Święto postaci z bajek

5 listopada był Dzień Postaci z Bajek. Kilkanaście dni wcześniej przeczytałam na stronie naszego przedszkola ogłoszenie, które mnie lekko zaniepokoiło.

Dzieci miały być przebrane za postacie z bajek. Stroje miały być nieprofesjonalne i wykonane przez opiekunów.

Oprócz dużej ilości emocji mój mózg skupił się na tym żeby wymyślić coś co jestem w stanie zrobić. Martwiłam się też dlatego, że ze względu na mój brak talentu plastycznego chłopcy będą się czuli źle w grupie rówieśników. Moje ręce na samą myśl o robieniu stroju najzwyczajniej w świecie się lekko trzęsły.

Potem skupiłam się na pracy mentalnej. Jak przekonać dzieci do swoich pomysłów. W pierwszej wersji mieli być postaciami z ludowych bajek. Jednym słowem kraciasta koszula i ogrodniczki i mamy Tomka Palucha, Jasia Fasolę czy innego bajkowego chłopca. No ale pomysł nie przypadł im do gustu. Nie wiem czemu! Szwagierka proponowała jeszcze zrobienie z nich Stracha na Wróble ;).

Potem sami zaproponowali kolejne bajki. Pierwszy postanowił, że ja zrobię z niego klocek LEGO z filmu „LEGO przygoda”. Oczywiście ma być perfekcyjnie, bo każdy ma się domyślić kim on jest. Udało mi się go przekonać, że wymarzonego efektu nie osiągniemy i lepiej zaplanować coś co będę w stanie wykonać na tyle żeby można się było domyślić co to jest.

Miałam jednak w zapasie zielone spodnie i jedną zieloną koszulkę. Pomyślałam, że można z tego zrobić Piotrusia Pana. A drugie dziecko może da się jednak przekonać do bycia Tomkiem Paluchem? Udało się, ale musiałam jednak stworzyć dwa przebrania Piotrusia Pana.

Szukałam w internecie podpowiedzi jak zrobić czapkę. Ta mogłabyć tylko zielona i z czerwonym piórem. Oczywiście taka żeby nie była „obciachowa”. Normalnie zawał serca miałam większy niż przed maturą. Bo to nie tylko ja bym się skompromitowała, tu chodziło o dziecięce uczucia.

Naprawdę się cieszę że ktoś wymyślił internet. Jakaś dobra dusza nauczyła mnie poprzez instrukcję na YT jak robić czapki z papieru. Instrukcja do ładniejszej czapki stanowiła dla mnie szyfr prawie jak Enigma ;). Zrobiłam chyba ze 40 czapeczek i dopiero później zrobiłam tę żółtą 😉 do której dopasowałam wielkość hipotetycznego pióra.

Dopiero następnego dnia, drżącymi rękami zrobiłam dwie czapki z zielonych kartek. Wycięłam fikuśne czerwone pióra i miałam nadzieję, że młodzież zaakceptuje dzieło. Bałam się to udoskonalać i dokładać np. sznurek, bo miałam realne obawy, że moje ręce zepsują cały efekt.

Przeszperałam półki chłopców i znalazłam zieloną i za dużą koszulkę Drugiego o której zapomniałam. Wręczyłam ją Pierwszemu, który po obejrzeniu zielonych spodni (od nich zaczął się cały pomysł) stwierdził, że się nie nadają. Na całe szczęście zaakceptował czarne rajtuzy, których nosić nie chciał jeszcze dzień wcześniej. Drugi koszulkę i rajtuzy miał znalezione wcześniej.

I tak zrobiłam z dzieci dwóch Piotrusiów Panów. Czuli się w tych strojach dobrze, nie odstawali od grupy. Za to ja po wielu latach nauczyłam się robić czapki z papieru. Może się jeszcze czegoś kiedyś nauczę?

Ale co się nastresowałam to moje. Zadanie wykonane, ale ile ich jeszcze przede mną?


Jeden taki dzień w roku

Trzeba się cieszyć póki nie zabrali ;). Raz do roku mogłam przespać się dłużej. Od 6 lat dłuższego spania nie ma. Wszystko jest w normie.

