Plan był prosty – każde dziecko miało pójść do lekarza oddzielnie. Tylko jakoś tak wyszło, że byli chorzy i bilans 6-latka i 4-latka i szczepienie Trzeciej przesuwały się niebezpiecznie w czasie. Jak się okazało, na horyzoncie mogły pojawić się w najbliższym czasie duże domowe zmiany (o nich w wiadomościach prywatnych a oficjalnie dopiero jak wejdą w życie). Dzieci aktualnie (co naprawdę szokujące) bez kataru i kaszlu a znalezienie czasu na pójście do lekarza będzie dużo trudniejsze niż teraz.

Postanowiłam iść na żywioł – poprosiłam tatę o ustawienie się w dlugaśnej kolejce w przychodni i zorganizowanie 3 numerków na dzieci zdrowe na następny dzień. Udało się! Następnie poprosiłam mojego brata o towarzyszenie nam w przychodni. Miał mieć pod swoją opieką dwójkę dzieci których chwilowo nikt nie badał.

Teraz uruchomić trzeba wyobraźnię. Poranek zaczął się nie wybitnie wcześnie ale był jeszcze czas na bajkę. Drugi poprosił o płatki. Matka z obłędem w oku zrobiła i dodatkowo uczyniła sobie kawę. Na koniec postanowiła wstawić słoik do lodówki. Słoik się wymksnął z nieprzytomnych dłoni. Dziecko stwierdziło, że ono jednak nie chce płatków. Potem wstała pozostała dwójka.

Jedno jeść nie będzie bo nie głodne. Młoda biega po pokoju i kręci się w kółko. Drugi kładzie nogi na stole. Pierwszy zaczyna biegać po domu i mówi, że on dziś zębów nie umyje i co mu matko zrobisz?

Matka grzecznie pyta co zjedzą na śniadanie. Zgadzają się na kanapki z dżemem. Matka nie może otworzyć dżemu – proponuje zmianę. Drugi wpada w czarną rozpacz. Matce udaje się otworzyć słoik. Podaje – Drugi je dwie kanapki, Pierwszy liże i stwierdza że za słodko, Trzecia wsadza twarz w kanapkę i ocenia językiem smak.

Trzecia spędza chwilę w wannie. Mama przekazuje najstarszemu prośbę o zmianę image na taki dzienny. Pierwszy słyszy kolejną prośbę żeby nie tarzał się po ubraniu siostry. Trzecia ucieka, Pierwszy w samych majtkach biega po domu i robi lasso z koszulki. Drugi je kanapkę. Pierwszy zakłada spodnie i dalej biega zachowując się jak cowboy. Trzecia po założeniu połowy ubrań ponownie ucieka.

Pierwszy myje zęby i przychodzi „huhać” na matkę, bo użył mocno miętowej pasty. Trzecia kolejny raz prosi o dołożenie na szczoteczkę pasty do zębów. Drugi nadal je kanapki z dżemem. Matka w końcu ubrała córkę w całości.

Pierwszy z Trzecią pakują zabawki do plecaka. Drugi idzie „oddżemić” buzię i umyć zęby. Później skacze po łóżku w samych majtkach. Następnie piszczy z radości i zakłada resztę ciuchów, bo matka zaczyna powoli tracić kontrolę nad czasem.

Dzieci idą zakładać ubrania wierzchnie. Trzecia ubiera się grzecznie, wszak lubi być na dworze. Pierwszy wraca w ubłoconych butach do pokoju, bo zapomniał kostki do gry. Drugi chce iść w tenisówkach lub w kaloszach. Leży na ziemi i próbuje postawić na swoim. W końcu matce udaje się go przekonać do założenia butów adekwatnych do pogody.

W autobusie Trzecia chce i siedzieć koło braci i chodzić po autobusie. Chłopcy czule się kopią i kłócą, który jest mądrzejszy. Po wyjściu biegną obejrzeć wystawę sklepową z zabawkami i wchodzą do sklepu. Miło uśmiechają się do pani i nic nie niszczą.

