Zdalne nauczanie

Panu ministrowi wszystko działa. Daliśmy radę – mówi.

Jacy myśmy? My rodzice, my nauczyciele i nasze dzieci.

Nauka zdalna w przedszkolu – zadania i kontakt z nieczytającymi dziećmi. Sadzanie kilkulatków przed komputerem, żeby zachować pozory pracy. I brak współpracy z nimi, bo dziś nie mają ochoty rysować.

Dzieci z zerówki bez kontaktu ze swoim autorytetem, ulubioną panią. Mają pracować i coś robić, aby nie paść z nudów, a szkoła już tuż tuż. Jak to mawia Pierwszy „dom to dom a przedszkole to przedszkole”.

Pierwszaki, które pracują z rodzicami od 8 do 15 pisząc literki a wcześniej oglądając zadane filmy na monitorze (o sposobie pisania literek).
Uczniowie klas 2, którzy mają tyle do zrobienia, że ręka nie daje rady.

Uczniowie klas 4, którzy w praktyce mają dużo przedmiotów, ale nie wiedzą jak bez pomocy dorosłego ogarnąć ogrom zadań.

Uczniowie klas 5-7, którzy mają tak dużo, że siedzą przed komputerem do wieczora (tylko czasem okazuje się, że głównie grają w gry i oglądają wybitnie głupie filmy).

Klasy 8 z jednej strony próbują nic nie robić, a z drugiej utrwalają materiał, bo przed nimi egzamin (utrwalają nawet nie wiedząc).

Wbrew pozorom to nie jest więcej niż w szkole, ale tam nawet, jeśli starej daty, to nadal jest przewodniki który widzi, podpowie, wytłumaczy,  czasem poświęci więcej czasu komuś kto nie nadąża. W czasie lekcji pokaże, położy palec w odpowiednim miejscu na sprawdzianie. W szkole jest ktoś kto się uśmiechnie i zagada. Dostosuje materiał do możliwości ucznia.

Ja, jako nauczyciel, nawet jeśli prowadzę lekcje dźwiękowo, tłumaczę, opowiadam to nigdy nie mam wszystkich uczniów. Raz na jakiś czas ktoś wylatuje z kanału, komuś siada sieć i nie słyszy. A są też takie miejsca, że internet działa tylko po 22, bo wcześniej sieć jest przeładowana. Zdarza się to również uczniom, którzy do tej pory potrzebowali więcej uwagi na żywo. Teraz z zadaniami zostają sami.

Podstawa programowa jest ograniczana, bo trzeba coś zrobić, aby wszyscy dali radę. Trzeba coś zrobić, aby w ogóle była. Ciężko zobaczyć za literkami dziecko, któremu trzeba pomóc.

Do tego nauczyciele rodzice –  będący naraz z uczniami i swoimi dziećmi. Czasem trzeba zgrać lekcje online – żeby mama i dziecko nie mieli w tym samym czasie. Trzeba dopilnować czy  dziecko pracuje. Ja mam przedszkolaki, przy czym jeden jest w zerówce i wiem, że chodząc do przedszkola teraz nawet niechcący panie przygotowałyby go zdecydowanie lepiej niż ja.

Wyobraźcie sobie teraz – krótka opowieść na żywo o Konstytucji 3 Maja. Z pokoju obok dobiega krzyk. Mówiąc dalej podchodzę bliżej pokoju i widzę że zaczyna być kryzysowo. Chwilę później, woda będąca w ręce Drugiego, ląduje na Pierwszym, Trzeciej i połowie pokoju. Już jest po możliwości zażegnania kryzysu. Musiałam przerwać lekcję opanować sytuację, ale zanim to zrobiłam już zdążyli użyć zabawek przeciwko sobie (pod ręką nie było tym razem drewnianych torów).

Są też lekcje podczas których Trzecia jak typowy dwulatek nagle coś chcę i płacze. I to nie tak spokojnie, ale nic nie pomaga i ryk się rozlega. Nie pomaga nawet moje przytulenie. Są też chwile, gdy mają dobry humor i co chwilę przybiegają coś powiedzieć – według nich śmiesznego np. o kupie.