Tylko że tego dnia jakimś sposobem nie jestem w niedoczasie. Jest śniadanie, pies nakarmiony, ja zdążyłam poleżeć i udawać że mnie nie ma. Możliwe jest to tylko dlatego, że do mojej matczynej piersi przychodzi samodzielnie jakiś mały Turkuć Podjadek 😉 drugi już nie podjadek kładzie mi rękę na ramieniu i nie gada. Trzeci Turkuć jest synem swojej matki i śpi do oporu.

Oni wstali jak zwykle – czyli o 8 starego czasu. Jednak ja jakoś szybciej i sprawniej działam. Normalnie w niedzielę śniadanie ogarniałam na 10 a teraz wyrobiłam się na 9 starego czasu. Czyli nie dość że jest godzinę wcześniej to ja jeszcze wcześniej ogarniam życie – dwie godziny do przodu ;).

Jest tak tylko raz w roku 😉 tylko w ostatnią niedzielę października. Od poniedziałku wszystko wraca do normy. Śniadanie jest jak zdążę, pranie rozwieszam jak Trzecia pozwoli ;). Spacer jest jak się wyrobię albo jak się nie wyrobię ;). Jedynie dzieci w przedszkolu wtedy kiedy trzeba, bo jednak tatuś nie powinien spóźniać się do pracy :).

Nie wiem dlaczego mój organizm przy zmianie czasu na zimowy działa tak pozytywnie i jest zmobilizowany. Może to ta myśl o dłuższym spaniu robi efekt placebo? Bo przecież śpię dokładnie tyle samo co dzień przed zmianą?

A jak u was? 🙂

O zimie, dziurze i mieszkańcach

Jestem tak nieogarnięta, że zimno mnie zaskoczyło. Na dwójkę dzieci wychodzącą o 6 rano (1 stopień Celsjusza) na wierzchu cieplejszą kurtkę miałam jedną. Jak na złość akurat nie tę, której potrzebuje dziecko bardziej marznące. Jednym słowem Pierwszy by się na mnie obraził. Cieplejsze kurtki są w szafie, zastawionej ze względu na remont. Stwierdziliśmy zgodnie z mężem, że 5:50 to nie czas na przemeblowanie 😉 i zajmę się nim później. Chłopcy zostali w domu, ale tym bardziej mam motywację do przygotowania się na jutrzejszy poranek.

Trzecia już zdążyła przynieść sobie krzesło i wspiąć się do pudełka z LEGO w którym Pierwszy schował przed nią swoje budowle. Oczywiście pudełka nie utrzymała i skarby wylądowały na podłodze w strzępach, ale sytuacja już opanowana. Ona wiedziała że będzie „dym” – zwiewała w trybie szybkim. Natomiast Drugi zdążył już trzy razy się na mnie obrazić i wsadzić bratu krzesło w oko. (Nosił przed sobą zbroję z krzesła plastikowego).

A w ogóle to miało być dzisiaj o oszukiwaniu. Więc wczoraj Pierwszy zauważył, że w końcu ma zaszytą dziurę w kurtce. Niby mała, ale przypominałam sobie o niej już jak był w przedszkolu i zapominałam dzielnie na dobę. Tam lekko wystawała wata.

Mamo! Szkoda, że już nie mam tej dziury. Mówiłem kolegom, że jak się tam położy ziarenko cukru to mi wyrasta wata cukrowa. I uwierzyli

opowiedział mi rozbawiony

Pierwszy zbudował wczoraj prom kosmiczny. Zajrzałam do środka i mówię z pełną powagą:

  • O! Widzę tu małego krasnoludka!

Chłopcy zaczęli zaglądać do środka.

Pierwszy – O widzę go! I widzę jeszcze jednego. Jeden ma czerwoną czapeczkę, a drugi zieloną.

Drugi – Ja też widzę! Haha to był mój palec! Nie ma tam krasnoludków.

Pierwszy – Są! Babcia A. mówiła, że widziała! Ona nie kłamie.

Ja – Wiesz synku, ale jak tak mówiła to byłeś niemiły.

Pierwszy – Wiem. To mogę ją teraz przeprosić?