Trafiają w końcu do przychodni. Chłopcy wyciągają grę i zgodnie w nią grają. Trzecia chce koniecznie zwiedzić wszystkie pomieszczenia. Przychodzi wujek. Dzieci kłócą się które wejdzie pierwsze bo żadne nie chce. Do gabinetu wchodzi jednak Drugi, reszta zostaje z opiekunem.

Dzień dobry nazywam się Drugi Nieuczesany

powiedział rezolutnie

A teraz powiesz mi co widzisz

mówi pani pielęgniarka i pokazuje kolejno „kaczkę, koło i domek”

Kaczka! Kółko! Obora!

dzielnie rozpoznaje Drugi

Tyle lat pracuję i pierwszy raz dziecko powiedziało coś innego niż „dom”

a ja pomyślałam, że niewiele w życiu słyszała 😉

Teraz zamiana dzieci wchodzi rezolutny sześciolatek:

Dzień dobry! Nazywam się Pierwszy Nieuczesany

przywitał się

No pierwszy raz tak się zdarzyło że dzieci wchodzą i się przedstawiają imieniem i nazwiskiem.

pani doktor była wyraźnie zachwycona

Chyba wszystkie trzy byłyśmy ciekawe co powie Pierwszy na domek, który jest na tablicy i młody zaczyna:

Kaczka! Koło! Stodoła!

rozpoznał mój syn, a ja zaczęłam się śmiać.

Mamo przecież dobrze mówię. To jest stodoła!

obruszył się

Synku, śmieję się, bo wszystkie dzieci mówią, że to dom i Drugi mówi że to obora i byłyśmy ciekawe co ty powiesz.

uspokoiłam dziecko.

No widać, że dzieci mają duży zasób słownictwa

podsumowała pani doktor.

Potem weszła Trzecia, która już tęskniła za mamą. Jak nie moje dziecko siadła i zaczęła się ładnie uśmiechać. Poszła się zważyć, dała zmierzyć, pokazała gardło i dała się osłuchać. Jednak nie może być zbyt pięknie – musiał zacząć się płacz! Badanie się skończyło. Ale że tak szybko? Ona chce chce chce! 🙂

Potem wszystko w normie – Drugi obraził się z 5 razy i planował pobić wszystkich wokół ale czasem się hamował. Trzecia planowała iść w inną stronę niż ja. Pierwszy chwalił się, że wszystko robi lepiej niż młodszy dwa lata brat.

Dziś są w przedszkolu! 🙂

O łączeniu się komórek

Pierwszy – Mamusiu, a czy twoja i taty komórka były kiedyś połączone?

Ja (głęboka analiza możliwości technicznych naszych telefonów) – No ale w jakim sensie? Jak dzwonimy i kiedyś przez bluetooth.

Pierwszy – Mamo ty nic nie rozumiesz. Czy wasze komórki były kiedyś połączone?

Ja (mózg włączył parowanie) – No mówię że zdjęcia kiedyś przesyłaliśmy.

Pierwszy -Mamo!!! Ale te komórki co dzieci z nich powstają.

Ja (weszłam już na tor rozumowania syna) – Oczywiście, przecież mamy was.

Pierwszy – Czyli połączyliście się z tatą? Bo mogłaś połączyć się z innym panem przecież też.

Ja (pełna powaga) – Akurat łączyłam się tylko z tatusiem.

Pierwszy – Aha

I cieszyłam się, że temat znów się urwał samoistnie :). Tłumaczę tylko tyle ile muszę, póki nie pyta bardziej szczegółowo. Aktualnie wie gdzie rośnie dziecko, że nie wychodzi przez pupę mamy (o to się ze mną długo kłócił) oraz że powstanie tylko z połączenia komórki męskiej i żeńskiej :). Jeszcze nie pyta jak to zrobić żeby się spotkały ;).

Chociaż kiedyś spytał czy dwóch panów może sie w sobie zakochać :). Ustaliliśmy, że tak tylko nadal dzieci powstają z komórek żeńskich i męskich więc nie będą mieli dziecka :).