Czy to jest normalna nauka? Czy to działa? To nie działa – to sprawia pozory funkcjonowania. I jak sobie pomyślę, że mój syn mógłby od września być prowadzony przez zdalne nauczanie to jestem przerażona. Moi uczniowie czasem podczas rozmowy na żywo mówią „mamo to jest właśnie moja pani”. Przychodzą w tym czasie co opowiadam, bo lubią mój sposób interakcji z nimi. Jak pani zbuduje interakcję z dwudziestokiloma przerażonymi, niepewnymi siebie maluchami przez kamerę, z mamą u boku? Tej relacji tak się nie buduje! Ja kontakt z uczniami budowałam w klasie, a nie przez spotkania online.

Panie ministrze to nie działa, nie jest dobrze. To są pozory. Nie takiej szkoły potrzebujemy. Szkoła to też budowanie relacji i pochylenie się nad każdym uczniem, bo każdy potrzebuje uwagi.

Przedświąteczna odmowa dostępu

#nieuczesanedialogi

Ja – No to w tym roku na Święta będziemy w domu i nie chcę, abyśmy wyrzucali jedzenie. Pomyślcie co zjecie. Pizza nie jest daniem Świątecznym! Wpisuje oczywiście jajka.
Drugi – Jajka? A kto to będzie jadł?
Ja – To święta jajeczne. Ja będę jadła. Co jeszcze?
Pierwszy – Wiem! Ciepły cebularz!

****
Ja – Syneczku, urosłeś. No wiesz co? Wyglądasz w tych spodenkach jakby były z młodszego brata! A Ty nie masz młodszego brata ;).
Drugi – Jak to nie mam? Tam w kuchni jest Trzeci! Dobry żart nie?

****
Pierwszy – Mamo! No daj mi komórkę. Tylko na chwilę.
Ja – Nie! Umówiliśmy się, że za dwa dni na godzinkę.
Pierwszy – Jeny, co za matka! Tylko „odmowa dostępu” i „odmowa dostępu”.

****
Drugi – Mamo pozwolisz mi pojechać z babcią do wujka traktorem?
Ja – Tak, oczywiście

O byciu mamą

Trzecia robi porządek wedle swojego uznania

Brak zaangażowania moich uczniów a także zaangażowanie moich uczniów (tak są i tacy i tacy) spowodowały, że troszkę częściej, zwłaszcza wtedy gdy bardziej jestem myślami w szkole niż tutaj, będą pojawiać się wpisy z cyklu „nieuczesana historia” ;).
Co do reszty – od kiedy wpadł tu tłum moich wychowanków 😉 troszkę zrobiłam autocenzurę. Okazało się, że część cechuje lenistwo czytelnicze i klikają reakcje z sympatii do mnie a nie ze wzruszenia tekstem.

Dziś będzie długo 😉 kto dotrwał do tego momentu zobaczy, że tekst będzie osobisty, odkrywczy i troszkę z pogranicza „nieuczesanej psychologii”.
Otóż miałam półtora tygodnia zwolnienia. Dobrze się złożyło że je miałam, bo przypadło też na kilka dni słabszej formy Trzeciej i chyba dzięki temu wszyscy żyjemy ;).
Przyznaje się uczciwie, chociaż wcale nie przychodzi mi to łatwo. Zwłaszcza, że twierdziłam nawet sama przed sobą inaczej. Dopiero dostrzegłam ile JA robię w domu zajmując się dziećmi. Oczywiście wiem, że wszystkie mamy przebywające w domu z dziećmi są zajete, zmęczone, wyczerpane i wcale nie „siedzą” nawet jeśli siedzą 😉 co się czasem zdarza. Wszystkie, tylko nie ja.