W sobotę była zabawa w błocie. Zapas wody podeszczowej w zabawkach się skończył. Powiedziałam, że mogą pójść na drugą stronę domu i wziąć wodę z wiaderek ;). Wrócili szczęśliwi i nagle słyszę jak szeptem Pierwszy mówi Drugiemu:

Pierwszy – Weź wodę z kranu, ale mamie powiedz, że z wiaderka.

Ja – To skąd bierzecie tę wodę?

Pierwszy – No z wiaderka jak prosiłaś.

Ja – Wolę uczciwość, to skąd ta woda?

Pierwszy – No dobra, z kranu, bo w wiaderkach nie było


Pierwszy – Mamo a dlaczego Drugiego nie nazwałaś tak samo jak mnie?

Ja – Bo to troszkę słabe, żeby dzieci miały tak samo na imię. No i by się myliło.

Pierwszy – Wystarczyłoby żebyś nas odznaczała czyli Pierwszy Jeden, Pierwszy Dwa. Albo lepiej – Pierwszy Starszy i Pierwszy Młodszy. Ja oczywiście byłbym Pierwszy Starszy.

Ja – To ciekawe.

Pierwszy – Trzecia, a Ty byś się nazywała Zenobia Pierwsza a nasza siostra Zenobia Szósta.

Drugi – Mamo, czy Pierwszy może teraz potłuc to jajko? (*Trzepali jajka na grzanki)

Drugi – Mamo, gdzie jest ścierka?

Ja – Proszę

Drugi – Nie taką, nie chcemy tetery. (*Tetry), bo chcemy umyć zabawki.

Młoda dziś przyniosła mi z kuchni czosnek :). Ogólnie lubi tam przebywać i stukać talerzami. Przynosi sobie krzesło i sprawdza blaty :).

Zwykły dzień

Dzień jak co dzień. Pobudka o 6 na 30 min. Czasami budzi się Drugi na przytulenie, czasem Trzecia na zabawę w pokoju bez braci. Co istotne Pierwszy próbuje jak najdłużej nie spać w nocy by być ze mną sam na sam. Potem jest dosypianie na czujnym śnie czy wszystko pod kontrolą. Dość często wstaję kiedy kłótnia między rodzeństwem wchodzi w wyższą fazę.

Potem śniadanie. Najpierw długie dyskusje co będą jedli. Uznałam po wielu latach, że robienie kanapek po to by później zastanawiać się co z nimi zrobić, nie ma sensu. Jeden zje jajko, drugi zdecydowanie nie. Dziewczynka zje zarówno jajko jak i to drugie ;).

Potem następuje akcja „ubierz dziecko”. Młoda biega po domu po każdym matczynym sukcesie. Pierwszy to ściągnięcie piżamy i pieluchy. Dobrze że jeszcze nie ma schodów na górę to mamy mniejszy dystans.

Pierwszy się zbiera do ubierania godzinami, bo ma ważniejsze i ciekawsze sprawy. Drugi desperuje, że nie umie i musi mu ktoś pomóc. Wystarczy siedzieć obok, ale najczęściej w trakcie biegam do kuchni żeby złapać Trzecią by założyć jej kolejną część garderoby – a zimno się zrobiło to i warstw więcej.

Po sukcesie zaczyna się akcja „daj syropek”. Kolejność jest ważna. Drugi lubi najpierw na odporność potem na kaszel, Pierwszy odwrotnie a młoda chciałaby syrop za każdym razem jak oni dostają, więc najlepiej 4 razy.

O tej porze pranie już jest raczej skończone i na szybko ściągam to co wyschło i w praktyce leży na łóżku dopóki nie muszę go ścielić. Potem odkurzanie, gotowanie i czasem krótkie wietrzenie dzieci, bo i drewno by się przydało na wieczór. W międzyczasie rozdzielam kłócących się chłopców. Trzecią zabieram, żeby nie niszczyła budowli i tak mija czas.