Dialogi codzienne

Przychodzi do mnie Drugi i pyta gdzie jest wiewiórka z klocków. Poinformowałam, że ostatnio zjadała ją Trzecia. Poszedł do drugiego pokoju i słyszę rozmowę:

Drugi – Mówi, że ostatnio wiewiórkę miała Trzecia.

Pierwszy – Ale ona miała wcześniej. Idź zrób przesłuchanie!

Ja – Synku, ale 3 powinno być w drugą stronę.

Pierwszy – No kurczę znów!

Ja – A czemu drugą trójkę piszesz znów źle?

Pierwszy – Żeby głupio nie wyglądała przy pierwszej.

Pierwszy – Mamo! Drugi brzydko do mnie mówi!

Ja – Jak?

Pierwszy – „Zrobiłeś już?” A powinien „Zrobiłeś już kochany braciszku”?

Ja – Synu trzymaj się!

Drugi – Nie będę się trzymał!

Oczywiście uderzył głową, gdy autobus ruszał:

Drugi – Zniszczę ten autobus! Uderzył mnie!

Tatuś – Córeczko! Nie budź mnie!

Trzecia – hihi

Tatuś – Niewsadzaj mi palców do oczu, to nie jest śmieszne.

Trzecia – hihi

Tatuś – Mama ma mleko!

Drugi – Dziadziusiu potrzebuję twojej pomocy!

Dziadek – Tak?

Drugi – Musisz mi dać nowe cięciwo do łuku.

O miłości, ketchupie i porwaniu

Błotko 😉 trzecia z tyłu byla lepiąco brązowa

Drugi – Mogę jeszcze ketchup?

Ja – Proszę bardzo

Drugi -No nie może się zepsuć przecież!

Pierwszy – Ciociu, a czemu nie widziałem dawno wujka J?

Ciocia – Bo nie zachował się w porządku i już nie jesteśmy razem.

Pierwszy – Pewnie nie chciał budować z Tobą LEGO. Rozumiem.

Jadę z Trzecią autobusem i próbuje ją czymś zająć, bo roiła mi się na kolanach i koniecznie chciała spacerować:

Ja – Gdzie autko?

Trzecia – Tam

Ja – Gdzie pani?

Trzecia – Tam

Ja – A gdzie mamusia?

Trzecia – Ne ma

Dobrze, że nikt porwania nie zgłosił ;).

O zimie, dziurze i mieszkańcach

Jestem tak nieogarnięta, że zimno mnie zaskoczyło. Na dwójkę dzieci wychodzącą o 6 rano (1 stopień Celsjusza) na wierzchu cieplejszą kurtkę miałam jedną. Jak na złość akurat nie tę, której potrzebuje dziecko bardziej marznące. Jednym słowem Pierwszy by się na mnie obraził. Cieplejsze kurtki są w szafie, zastawionej ze względu na remont. Stwierdziliśmy zgodnie z mężem, że 5:50 to nie czas na przemeblowanie 😉 i zajmę się nim później. Chłopcy zostali w domu, ale tym bardziej mam motywację do przygotowania się na jutrzejszy poranek.

Trzecia już zdążyła przynieść sobie krzesło i wspiąć się do pudełka z LEGO w którym Pierwszy schował przed nią swoje budowle. Oczywiście pudełka nie utrzymała i skarby wylądowały na podłodze w strzępach, ale sytuacja już opanowana. Ona wiedziała że będzie „dym” – zwiewała w trybie szybkim. Natomiast Drugi zdążył już trzy razy się na mnie obrazić i wsadzić bratu krzesło w oko. (Nosił przed sobą zbroję z krzesła plastikowego).

A w ogóle to miało być dzisiaj o oszukiwaniu. Więc wczoraj Pierwszy zauważył, że w końcu ma zaszytą dziurę w kurtce. Niby mała, ale przypominałam sobie o niej już jak był w przedszkolu i zapominałam dzielnie na dobę. Tam lekko wystawała wata.