Ja mogłabym robić więcej, lepiej, dokładniej, z większym zaangażowaniem i oddaniem. A wszystko dlatego, że nie wychodzę do pracy od – do. 
I tak spędziłam kilka dni z moja kochaną córką, która tuż przed Wielkanocą stanie się oficjalnie dwulatką, a umysłowo już nią jest. Efekt jest taki, że mamy dziecko wspinające się wszędzie, dotykające wszystkiego, zjadające wszystko z paczki (bo nawet jeśli nie smakuje to przecież kolejne może być smaczniejsze) i chcące robić wszystko „samo” lub właśnie jednak nie „samo” (zależnie od humoru). Ta dziewczynka wchodzi na parapet i wcale nie przeszkadzają jej stojące tam klocki. Tłucze brata jeśli wyłączy jej z prądu lampkę (wcześniej świeci nią bratu po oczach). To szkrab, którypotrzebuje się też do rodzeństwa przytulić.

I to jeszcze wiem, że jest wyzwanie. Nie wiem czy dawałam rady ogarniać wszystkie sytuacje dlatego, że ona bardziej niż chłopcy musi wszystko sprawdzić po kilka razy. Czy może przyczyną jest moje zmęczenie, bo jakby nie patrzeć jestem 3 lata starsza niż wtedy, gdy ostatnio miałam dwulatka. Ciężko powiedzieć. Nie zdawałam sobie sprawy, że opieka nad trójką dzieci to bycie w skupieniu umysłowym cały czas, do momentu aż usną. Chociaż wtedy też jestem na czuwaniu. Trzecia się budzi na przytulanie a i chłopcy czasem tego potrzebują.

Była godzina 19 i pierwszy raz zaczęłam na bieżąco pisać koleżance co się u mnie dzieje. To był dzień jak codzień. Pierwszy w piżamie bawił się klockami co chwilę krzycząc „mamo proszę zabierz ją”. Brałam Trzecią która z piaskiem radości wracała mu „pomagać”. Akurat najbardziej bawiło ją deptanie po budowlach. W tym samym czasie Drugi przeżywał, że nie pójdzie się myć i gdybym naprawdę była jego mamą pozwoliłabym mu na wszystko. Odwróciłam się i zobaczyłam Trzecią, która założyła moje buty i właśnie wydeptywała ścieżkę z błota do dużego pokoju.

Przytuliłam Drugiego, który nadal obrażony twierdził, że jestem beznadziejna i wtedy pojawiła się Trzecia, która postanowiła go uderzyć. To był moment, w którym postanowiłam zawołać drugą część rodzicielskiego teamu. Udało się Drugiego włożyć do wanny i zaraz był kolejny problem, bo już nie chciał wyjść.

W tym czasie Trzecia uśpiła czujność opiekuna i poszła do kuchni wypić wodę z kubka będącego w zalewie, znalazła sobie mentosy miętowe na szafce. Wkładała je do buzi o wypluwała, próbując kolejnych – może któryś posmakuje. Na koniec poszła znów do pokoju i doszła do wniosku, że bułka wygląda nieestetycznie na talerzu więc rzuciła nią w kąt. Jak weszłam do pokoju i poprosiłam żeby jednak to podniosła, popatrzyła na mnie i poszła do kąta. Oczywiście bułki nie podniosła 😉

Gdy zasnęli, oczywiście po tym jak udało mi się opanować kłótnie pt. „mamo a on leży na mojej stronie”, „a on trzyma nogi na mojej połowie” ;)spojrzałam na miejsce mojego odpoczynku. Tam na poduszkach leżały wszystkie rodzinne ubłocone buty ;).

To nie był wyjątkowy wieczór. To nie jest opowieść łączona z kilku wieczorów. To co się działo uświadomiło mi po raz pierwszy, że to że czasem siedzenie w fotelu nie jest równoznaczne z odpoczynkiem dla umysłu. Oczywiście, zrozumiałam że nie ma powodów oby negować trud innych mam, i przyjmować jedynie ja mogłabym robić o wiele więcej. Tak jakbym miała być jakaś szczególnie wyjątkowa. Tylko chyba dopiero to dotarło do mojego serca. Naprawdę dużo z siebie daje od rana do nocy.