A i często szukamy pilota do tv. Czasem znajduję go na kuchence dziecięcej, bo młoda wynosi. Dziś był między klockami. Spytana gdzie pilot mówi „tam”. Jak uda mi się załatwić chwilę ciszy przed bajkami i uśpię Trzecią to jestem uziemiona. Od kilku dni ma radar i jak tylko ją odłożę i wstanę z łóżka, budzi się.

Potem wraca tatuś. Tylko najczęściej idzie budować, rąbać drewno itp. Ja już powoli czekam na finisz dnia. Około 18 rozpalam i powoli ogarniam mycie dzieci i kolację. Oczywiście kolacja wygląda tak jak śniadanie. Plus chłopcy głodnieją w różnych momentach. Mój ulubiony to 22 i jęk „mamo jestem głodny”.

Trzecia usypia różnie. Czasem o 19, czasem o 22. Zdarza się, że zasypia i śpi z krótkimi przerwami na przytulenie do rana, czasem budzi się po 2h wypoczęta i gotowa do zabawy. Wtedy uwielbia wszystkich przytulać, wsadzać im palce w oczy ewentualnie robić „benny hilla” w głowę.

Potem jak już wszyscy zasną, ja ogarniam nocne sprawy. Czasem szykuje mięsko na następny dzień, czasem zmywam, wrzucam pranie do pralki żeby z rana włączyć tylko „start”. Potem muszę głowę wyciszyć. Jak zdążę to nawet zasnę przed tym jak na pierwsze przytulanie wstanie Trzecia, czasem nie.

Wczoraj Trzecia o 6 rano stała i patrzyła jak załatwiam poranną toaletę i skrzypiała drzwiami. Drugi popołudniu zostawił mi ogryzek jabłka mówiąc, że to dla mnie gdybym była głodna. Pierwszy dziś dla odmiany uznał że o godzinie 11 piżama to jednak dobry pomysł, a mi się nie chce kłócić. Wczoraj byli rycerzami walczącymi z zabawkami i wszystkie posprzątali. Byli też rycerzami, ktorzy walczyli z warzywami i obrali wszystkie do dwóch zup (tak…zrobiłam dwie zupy). Ciekawe czy dziś będzie spokojniej.

O cyklopie i sukience

Dziś troszkę humoru 😉 można podciągnąć pod dialogi 😉 aczkolwiek chyba nie wszystko.

Od soboty jest u nas tablica. Pierwszy wyładowywał się artystycznie – na zdjęciu potwór (uświadomiłam go, że taki z jednym okiem to cyklop): – A to ok, a są cyklopy z ogonem?

Rysował głównie mnie (nie zdążyłam zrobić zdjęcia – Drugi szybciej użył gąbki). Przyszedł, obejrzał mnie i stwierdził: – To ja Ci narysuję drugą* twoją ulubioną fryzurę. I tu na tym obrazku na nasz krzyczysz. Wpisz w chmurkę „chłopaki wykrzyknik”.

*Włosy mam zawsze spięte w koński kucyk, czasem po wstaniu mam artystyczny nieład

A dziś dałam popis geniuszu matczynego. Ubrałam na szybko Trzecią. Rajstopki, podkoszulka zielona i sukienka z długim rękawem. Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zielona podkoszulka wyskakiwała z rajstop i robiła za jeszcze dłuższą sukienkę. Dziwne to było, bo byłam pewna, że jednak ta koszulka wyglądała na krótszą latem.

Rozwiesiłam pranie i okazało się, że zielona podkoszulka założona według mnie na Trzecią wisi, ale na suszarce.

W podwójnym zakręceniu (chowając do półki i podczas ubierania) dałam Młodej koszulkę Pierwszego. Nawet nie miałam dziś czasu spojrzeć czy to ta koszulka, bo Trzecia zwiewała przed ubieraniem. Ona nosi rozmiar 86, a Pierwszy 116 ;). Trzeba wykorzystać patent – brać tylko koszulki chłopców na wypadek awarii to i ich przebiorę i najmłodsza będzie miała gustowną sukienkę.

Pierwszy – Mamo, pani prosiła żebym jutro przyniósł do przedszkola opakowanie na jajka.

Ja – Chodzi ci pewnie o wytłaczankę. Akurat dziś wyniosłam do kuchni letniej do babci, ale jak pójdziesz do niej to ci da.