Mamo! Szkoda, że już nie mam tej dziury. Mówiłem kolegom, że jak się tam położy ziarenko cukru to mi wyrasta wata cukrowa. I uwierzyli

opowiedział mi rozbawiony

Pierwszy zbudował wczoraj prom kosmiczny. Zajrzałam do środka i mówię z pełną powagą:

  • O! Widzę tu małego krasnoludka!

Chłopcy zaczęli zaglądać do środka.

Pierwszy – O widzę go! I widzę jeszcze jednego. Jeden ma czerwoną czapeczkę, a drugi zieloną.

Drugi – Ja też widzę! Haha to był mój palec! Nie ma tam krasnoludków.

Pierwszy – Są! Babcia A. mówiła, że widziała! Ona nie kłamie.

Ja – Wiesz synku, ale jak tak mówiła to byłeś niemiły.

Pierwszy – Wiem. To mogę ją teraz przeprosić?

Nocne żarty

Żeby zrozumieć genezę złotej myśli „Nigdy nie żartuj o 2 nad ranem, chyba że masz nastrój na imprezę” trzeba przeczytać o kilku ostatnich dniach.

Nadeszła jesień a z nią zdecydowany spadek mojej formy. Do tego dochodzą ataki kaszlu Pierwszego i inhalacje nawet czasem w środku nocy. Jest też bunt Drugiego który na wszystko ma jedno rozwiązanie – bitkę. No i gil po pas Trzeciej. Oprócz tego standardowe problemy dnia codziennego (remont, kurz i inne) oraz inne atrakcje (organizowanie sobie „patrzałek”).

Jeśli chodzi o relacje z dziećmi i ich funkcjonowanie wśród ludzi mamy duży dołek. Znów zaczynam truchleć jak widzę opiekunów moich dzieci. Rozmowy z młodym człowiekiem przynoszą efekty na krótko. Co chwilę słyszę też „mamo bo on mi…” lub poprostu „mamo” z ust Trzeciej. No lekko nie jest.

No i kiedy taka nieprzytomna usłyszałam o 2 w nocy poraz enty „mamo” wychodzące z ust Trzeciej, postanowiłam poradzić sobie z sytuacją sarkazmem i humorem.

Nie ma mamy.

Odpowiedziałam dowcipnie powoli zgrzebując się z wyrka

Oooo! Ty chyba nie wiesz co robisz.

Odezwał się mój małżonek

No i się zaczęło. Krzyk rozpaczy młodej spowodował mój wystrzał z łóżka jak z katapulty. Później dwie małe dłonie mocno trzymały się mojej piżamy. Głową wtulona w klatkę piersiową nasłuchiwała czy jestem. No i wyjście do toalety było możliwe tylko za jakiś czas.

Rozbudziła się dziecina z tych emocji i brak światła wcale nie przeszkadzał jej w zabawie. Jak stwierdziłam że „można tu z wami kota dostać” rezolutnie stwierdziła że „ne ma”. No nie ma kota to fakt.

Oprócz tego długo spytana gdzie jest mama odpowiadała również, że „ne ma”. Zresztą psa też „ne ma”. Nic „nie ma” ;).

Nie wiem kiedy zasnęła, bo jak już jest zgaszone światło staram się nie patrzeć na zegarek coby nie ulegać frustracji.

A dziś? Wszystko w normie. Młoda cztery razy była już na stole, trzy razy zepchnęła brata z moich kolan. Pierwszy przezywa brata i udaje, że nie rozumie w języku polskim. Drugi albo skacze po szafkach i szturcha brata w ramach rozrywki, albo chce go szturchać bo jest na niego zły. Czyli wszystko w normie niestety, ale ja już nie zażartuje w nocy, że mnie nie ma :).

O misiu i mikołaju

Gadająca zabawka 🙂 to jest to czego rodzice raczej nie lubią. Trzecia polubiła misia ale ich rozmowy wyglądają tak:

Miś (młoda klika jak szalona)- hihi witaj maluszku, misio Alfi… Cmok papa

Trzecia – tia tia 🙂

Miś – hihi witaj maluszku, misio Alfi śpiewa…cmok papa

Trzecia – tia tia!