To ja na tyle 😉 w najbliższym czasie, jak nabiorę dystansu będzie świat oczami Trzeciej. No i nieuczesana historia o absolutyźmie oświeconym.

Kiedy życie nie ma sensu

Wpis miał być o czym innym, ale jak zwykle! Życie pisze swoje scenariusze. Piątki są szczególnymi dniami a jeszcze bardziej wyjątkowe są wtedy, gdy ja choruję. Najzwyczajniej w świecie więcej zachodu byłoby gdyby do przedszkola poszli, niż jak będą ze mną w domu.

Zapowiedziałam sankcje jeśli będą się tłuc i już kilka godzin nikt nikomu nie dał po głowie ani nikogo nie ugryzł ;). Popchnięta została Trzecia za to, że wsadziła bratu do oka palec ale to jest do dogadania 😉 i wyjaśnienia.

Za to Drugi rozpacza. Jjego życie straciło sens, pocieszy go tylko granie na komórce. Nie ma w pudle z autami małych zielonych plastikowych czołgów. Z tego co ja pamiętam! – to jakoś rok temu albo wspólnie je schowaliśmy bo się nimi nie bawił, albo je wyrzuciliśmy, bo odpadało im już wszystko. A on chlup i sobie przypomniał. Wszystkie zabawki są do niczego, tylko te czołgi nadają się do zabawy ;). Jak kupimy to i tak będzie bez sensu, bo on wtedy już nie będzie się chciał bawić, więc to „wszystko jest bez sensu”.

No i w tym wszystkim starszy brat, który powoli zgłębia tajniki komunikacji pisanej, postanowił poszukać bratu miejsca, w którym można kupić nowe czołgi. Normalnie to, że dogadał się z google to jedno, dwa, że chciał, a trzy ta wersja języka polskiego wpisana przez sześciolatka specjalnie dla młodszego brata, mnie rozczuliła.

Czyli jednak poza odwieczną (dokładnie czteroletnią) walką między braćmi jest i troszkę troski i czułości między nimi. Myślę, że brak czołgów i czarna rozpacz którą przeżywa z dala od brata, powoduje brak konfliktów 😉 ale zawsze to coś.

A co Trzecia? Trzecia zapracowała na dwa wpisy – jeden ze swojej perspektywy, a drugi z mojej ;). Mówią małe dziecko mały kłopot…także tego 😉 oliwek już brak więc nie ma czym rzucać po kuchni ;).

Dylematy

Drugi i jego fotelowa noc

Nie ma instrukcji obsługi do wychowania młodego człowieka. Chociaż fajnie by było, gdyby były specjalne guziki lub zdania, które działają zawsze. Mocno czuję jak każde z moich dzieci jest inne. To co działa na jednego człowieczka, niekoniecznie zadziała na drugiego.

Staram się żeby moje wychowawcze decyzje wynikały z miłości i szacunku do nich jako do małych ludzi. W zrozumieniu i akceptacji ich potrzeb. Wychodzi różnie, bo nie jestem aniołem.

Drugi postanowił kilka dni temu, że koniecznie chce spać na fotelu. Oczywiście w środku tygodnia obraził się na mnie (tak bardzo żywiołowo i ekspresyjnie), że zgodzę się na to dopiero w piątek. Myśl o jego samopoczuciu po takiej nocy o 5:50 paraliżowała mój matczyny luz. Ustaliliśmy, że dopiero wieczór po którym nie idzie do przedszkola będzie realny.

Nadszedł piątek – oczywiście że pamiętał o danej mu obietnicy. Otrzymał poduszkę, kołderkę i zasnął w 10 minut na fotelu. Po dłuższym czasie stanęłam przed dylematem co jest ważniejsze – mój czy jego komfort. Jeślibym go przeniosła, rano by się na mnie obraził, że nie dotrzymałam słowa i jednak nie spał na fotelu. Gdybym go zostawiła istniało ryzyko nocnej „gleby” i porannego kiepskiego humoru z powodu niewypoczętego organizmu. Wbrew pozorom była też trzecia opcja – młody sam zrezygnuje i zmieni miejsce pobytu samodzielnie.