Pierwszy – Nie ma mowy. Powiedziałem już pani, że nie przyniosę. Co ta pani sobie myśli? Babci są potrzebne i nie będę brał.

Ja – Synu… Tak się nie mówi do pani to raz, a dwa to babcia zbiera wytłaczanki żebyśmy nie wyrzucali i nosi panu, który ma kury. Jeśli pan nie dostanie jednej wytłaczanki, bo zaniesiesz do przedszkola to nic złego się nie stanie.

Pierwszy – A to ok.

Wyprawa pod Łomżę cz.2

No i zapomniałam w tamtej części opowiedzieć o jednym z przystanków. Zatrzymaliśmy się na stacji Orlen. Dzieci koniecznie musiały poprosić o hot-doga. Myśmy wzięli kawę. Otrzymaliśmy trzy zdrapki. Pierwszy drapał z dużym zaangażowaniem i nagle mówi „Mamo wygrałem batona” :). Miał chłopak rację ;). Następnie rezolutnie stwierdził „Lepsze byłoby piwo, to dałbym tacie”. Rozbawił tym obsługę: „To dopiero dobry syn”. A matka szukała dołu coby tam głowę schować ;).

Młody batona przekazał rzeczywiście tacie. Dzieciaki na stacji kłębiły się ostro i obsługa naprawdę miała ostry ubaw. A teraz po tym uzupełnieniu wracam już do opowieści właściwej.

Po ślubie i życzeniach sprawnie wsadziliśmy dzieci do samochodu. Oczywiście Trzecia wpadła w czarną rozpacz – ileż razy można dawać się uziemić w foteliku? Na ten hałas zareagował oczywiście Pierwszy, krzycząc, że jest za głośno i boli go głową. Chwilę później to samo krzyczał Drugi. Nas wszystkich też bolały głowy, a ratunek był w pokoju numer 1!

Kiedyś między kościołem a parafiami był szybki dojazd. Teraz zrobiono trasę szybkiego ruchu i przejazd między wsiami jest długi oraz kręty, prowadzący serwisówkami. Młoda się dała ululać i … zasnęła jak wjeżdżaliśmy w bramę docelową. Gdy tylko silnik zgasł ,otworzyła oczy gotowa do dalszej imprezy.

Poszliśmy witać państwa młodych. Szampana nie piłam, trzymałam chłopców za ręce a ci co chwilę, bynajmniej nie szeptem, pytali mnie kiedy pójdziemy do pokoju. Trzecia poszła na drugą stronę sali towarzyszyć części rodziny która szampana piła. Widziałam ją z daleka i miałam problem w powadze śpiewać „Sto lat” Młoda hopsała całą sobą w rytm piosenki. Zabawa się zaczęła.

Wzięłam chłopców na górę, napoilam syropkiem ratującym przed bólem i wręczyłam im słuchawki wygłuszające. Najbardziej wrażliwy na dźwięki Pierwszy stwierdził, że wygląda w nich głupio i mu niepotrzebne. I nie użył ich ani razu :).

Młoda w praktyce hopsała i tańczyła prawie cały czas. Oprócz tego zrobiła kilometry między stolikami. Gadała z lustrem i ogólnie była przesłodka i nawet mnie zaskoczyła ilością energii jaką z siebie wykrzesała. Padła dopiero o 22.

Chłopcy po zjedzeniu rosołu i tuż po pierwszym tańcu postanowili ewakuować się do pokoju. Bawili się tam zgodnie a my kontrolowaliśmy czy wszystko ok. Zresztą w terenie orientowali się lepiej niż my i szybko nas znajdowali. Jedną osobę zawsze można było znaleźć w okolicy Trzeciej, a reszta przebywała na świeżym powietrzu analizując między innymi to czy pochodzimy od Kurpiów czy bynajmniej.

O 22 wzięłam moje najmłodsze dziecko pod pachę, zaniosłam do pokoju, ubrałam w piżamkę i uśpiłam przy pomocy mleka które mam zawsze przy sobie. Następnie wysłałam pierworodnego syna po dorosłego który mnie zastąpi, żebym miała szansę troszkę odpocząć.