Pierwszy – To teraz muszę napisać list do Mikołaja jakie chce LEGO.

Drugi – Ale po co? Przecież Mikołaj nie zna polskiego

Drugi – Mamo pomóż mi się rozebrać.

Ja – Synu, przecież umiesz. Jestem ciekawa czy w przedszkolu też ci ktoś pomaga.

Drugi – Pomaga mi i innym dzieciom pani.

Ja – Tak? Ale mniej czy więcej niż w misiaczkach (*najmłodsza grupa)

Drugi – Panie w pszczółkach pomagają nam więcej.

Ja – Nie kop brata!

Trzecia – tia ta

Ja – Nie kładź się na Drugim

Trzecia – tia ta

Trzecia wylewa zupę z miski lub wyrzuca wszystko co w niej było:

Trzecia – Ne ma

Ja – Gdzie jest pilot?

Trzecia (pokazując nieokreśloną dal) – Tam

O spacerach

Trzecia urosła i mocno się usamodzielniła, a nasza droga jest nadal zdezelowana. Doszłam do wniosku, że czas na trening chodzenia z trójką szkrabów bez wózka. Wózek służył mi jako dodatkowe ręce – chłopcy się trzymali i przez ulicę przechodziliśmy równocześnie.

Teraz musiałam opracować nową metodę, bo posiadam tylko dwie ręce. Trzeba było ustalić, które dziecko jest bardziej zbuntowane i nieprzewidywalne (Drugi) a któremu można zaufać, że zrobi to o co proszę – w imię przestrzegania zasad bezpieczeństwa (Pierwszy). O tym, że Trzecia ma swoją osobistą rękę mówić chyba nie muszę. Czasem jednak ma dziewczyna inna wizję niż ja i próbuje iść w inną stronę, więc ląduje w matczynych ramionach.

Żeby było ciekawiej to jeśli nie przechodzimy przez ulicę to najstarszy z najmłodszą trzymają mnie za rękę, średni idzie „samopas”. Na hasło „przechodzimy przez ulicę” Pierwszy przechodzi na moją drugą stronę i łapie za rękę siostrę i dopiero wtedy Drugi łaskawie łapie za rękę mnie (on siostry za rękę trzymać nie będzie i koniec kropka). Miło,że Pierwszy zgodził się na takie zamiany chociaż czasem mówi że to głupie i Drugi mógłby nie wymyślać i na te kilka minut wziąć za rękę Trzecią.

Ostatnio zanim się ustawiliśmy do przechodzenia to samochody już nas przepuszczały. Kierowcą, który zatrzymał się jako pierwszy był mój mąż, który przyglądał się chwilę jak się ogarniamy.

Oprócz tego dziś znów popełniłam ten sam błąd co zwykle. Skorzystałam z pięknej pogody i najpierw spacerowo przegoniłam Trzecią. Później po 15 wzięłam dzieciaki na rowery. Pchałam młodą w jej trzykołowcu a chłopcy szaleli. Na tyle ich wymęczyłam, że pod koniec woleli prowadzić rower. Myślicie, że poskutkowało to większym wyciszeniem w domu? Bynajmniej. Zasypianie w normie, hałas ze względu na zmęczenie był na wyższych rejestrach. Powody były dowolne. Drugi stał pod domem i krzyczał że jest głodny i nie będzie szedł jeść. Pierwszy rozpaczał, że nie wie jak budować LEGO. Ale zregenerowali się na tyle, żeby jeszcze posiedzieć troszkę. Młoda desperowała m.in o to, że nie pozwalam jej się bawić nożem i wylewać na siebie wody. Zresztą obraziła się też o to, że nie pozwoliłam jej kopać brata.

Jedyny efekt spacerów to mój ból stóp 😉 ale też przejdzie ;).