Konsultowałam się z zaprzyjaźnioną mamą i wybrałam wersję pozostawienia go na noc na fotelu. W praktyce przyszedł do mnie w w środku nocy się przytulić (jak to stwierdził mój małżonek – wiedział które łóżko wybrać, bo jak budzi się Trzecia ja zmieniam miejsce spania na te obok dzieci). Rano Drugi stwierdził, że mogłam mu dać dalej spać na fotelu. Na całe szczęście to Drugi, który nie pozjadał wszystkich rozumów i uwierzył mi, że to on przyszedł a nie ja go przeniosłam.

Za to Pierwszy wstał dziś lewą nogą. Troszkę się martwię, bo ze względu na moje choróbsko, na zawody Orlen Przedszkoliada Tour wzięła ich ciocia. Był totalnie na „nie” ale jednak zdecydował się pojechać, chociaż chyba bezpieczniej byłoby jakby się obraził i został. Jednak popołudniu i przez kolejny rok raz na kilka dni rozpaczałby, że nie zmusiłam go do pójścia.

Trzecia dziś sama nie wie czego chce. Mota się między przytulaniem do mamy a przeglądaniem książeczek. A ja też już sama nie wiem czy chować się pod kołdrą czy lepiej próbować pilnować żeby chałupa nie była rozniesiona przez trójkę łobuziaków.

Być dziewczynką

Piątek – tygodnia koniec i początek… Kurtka wyschła. Pralka ma dziwne smutki więc muszę zawołać do niej lekarza od płaczących pralek. Śniegu brak ;). Organizacja odbierania dzieci z przedszkola i „dziadkowego żłobka” ogarnięta (piątki i czwartki są wyjątkowe bo tatuś w innych godzinach pracuje).

Piątek w przedszkolu to dzień zabawek. Jest to jakaś motywacja do wyjścia z domu. I tak oto Pierwszy zapomniał swoich wojowników Ninjago. Kochana mama robiła bieg na 80 metrów do domu i do samochodu ;). Drugi wziął dwa resorki (jakby miał więcej rąk to i ilość pojazdów byłaby proporcjonalna). No i jak tu powiedzieć Trzeciej, że idzie do dziadka i tam codziennie jest dzień zabawek? Jakoś do niej nie dociera, że dziewczynki to inny twór ludzki i winna zajmować się zabawą lalkami. Wdała się w mamusię i preferuje samochody, zjazdy dla autek i klocki :). Jak widać na załączonym zdjęciu – ona mocno trzyma tę zabawkę, która ma jej dziś towarzyszyć ;). (Jakość wprostproporcjonalna do ilości światła na klatce schodowej ok. 7 rano)

A tak już całkiem serio :). Uważam, że dziecko bez względu na płeć ma prawo bawić się czym chce i jak chce (oczywiście z poszanowaniem drugiej osoby i zasad bezpieczeństwa). Pierwszy i Drugi używali kuchenki zabawkowej. Druga ma autka 🙂 a mamusia ma bloga ;).

Dzień bez prania

Ja to się chyba nigdy nie nauczę… Nigdy nie należy nic planować!
Wróciliśmy ciemną nocą i pomyślałam sobie w czasie drogi, że nikt i nic mnie nie zmusi do wstawienia prania :). Jeden dzień niech pralka ma wolne.
Wyszliśmy z samochodu. Młoda się odwróciła i przewróciła zawodowo w błoto. Spodnie i kurtka brązowe ;).
Doszłam do wniosku, że szybciej i wygodniej jednak wstawić kurtkę do prania i do rana wysuszyć niż szukać zastępczej ;). Tyle wyszło z planu ;).

