uśpiłam przy pomocy mleka które mam zawsze przy sobie. Następnie wysłałam pierworodnego syna po dorosłego który mnie zastąpi, żebym miała szansę troszkę odpocząć.

Przyszedł mój mąż, a ja zabrałam chłopców żeby troszkę wyszli z pokoju i porozmawiali z ciotkami. W ten sposób niektórzy zobaczyli jak mam wysportowane dzieci, bo bez popisowej gwiazdy (w eleganckich niewygodnych ciuchach) się nie obyło. Niektórzy usłyszeli wykład z fizyki o tym dlaczego niektóre rzeczy nie spadają. Część dzielnie przytakiwała słuchając wykładu o łaziku arkrtycznym. Pierwszy pokochał nowo poznaną ciocię, bo ta dzielnie towarzyszyła mu w tych wszystkich opowieściach.

Drugi dla odmiany zaczął zasypiać, ale ja wiedziałam że te 16kg jest w stanie samodzielnie przemieścić się do pokoju. No ale znalazła się litościwa ciocią, a ja widziałam tylko satysfakcję na jego twarzy.

Pierwszy trzymał się dzielnie do północy, aż zdecydował się na prysznic (z myciem głowy) i zasnął. W tym czasie powróciłam do pokoju dokładnie w momencie, gdy Trzecia się obudziła i pytała o mamę. Przytulona zasnęła skutecznie na dłużej.

Z rana obudził mnie Drugi i stwierdził, że powinnam już wstawać, bo przecież mówiłam, że w hotelu będziemy tylko jedną noc, a mamy przecież ranek.

Na korytarzu stały szwedzkie stoły z jedzeniem. Drugi był głodny, a Pierwszy rozpaczał, że nie możemy jeść dopóki nie będzie wszystkich, bo to niekulturalne. Troszkę zajęło mi czasu wytłumaczenie mu, że forma podania posiłku jest taka ze względu na to, żeby każdy zjadł wtedy gdy będzie głodny.

Trzecia wpadała w czarną rozpacz w pokoju, bo koniecznie chciała korzystać z tego, że hotel ma schody i wiele zakamarków. No i jak poszła tak zabrała mnie na dwór i poprowadziła za budynek, a tam stała trampolina i huśtawka. Jak to mawiają – lepiej późno niż wcale. Poszłyśmy powiedzieć chłopcom, że jakby nie było w naszym życiu Trzeciej to nie miałby kto odkryć atrakcji. Przytulili ją mocno i serdecznie.

Czas do poprawin minął szybko na trampolinie i zaczęliśmy jeść. Około 15 trzeba było wracać. Oczywiście wcale nie takie proste było przywiązać dzieci do fotelików. Młoda padła, „aż na godzinę” a potem ostro protestowała. Śpiewałam, puszczałam muzykę, dawałam jej chrupki – to wszystko miało sens, ale jak tylko przypominała sobie, że jest zapięta włączała sygnały dźwiękowe i mogliśmy jechać jako pojazd uprzywilejowany.

Szczerze to po drodze powrotnej czuliśmy się wszyscy jakby nas ktoś przeprał w pralce. Ale dojechaliśmy.

Już w Lublinie Pierwszy odkrył, że brak my jedynki i zaczął się zastanawiać jak sobie poradzi wróżka zębuszka bez dowodu. Drugi stwierdził, że wróżka to mu dwa zęby wyrwała i nie dała pieniędzy. Stwierdziliśmy rodzinnie, że najgorszymi wróżkami zębuszkami są jednak dentyści. Nie dość że zabierają zęby to jeszcze zamiast dać kasę to ja od nas biorą.

Po dojechaniu Młoda padła w praktyce od razu jak tylko ją przytuliłam i spała do rana z krótkimi przerwami na jedzenie i przytulenie.

Ja dzielnie ogarnęłam to co ważne, bo miałam zamiar wysłać dzieci do przedszkola. Jednak gdy miałam wstać ich ubrać, bo mąż wychodził do pracy, stwierdziłam, że spokojnie mogą zostać w domu i dalej padłam.