No i na koniec opowieść przedszkolna. Odebrałam wczoraj młodzież z przedszkola i Pierwszy zaczął monolog:

  • Mamo, muszę na jutro przynieść dary jesieni. Liści nazbieram. Plastik to nie jest dar jesieni to nie, ale ta gałązka to może być. W ogóle to wiesz co mi pani powiedziała? Że mam przestać bawić się LEGO tylko pójść na spacer do parku z rodzicami. No ja nie wiem ta pani to dziwna no nie?

Wywnioskowałam, że musiał, jak to on ma we zwyczaju rozgadać się na jeden z nielicznych tematów o jakim mówi ;), i pani w końcu mu zasugerowała, że można robić co innego. Dziś jednak na stronie przedszkola pojawiła się informacja o prośbie pani. Mieli z rodzicami podczas spaceru poszukać darów jesieni. Więc pytam dziecko dziś:

Ja – Synku, a nie było wczoraj tak, że pani powiedziała dzieciom, że mają z rodzicami pójść na spacer i poszukać darów jesieni? I czy przypadkiem na to nie powiedziałeś, że nigdzie nie pójdziesz bo wolisz się bawić LEGO?

Pierwszy – Dokładnie tak pani powiedziałem. Bo co mi pani będzie mówiła co mam robić?

🙂 No nie wiem jak mu wytłumaczyć, że nie zawsze musi powiedzieć co myśli. Ale czasem już zdarza mu się nie skomentować :).

O cyklopie i sukience

Dziś troszkę humoru 😉 można podciągnąć pod dialogi 😉 aczkolwiek chyba nie wszystko.

Od soboty jest u nas tablica. Pierwszy wyładowywał się artystycznie – na zdjęciu potwór (uświadomiłam go, że taki z jednym okiem to cyklop): – A to ok, a są cyklopy z ogonem?

Rysował głównie mnie (nie zdążyłam zrobić zdjęcia – Drugi szybciej użył gąbki). Przyszedł, obejrzał mnie i stwierdził: – To ja Ci narysuję drugą* twoją ulubioną fryzurę. I tu na tym obrazku na nasz krzyczysz. Wpisz w chmurkę „chłopaki wykrzyknik”.

*Włosy mam zawsze spięte w koński kucyk, czasem po wstaniu mam artystyczny nieład

A dziś dałam popis geniuszu matczynego. Ubrałam na szybko Trzecią. Rajstopki, podkoszulka zielona i sukienka z długim rękawem. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zielona podkoszulka wyskakiwała z rajstop i robiła za jeszcze dłuższą sukienkę. Dziwne to było, bo byłam pewna, że jednak ta koszulka wyglądała na krótszą latem.

Rozwiesiłam pranie i okazało się, że zielona podkoszulka założona według mnie na Trzecią wisi, ale na suszarce.

W podwójnym zakręceniu (chowając do półki i podczas ubierania) dałam Młodej koszulkę Pierwszego. Nawet nie miałam dziś czasu spojrzeć czy to ta koszulka, bo Trzecia zwiewała przed ubieraniem. Ona nosi rozmiar 86, a Pierwszy 116 ;). Trzeba wykorzystać patent – brać tylko koszulki chłopców na wypadek awarii to i ich przebiorę i najmłodsza będzie miała gustowną sukienkę.

Pierwszy – Mamo, pani prosiła żebym jutro przyniósł do przedszkola opakowanie na jajka.

Ja – Chodzi ci pewnie o wytłaczankę. Akurat dziś wyniosłam do kuchni letniej do babci, ale jak pójdziesz do niej to ci da.

Pierwszy – Nie ma mowy. Powiedziałem już pani, że nie przyniosę. Co ta pani sobie myśli? Babci są potrzebne i nie będę brał.

Ja – Synu… Tak się nie mówi do pani to raz, a dwa to babcia zbiera wytłaczanki żebyśmy nie wyrzucali i nosi panu, który ma kury. Jeśli pan nie dostanie jednej wytłaczanki, bo zaniesiesz do przedszkola to nic złego się nie stanie.

Pierwszy – A to ok.