Zawartość śniegu w zimie

Zima aktualnego sezonu budzi we mnie wewnętrzne dziecko. No nie zawsze jest to dziecko takie jak dziś – potrafiące się cieszyć zw śniegu. Normalnie oczka mi błyszczą, a pod stopami chrupie. Nie łapie śniegu językiem, bo tego nigdy nie lubiłam. Orzełki też nie były tym co lubię. Często towarzyszył mi lęk, że na czymś się położę, a wszyscy wiemy co znajduje się na trawnikach.

Jaram się widokiem. Zrobiło się tak pozytywnie jasno i nawet to -1 jest mniej mroźne. Miałam 20 minut drzemki z najmłodszą. W plecaku tona makulatury, która da mi 5 lekcji względnego spokoju ;). Tylko potem ogrom sprawdzania mnie czeka. (Dziś sprawdzian piszą 4 klasy, w najbliższym czasie kolejne 3 i poprawę winna napisać też klasa 7, a że poszło im wybitnie ostatnio to poswięcam na poprawę kolejne 45 minut). Troszkę mój entuzjazm spada, gdy dostaje puste kartki, ewentualnie zapisane tylko głupotami. Próbuję trzymać się tych lepiej napisanych testów coby nie zatonąć w poczuciu bycia kiepskim kagankiem oświaty.

Ale dziś pada śnieg! Dziś coś mnie tknęło i założyłam młodszej dwójce spodnie na śnieg (Pierwszy jest już „duży i nie bedzie nosił obciachowych spodni”). W końcu śniegowce się na coś przydadzą.
Jestem coraz bliżej granic Lublina i śnieg tu też spadł, ale opadów, które mogłyby popracować nad tym żeby było „więcej śniegu w śniegu” brak i tak jakoś mi smutno się robi, że być może za kilka godzin znów będzie szaro i ponuro.

Aby dobre doceniać…

Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Wtedy też ciężej to docenić. Nasz samochód wczoraj poszedł na wizytę do lekarza, badania i zabiegi się przedłużyły. Powrót do domu z trójką dzieci nawet we dwie osoby jest wyzwaniem. Godziny szczytu i zmniejszona ilość autobusów zdecydowanie nie ułatwia sprawy. Za to cieszę się, że nie było śnieżycy ani mrozu. Dotarliśmy do domu na godzinę 17, a normalnie jesteśmy około 16.

Sprawdziliśmy rozkłady poranne i ustaliliśmy plan działania. Chłopcy z tatą mieli jechać jednym autobusem w stronę przedszkola, a my z Trzecią minimalnie obok innym kursem. Zaplanowaliśmy wstawanie, wyliczyliśmy czas potrzebny na ubranie i rozbudzenie trójki dzieci, nakarmienie psa 😉 oraz dojście na przystanek z uwzględnieniem tego, że z rana autobusom zdarza się być minimalnie wcześniej.

Wtedy dostałam tę wiadomość: siostra mojego męża zaproponowała, że zabierze chłopców na zaległy pobyt u niej w domu. Niestraszne było dla niej też to, że musi być po nich o 5:50 :). To nam naprawdę ułatwia dużo spraw, gdy auta brak. Najlepsze jest to, że do domu też ich odwiezie.

No i się zaczęło ;). Jakiś mały zdolniacha bawił się zegarkiem i o 3 nad ranem zadzwonił budzik. Później Trzecia o 4 przyszła się przytulić (tyle dobrego, że tym razem naprawdę przyszła do mnie do łóżka, a nie robiła raban u siebie, żeby ją wyjąć). Następnie Drugi pełen dużej dozy radości wybrał samochody, które zabierze ze sobą. Pierwszy zaspany z lekkimi pretensjami powiedział, że nie możemy go zmuszać do wstania i wzięcia sobie zabawek. Został poinformowany, że to jego sprawa czy sobie coś weźmie, ale tylko przypominamy, że u cioci zabawek nie ma.