Pierwszy spal od 21 w niedzielę do 10 w poniedziałek. Drugi spał od 22 w niedzielę do 11 w poniedziałek (z pobudką na 2h między 7 a 9). Trzecia też jak nigdy ładnie spała.

Było ciężko, chociaż opieka nad dziećmi rozłożyła się aż na 4 osoby, plus często dalszą rodzinę. Dzięki temu każde z nas też miało szansę skorzystać z wesela i spotkania w gronie rodzinnym. A dzieci? Pierwszy tęskni za ciocią od klocków ;). Drugi przeżywa to, że spał w hotelu. Trzecia bez zmian – tańczy jak tylko usłyszy jakiś rytm i wszędzie jej pełno.

Wyprawa pod Łomżę cz. 1

Nasz „opelek” zafira

Zdecydowaliśmy się pojechać ponad 300 km w Polskę, żeby spotkać się z moją rodziną od strony taty. Pretekstem i czymś co nas zmotywowało było zaproszenie na wesele mojego kuzyna. Dzieciaki z opowieści znają tamtą rodzinę i nawet z prababcią kiedyś się widzieli. Zdarza im się również rozmawiać przez telefon oraz wysyłać laurki na różne okazje.

Obaw miałam bardzo dużo. Po pierwsze to, że Trzecia od urodzenia nie lubi jeździć samochodem. Troszkę potrafi się uspokoić podczas słuchania muzyki (nie każda pomaga) bo wtedy w foteliku próbuje tańczyć. Swoją drogą muszę to nagrać, bo rusza tylko głową na boki :). Druga obawa to moi znudzeni synowie, którzy w takich momentach uwielbiają się zaczepiać słownie i fizycznie.

Kolejny problem to minimalizacja ilości rzeczy do spakowania. Dzieciaki miały wyglądać elegancko 🙂 ale i móc się w coś przebrać w razie ostrego wypadku brudowego (a był taki!). Tylko, że od kiedy nasz opel Zafira jest używany jako samochód rodziny wielodzietnej to chłopcy jeżdżą w bagażniku. Spokojnie! Tam producent zaplanował fotele. To mocno zmniejsza nam pojemnosc bagażnika. Wobec tej sytuacji nawet spakowanie nas w jedną torbę nie załatwiłoby sprawy bo byłaby za szeroka. Otrzymałam od męża wojskowe worki na ciuchy, więc nasze bagaże wyglądały nietypowo.

Dodatkowo nigdy nie wiem jak Pierwszy zareaguje na zmiany. Ma bardzo bogate słownictwo – nie tylko te kulturalne ;). Jeśli wiecie co mam na myśli.

Po tym wstępie zaczynam część pierwsza opowieści do momentu wesela.

Listę co muszę ze sobą wziąć zaczęłam robić w czwartek. Ponieważ jechaliśmy z moimi rodzicami, po konsultacji postanowiłam część rzeczy przekazać do ichniego bagażu. No i na mamę scedowałam też prowiant :). Musiałam każdemu dziecku przygotować zamienne ciuchy na wesele, coś na poprawiny, dwie piżamki na zmianę ;). Dobrze że pomyślałam o zabawkach to Pierwszy wziął ze sobą łazik arktyczny i ludziki oraz karty ninjago, a Drugi wziął ciężarówkę Mariana. Oprócz tego – garnitur męża oraz ciuchy dla siebie, dodatki do włosów i biżuteria dla mnie i Trzeciej, plus buty na imprezę dla nas. Było tego tyle, że na rano zostawiłam sobie kartkę na której, oprócz wymienionych tobołów do zabrania, były takie informacje jak: zamknij okna i drzwi :).

Trzecią ubrałam w sukienkę, żeby pokazała się godnie prababci. Chłopcom założyłam koszule w kratkę żeby byli ładni. Wychodziliśmy o godzinie 6 rano a termometr wskazywał 8 stopni. Drugi spojrzał na koszulę i na kurtkę i powiedział, że kurtka psuje efekt elegancki i wcale mu nie jest zimno i idzie w koszuli z krótkim rękawem i w czapce :).