Wyprawa pod Łomżę cz.2

No i zapomniałam w tamtej części opowiedzieć o jednym z przystanków. Zatrzymaliśmy się na stacji Orlen. Dzieci koniecznie musiały poprosić o hot-doga. Myśmy wzięli kawę. Otrzymaliśmy trzy zdrapki. Pierwszy drapał z dużym zaangażowaniem i nagle mówi „Mamo wygrałem batona” :). Miał chłopak rację ;). Następnie rezolutnie stwierdził „Lepsze byłoby piwo, to dałbym tacie”. Rozbawił tym obsługę: „To dopiero dobry syn”. A matka szukała dołu coby tam głowę schować ;).

Młody batona przekazał rzeczywiście tacie. Dzieciaki na stacji kłębiły się ostro i obsługa naprawdę miała ostry ubaw. A teraz po tym uzupełnieniu wracam już do opowieści właściwej.

Po ślubie i życzeniach sprawnie wsadziliśmy dzieci do samochodu. Oczywiście Trzecia wpadła w czarną rozpacz – ileż razy można dawać się uziemić w foteliku? Na ten hałas zareagował oczywiście Pierwszy, krzycząc, że jest za głośno i boli go głową. Chwilę później to samo krzyczał Drugi. Nas wszystkich też bolały głowy, a ratunek był w pokoju numer 1!

Kiedyś między kościołem a parafiami był szybki dojazd. Teraz zrobiono trasę szybkiego ruchu i przejazd między wsiami jest długi oraz kręty, prowadzący serwisówkami. Młoda się dała ululać i … zasnęła jak wjeżdżaliśmy w bramę docelową. Gdy tylko silnik zgasł ,otworzyła oczy gotowa do dalszej imprezy.

Poszliśmy witać państwa młodych. Szampana nie piłam, trzymałam chłopców za ręce a ci co chwilę, bynajmniej nie szeptem, pytali mnie kiedy pójdziemy do pokoju. Trzecia poszła na drugą stronę sali towarzyszyć części rodziny która szampana piła. Widziałam ją z daleka i miałam problem w powadze śpiewać „Sto lat” Młoda hopsała całą sobą w rytm piosenki. Zabawa się zaczęła.

Wzięłam chłopców na górę, napoilam syropkiem ratującym przed bólem i wręczyłam im słuchawki wygłuszające. Najbardziej wrażliwy na dźwięki Pierwszy stwierdził, że wygląda w nich głupio i mu niepotrzebne. I nie użył ich ani razu :).

Młoda w praktyce hopsała i tańczyła prawie cały czas. Oprócz tego zrobiła kilometry między stolikami. Gadała z lustrem i ogólnie była przesłodka i nawet mnie zaskoczyła ilością energii jaką z siebie wykrzesała. Padła dopiero o 22.

Chłopcy po zjedzeniu rosołu i tuż po pierwszym tańcu postanowili ewakuować się do pokoju. Bawili się tam zgodnie a my kontrolowaliśmy czy wszystko ok. Zresztą w terenie orientowali się lepiej niż my i szybko nas znajdowali. Jedną osobę zawsze można było znaleźć w okolicy Trzeciej, a reszta przebywała na świeżym powietrzu analizując między innymi to czy pochodzimy od Kurpiów czy bynajmniej.

O 22 wzięłam moje najmłodsze dziecko pod pachę, zaniosłam do pokoju, ubrałam w piżamkę i uśpiłam przy pomocy mleka które mam zawsze przy sobie. Następnie wysłałam pierworodnego syna po dorosłego który mnie zastąpi, żebym miała szansę troszkę odpocząć.

Przyszedł mój mąż, a ja zabrałam chłopców żeby troszkę wyszli z pokoju i porozmawiali z ciotkami. W ten sposób niektórzy zobaczyli jak mam wysportowane dzieci, bo bez popisowej gwiazdy (w eleganckich niewygodnych ciuchach) się nie obyło. Niektórzy usłyszeli wykład z fizyki o tym dlaczego niektóre rzeczy nie spadają. Część dzielnie przytakiwała słuchając wykładu o łaziku arkrtycznym. Pierwszy pokochał nowo poznaną ciocię, bo ta dzielnie towarzyszyła mu w tych wszystkich opowieściach.