Następnie Drugi z pełną powagą powiedział mi, o tym że wyprawa do cioci ma być dla niego przyjemnością a nie dla mnie. Pierwszy wziął klocki i dołożył je do wspólnej siatki. I tu pojawił się ostry konflikt – kto będzie niósł siatkę. Było ostro – dość opisać że stali już na przydomowych schodach i na całe szczęście nic się nie stało. Wszędzie zimno i ciemno a matka pomiędzy nimi tłumacząca, że głowa jest od myślenia i tacy wściekli na siebie nie pojadą do cioci. Stałam w pechowym miejscu, bo moje kolano stało na drodze i zamiast kopnąć brata w odwecie, Drugi trafił w matkę. Kazałam im poskakać żeby już tę złość na siebie wyrzucić i ruszyliśmy. Uspokoili się, a siatkę niosłam ja i przekazałam ją bezpośrednio opiekunowi.

Po drodze spotkaliśmy ciocię, która po sprawdzeniu połączeń do siebie, postanowiła jechać część trasy z nami. I tak – o 6:05 byliśmy wszyscy w autobusie. Zajęliśmy jego dużą część. Oni wysiedli w międzyczasie, mój mąż po tym jak z nami dojechał na osiedle docelowe, również skręcił w odpowiednią stronę. No a my z Trzecią udałyśmy się zrobić dziadkowi kawę. Już prawie zasnęła natankowana mlekiem, ale niestety autobus nie poczeka i ją zostawiłam pod opieką troskliwego dziadka.

Sama zdążyłam razem z kawą dla mojego taty, zrobić ją i sobie. Mój ulubiony kubek jedzie właśnie ze mną do pracy. No i tak na spokojnie sobie myślę, że jednak chyba wolę rozwozić dzieci samochodem, nawet jeśli codziennie się kłócą ;).

Być

Na zdjęciu jest względny porządek tuż przed wspólnym tworzeniem mostu z Duplo. Oczywiście Pierwszy był zajęty czym innym i obrażony wygłosił mowę, że to niesprawiedliwe, że się z nim nie bawiłam. Ot życie :).

Jak już pisałam lubię moją pracę i wyzwania które przede mną stawia. 45 minut z nastolatkami jest wyczerpujące zwłaszcza jeśli chce im się zostawić jakaś wiedzę, a oni mają inną wizję :).

W czwartek byłam pozytywnie zaskoczona. Sala historyczna jest koło sali fizycznej oraz tej od religii. Najczęściej tuż przed lekcją zeszyty i książki wyciągali tylko ci, którzy mieli mieć religie. Wychodziłam na dyżur tuż przed sprawdzianem, a klasa 7b siedziała z książkami i notatkami. Oczywiście nie wszyscy, ale tak po ludzku zrobiło mi się miło.

Sprawdziłam już te prace i nawet zdarzyły się 5. Głupoty też się pojawiły, kwiatki na poprawę mojego humoru i dowcipne odpowiedzi także i zarówno.

Naprawdę lubię widzieć dobre odpowiedzi, bo wiem, że coś z lekcji zostało im w głowach.
Jestem teraz mniej zmęczona „domowo”. Potrafię więcej odpuścić i poprostu być z moimi dziećmi. Mniej mnie męczą ich pytania. Nie zmienia to faktu, że czekam aż już będą słodko spać 😉 i wypatruję tego momentu z utęsknieniem.

Dziś niedziela. Niespiesznie ubierają się oglądając epokę lodowcową. Właśnie Pierwszy wyglądał jakby ktoś przetrącił my głowę, bo koszulka była założona odwrotnie. Drugi trzeci raz zakłada majtki 😉 za każdym razem robi to na inny sposób ;). Trzecia znalazła schowany przeze mnie pistolet i hałasuje z dużym oddaniem. A teraz poszła wybrać sobie nową koszulkę i sama ją pięknie założyła.

Uczę się cały czas być a nie działać. Jak nie działam mam wrażenie że marnuję czas, a takie bycie z dziećmi jest dla nich najbardziej wartościowe. Ciekawe kiedy to do mnie dotrze.