Ruszyliśmy i zgarnęliśmy po drodze moich rodziców. Oczywiście pierwszy konflikt był już za nami – Drugi dał radę kopnąć brata (swoją drogą jest między nimi taka odległość, że musi mieć niezłą gibkość kolan) a Pierwszy zdążył mu powiedzieć kilka brzydkich słów. Trzecia natomiast już miała pierwszy kryzys.

Ruszyliśmy i po kilku minutach mój tata zaczął się zastanawiać czy ma ze sobą krawat. Byliśmy jeszcze w Lublinie, więc zdecydowaliśmy, że jednak lepiej żeby wrócił do domu po niego. Gdybyśmy byli poza, obawiam się że raczej przekonalibyśmy go, że jest piękniejszy bez tego sznura na szyi.

Jazda naprawdę była niezła, młoda słuchała jak śpiewam. Alarmy były, ale nie histeryczny. Jechało się bardzo przyjemnie. Chociaż była chwila, gdy Drugi poprosił o natychmiastową przerwę, bo źle się poczuł. Więc obejrzeliśmy piękną architekturę Zembrowa.

Dojechaliśmy do domu rodzinnego mojego taty. Tam wypiliśmy kawę, spróbowaliśmy kiełbaski domowej roboty. Trzecia sprawdziła co prababcia ma w szafkach oraz odkręciła gałki w drzwiach. Po chwili zlokalizowała miejsce w którym jest podręczna apteczka. Bardzo chciała spróbować kiełbaski ale za długo czekała i zmieniła zdanie. Zaczęła rzucać kiełbaską a prababcia ją podnosiła. Gdy babcia przerywała zabawę, bo chciała porozmawiać z synem, dziecko głośno domagało się powrotu do zabawy. Oprócz tego młoda zlokalizowała pomidory, które potraktowała jak piłki.

Drugi koniecznie chciał zwiedzić dom (był tam ostatnio jako niespełna roczniak i stawiał jedne z pierwszych kroków). Pierwszy zatroskany o zdrowie kochanej prababci oraz jako specjalista od budowy i remontów wygłosił swoje mądrości. Po pierwsze przeżywał, że babcia musi chodzić po schodach i postanowił zrobić jej remont i zainstalować windę. Jednak mówił o tym w wersji skróconej czyli, że babcia ma ciężkie warunki i potrzebny jest remont, co brzmiało wieloznacznie. Dopiero dopytany mówił, że chodzi o brak windy i to, że babcia chodzi o kuli.

Ruszyliśmy żeby zainstalować się w hotelu. Dzieci zwiedziły wszystkie schody i znalazły nawet piłkarzyki. Główny kierowca się położył, ja prasowałam to co pogięłam w workach a moi rodzice pilnowali, żeby Trzecia nie zabiła się chodząc gdzie ją nogi zaniosą.

Pierwszy tuż przed przebraniem poszedł pod prysznic i tuż przed wyjściem umył głowę (upału nie było). To był ten moment kiedy cieszyłam się, że niechcący obcięłam go krócej niż chciałam. Trzecia jak zobaczyła, że ja się przebrałam i wszyscy są już w innych ubraniach, jak nigdy sama chciała założyć sukienkę. Nawet chciała opaskę i spineczki, tylko szybko jej przeszło i potem jak tylko czuła coś na głowie szybko ściągała i rzucała w dal.

Pojechaliśmy na ślub – oczywiście mój najstarszy syn uważał że wyjazd na ślub jest „bez sensu” ;), ale został spacyfikowany 🙂 przez groźną matkę, że musimy być jako świadkowie, bo inaczej nie wypada pójść na wesele.

Byliśmy w kościele! Ale jakoś tak wyszło, że dzieci wyszły z nami na dwór. Trzecia robiła wyprawy na schody i wokół kościoła. Drugi chciał spod kościoła zabrać kamienie, tylko w kieszeni mu się nie zmieściły. Pierwszy zdążył przed wyjściem zabrać jojo i ćwiczył stojąc na murku (jest wtedy wyższy i ma więcej szans na „jojowanie”)

Potem były życzenia, tylko gości dużo i zaczęło się już trudniej. Drugi o coś się obraził i już dziś nie pamiętam o co. Stał i krzyczał co o mnie myśli. Tylko że drugi ślub się zaczął a on stał przy drzwiach. Pierwszy zaczynał się niecierpliwić a tata nie pozwalał mu machać jojem w stronę ludzi (też czuł się nie zrozumiany). Trzecia nadal chodziła wszędzie tam gdzie jej wzrok sięgał.