Drugi dla odmiany zaczął zasypiać, ale ja wiedziałam że te 16kg jest w stanie samodzielnie przemieścić się do pokoju. No ale znalazła się litościwa ciocią, a ja widziałam tylko satysfakcję na jego twarzy.

Pierwszy trzymał się dzielnie do północy, aż zdecydował się na prysznic (z myciem głowy) i zasnął. W tym czasie powróciłam do pokoju dokładnie w momencie, gdy Trzecia się obudziła i pytała o mamę. Przytulona zasnęła skutecznie na dłużej.

Z rana obudził mnie Drugi i stwierdził, że powinnam już wstawać, bo przecież mówiłam, że w hotelu będziemy tylko jedną noc, a mamy przecież ranek.

Na korytarzu stały szwedzkie stoły z jedzeniem. Drugi był głodny, a Pierwszy rozpaczał, że nie możemy jeść dopóki nie będzie wszystkich, bo to niekulturalne. Troszkę zajęło mi czasu wytłumaczenie mu, że forma podania posiłku jest taka ze względu na to, żeby każdy zjadł wtedy gdy będzie głodny.

Trzecia wpadała w czarną rozpacz w pokoju, bo koniecznie chciała korzystać z tego, że hotel ma schody i wiele zakamarków. No i jak poszła tak zabrała mnie na dwór i poprowadziła za budynek, a tam stała trampolina i huśtawka. Jak to mawiają – lepiej późno niż wcale. Poszłyśmy powiedzieć chłopcom, że jakby nie było w naszym życiu Trzeciej to nie miałby kto odkryć atrakcji. Przytulili ją mocno i serdecznie.

Czas do poprawin minął szybko na trampolinie i zaczęliśmy jeść. Około 15 trzeba było wracać. Oczywiście wcale nie takie proste było przywiązać dzieci do fotelików. Młoda padła, „aż na godzinę” a potem ostro protestowała. Śpiewałam, puszczałam muzykę, dawałam jej chrupki – to wszystko miało sens, ale jak tylko przypominała sobie, że jest zapięta włączała sygnały dźwiękowe i mogliśmy jechać jako pojazd uprzywilejowany.

Szczerze to po drodze powrotnej czuliśmy się wszyscy jakby nas ktoś przeprał w pralce. Ale dojechaliśmy.

Już w Lublinie Pierwszy odkrył, że brak my jedynki i zaczął się zastanawiać jak sobie poradzi wróżka zębuszka bez dowodu. Drugi stwierdził, że wróżka to mu dwa zęby wyrwała i nie dała pieniędzy. Stwierdziliśmy rodzinnie, że najgorszymi wróżkami zębuszkami są jednak dentyści. Nie dość że zabierają zęby to jeszcze zamiast dać kasę to ja od nas biorą.

Po dojechaniu Młoda padła w praktyce od razu jak tylko ją przytuliłam i spała do rana z krótkimi przerwami na jedzenie i przytulenie.

Ja dzielnie ogarnęłam to co ważne, bo miałam zamiar wysłać dzieci do przedszkola. Jednak gdy miałam wstać ich ubrać, bo mąż wychodził do pracy, stwierdziłam, że spokojnie mogą zostać w domu i dalej padłam.

Pierwszy spal od 21 w niedzielę do 10 w poniedziałek. Drugi spał od 22 w niedzielę do 11 w poniedziałek (z pobudką na 2h między 7 a 9). Trzecia też jak nigdy ładnie spała.

Było ciężko, chociaż opieka nad dziećmi rozłożyła się aż na 4 osoby, plus często dalszą rodzinę. Dzięki temu każde z nas też miało szansę skorzystać z wesela i spotkania w gronie rodzinnym. A dzieci? Pierwszy tęskni za ciocią od klocków ;). Drugi przeżywa to, że spał w hotelu. Trzecia bez zmian – tańczy jak tylko usłyszy jakiś rytm i wszędzie jej pełno.