W momencie gdy lokalizowałam każde z dzieci i próbowałam gasić tlące się emocjonalne ogniska, straciłam z oczu na chwilę Trzecią. Po zobaczeniu jej, ujrzałam również mocno rozbawione kuzynki, mówiące że widać po mnie kiedy tracę z oczu moje dzieci.

Młodzi od każdego z moich dzieci dostali czekoladę (jakoś nie widzę tego żeby dzieci wręczały wino) tylko Trzecia do jednej z nich zaczeła się przyssawać przez papierek.

Cdn.

Ognisko i prezenty z serca

Ostatni wieczór sierpnia spędziliśmy w gronie bliskich. Z dalekiego kraju 🙂 przyjechała moja siostra, która tak jak Pierwszy i moja mama ma urodziny we wrześniu. Tym samym zrobiliśmy sobie spotkanie z tortami i świeczkami.

Dzieci dostały prezenty. Trzecia klocki Duplo. Składa a jakże, ale najbardziej lubi je w nieładzie na środku pokoju. Drugi otrzymał ciężarówkę Maniek przewożącą bohatera filmu Auta. Najważniejsze w tych samochodach jest to, że można nimi eździć bez obaw, że połamią się delikatne kółka. Młody piszczał z radości :). Natomiast Pierwszy miał przyspieszone 6 urodziny z połową rodziny, więc dostał multum klocków LEGO. Kolekcje powiększył o pojazd z Arktyki (o tej serii mówi już ponad rok), ninjago (mały zestaw plus potężnych z pojazdem i wyrzutnią) oraz ludzika z Minecraft. Dziecko mi wsiąkło na długie chwile. Dopiero dziś po przedszkolu wyszedł na chwilę z dziecięcego pokoju pokopać z nami w piłkę. Jeszcze za 2 tygodnie impreza z drugą częścią rodziny. Ten to ma fajnie ;).

Ale najważniejsze było rodzinne ognisko. Ja wyluzowałam i pozwoliłam dzieciom po kąpieli i w piżamkach szaleć na dworze do późnych godzin (zresztą bez ogniska tak samo późno zasypiali). Spędziliśmy czas przy ogniu, który najlepiej wygląda w nocy. Hipnotyzuje i daje mi osobiście troszkę spokoju. Nawet udało mi się chwilę przy nim pogrzać nogi i najzwyczajniej w świecie popatrzeć i nie myśleć o niczym. Krótkie to było, ale zawsze.

Hitem jedzeniowym poza kończącymi spotkanie kiełbaskami z ogniska, był tzw. szysz kebab z grilla. Jedynie mój mąż się ucieszył, że mój tata go zrobi, ale jak przyszło do jedzenia okazało się, że jest go za mało, bo młodzież młodsza i starsza pochłonęła go momentalnie.

Ciocia dostała od nas personalizowany drewniany breloczek na którym napisaliśmy czyją jest ciocią. O zamawianiu go i przygodach będzie w innej notce.

No i oprócz tego chłopcy zostawili na kartkach papieru swoje serce. Jeśli chodzi o zaangażowanie ambitnego Pierwszego zobaczyłam, że jednak ten słup czasem słucha. Ale do rzeczy:

Sam pomyślał o tym, żeby zrobić laurkę. Oczywiście najlepszym momentem była według niego 22. Pytał mnie czy ciocia się wzruszy, że robił to w środku nocy. Potem postanowił narysować serduszka 🙂 i jak mu nie wyszło, uśmiechnął się i stwierdził „to jednak będą to kwiatki, a serduszka w środku”. Zero rozpaczania i rzucania się na ziemię. Tak najzwyczajniej w świecie poradził sobie z małym niepowodzeniem.

Potem narysował tęczę – motywował to tym, że może użyć dużo kolorów, wszak nie wie jaki jest jej ulubiony kolor. Naprawdę tu nie było ideologii żadnej :).

Na koniec poprosił o wzór, żeby mógł napisać na laurce co mu w duszy gra:

„Kochana ciociu i wujku, bardzo was kocham i dziękuję za wszystkie prezenty. Pierwszy (First)”

Początkowo próbowałam mu tłumaczyć, że to dużo literek. Możliwe, że mu się odechce a nawet nie zmieści. No młody wie lepiej! To matka pisze co każą. Siadł i skończył na „koch” i mówi „Mamo, jednak za dużo tego, co mogę zrobić?”

Uśmiechnęłam się 😉 i mówię że wystarczy że dopisze literkę A i M. Wtedy wyjdzie mu „kocham” i się podpisze. Siedzi i myśli. Nagle mówi – to podpiszę się First, bo to jednak krócej niż Pierwszy.

Kolejny dzień to nawet Drugi się zdecydował na robienie prezentu. Rok temu nie miał na tyle cierpliwości żeby całą kartkę zamalować, a tu proszę! Zrobione :).

Pierwszy tym razem robił laurkę dla babci. Zadzwonił i spytał co babcia lubi i się dowiedział…że swoje wnuki. Posmutniało dziecko, bo ludzi nie umie rysować, więc dołączyłam do rozmowy sugerując, że babcia uwielbia też drzewa, chmurki i słoneczka. Babcia dodała dużo więcej rzeczy, a na pytanie o kolor już odpowiedziała, że każdy. To też narysował tęczę plus kolorową chmurę.

Tylko dziecko jest ambitne i jednak postanowiło narysować babcię. W planie miał też wnuki, ale miał dość. Oczywiście włączył mu się perfekcjonizm i już planował wyciąć babcię z rysunku. Twierdził, że narysowana wersja ma za duży brzuch. Po mojej dłuższej wypowiedzi na temat ćwiczenia rysowania zdecydował się zostawić. Po chwili podsumował: „to umówmy się że to nie duży brzuch tylko taka sukienka” :).

A jeśli chodzi o jego wypracowaną rękę do rysunków – naprawdę widać co narysował i szkoda by było gdyby przestał się rozwijać tylko dlatego, że chciałby już być Leonardem da Vinci.

Wracając do laurki dla babci. Narysował również fontannę w kształcie obelisku, z której wytryskuje woda. Musiałam mieć głupią minę, bo mi się kojarzyło, a on pytał co mnie tak zdziwiło. Rzeczywiście fontanna wygląda dwuznacznie.

Potem obydwaj zrolowali swoje laurki i skleili je plastrem, żeby się nie rozpadły. A ja wiem, że taki prezent, który jest pełen miłości, serca i czasu jest naprawdę bezcenny.

Moja babcia wszystkie nasze laurki trzymała i naprawdę przeglądanie ich po latach było bardzo fajnym przeżyciem. Uczmy dzieci tego, że w prezentach wcale nienajważniejsza jest wartość pieniężna.

O klockach, kocie i mięsie

Dialogi tak na dobry początek weekendu ;). Tak – lubię weekend bo mąż wtedy jest w domu. To znaczy pod domem i dziadkowie krążą i mogę otworzyć drzwi i wypuścić starszaki ;). Na górze zdjęcie w miarę posprzątanego dziecięcego pokoju 😉 tylko Trzecia tu była więc sprzątanie przed odkurzaniem zajmie chwilkę.

Pierwszy – Mamo, mięso z kurczaka jemy tak?

Ja – No… jemy

Pierwszy – To mięso z psa nazywa się pewnie „piesowina”

Drugi – A ze świni to pewnie „świnina”

Pierwszy – A z krowy krowina?

Drugi – Mamo! Widzisz tego kota? To kot pański!

Ja – Jaki kot?

Drugi – No pański, bo ma obrożę.

Ja – A taki bez obroży to jak się nazywa?

Drugi – Nie – pański!


Pierwszy długo prosił ciocię o pomoc w budowaniu statku LEGO. Nagle słyszę z pokoju krzyk z pretensjami.

Pierwszy – Ciociu! Przeszkadzasz mi! Nie rozumiesz?

Po jakimś czasie znów słyszę młodego.

Pierwszy – Ciociu podaj mi klocka. Już nie przeszkadzasz, tylko wtedy przeszkadzałaś.