Przyszedł mój mąż, a ja zabrałam chłopców żeby troszkę wyszli z pokoju i porozmawiali z ciotkami. W ten sposób niektórzy zobaczyli jak mam wysportowane dzieci, bo bez popisowej gwiazdy (w eleganckich niewygodnych ciuchach) się nie obyło. Niektórzy usłyszeli wykład z fizyki o tym dlaczego niektóre rzeczy nie spadają. Część dzielnie przytakiwała słuchając wykładu o łaziku arkrtycznym. Pierwszy pokochał nowo poznaną ciocię, bo ta dzielnie towarzyszyła mu w tych wszystkich opowieściach.

Drugi dla odmiany zaczął zasypiać, ale ja wiedziałam że te 16kg jest w stanie samodzielnie przemieścić się do pokoju. No ale znalazła się litościwa ciocią, a ja widziałam tylko satysfakcję na jego twarzy.

Pierwszy trzymał się dzielnie do północy, aż zdecydował się na prysznic (z myciem głowy) i zasnął. W tym czasie powróciłam do pokoju dokładnie w momencie, gdy Trzecia się obudziła i pytała o mamę. Przytulona zasnęła skutecznie na dłużej.

Z rana obudził mnie Drugi i stwierdził, że powinnam już wstawać, bo przecież mówiłam, że w hotelu będziemy tylko jedną noc, a mamy przecież ranek.

Na korytarzu stały szwedzkie stoły z jedzeniem. Drugi był głodny, a Pierwszy rozpaczał, że nie możemy jeść dopóki nie będzie wszystkich, bo to niekulturalne. Troszkę zajęło mi czasu wytłumaczenie mu, że forma podania posiłku jest taka ze względu na to, żeby każdy zjadł wtedy gdy będzie głodny.

Trzecia wpadała w czarną rozpacz w pokoju, bo koniecznie chciała korzystać z tego, że hotel ma schody i wiele zakamarków. No i jak poszła tak zabrała mnie na dwór i poprowadziła za budynek, a tam stała trampolina i huśtawka. Jak to mawiają – lepiej późno niż wcale. Poszłyśmy powiedzieć chłopcom, że jakby nie było w naszym życiu Trzeciej to nie miałby kto odkryć atrakcji. Przytulili ją mocno i serdecznie.

Czas do poprawin minął szybko na trampolinie i zaczęliśmy jeść. Około 15 trzeba było wracać. Oczywiście wcale nie takie proste było przywiązać dzieci do fotelików. Młoda padła, „aż na godzinę” a potem ostro protestowała. Śpiewałam, puszczałam muzykę, dawałam jej chrupki – to wszystko miało sens, ale jak tylko przypominała sobie, że jest zapięta włączała sygnały dźwiękowe i mogliśmy jechać jako pojazd uprzywilejowany.

Szczerze to po drodze powrotnej czuliśmy się wszyscy jakby nas ktoś przeprał w pralce. Ale dojechaliśmy.

Już w Lublinie Pierwszy odkrył, że brak my jedynki i zaczął się zastanawiać jak sobie poradzi wróżka zębuszka bez dowodu. Drugi stwierdził, że wróżka to mu dwa zęby wyrwała i nie dała pieniędzy. Stwierdziliśmy rodzinnie, że najgorszymi wróżkami zębuszkami są jednak dentyści. Nie dość że zabierają zęby to jeszcze zamiast dać kasę to ja od nas biorą.

Po dojechaniu Młoda padła w praktyce od razu jak tylko ją przytuliłam i spała do rana z krótkimi przerwami na jedzenie i przytulenie.

Ja dzielnie ogarnęłam to co ważne, bo miałam zamiar wysłać dzieci do przedszkola. Jednak gdy miałam wstać ich ubrać, bo mąż wychodził do pracy, stwierdziłam, że spokojnie mogą zostać w domu i dalej padłam.

Pierwszy spal od 21 w niedzielę do 10 w poniedziałek. Drugi spał od 22 w niedzielę do 11 w poniedziałek (z pobudką na 2h między 7 a 9). Trzecia też jak nigdy ładnie spała.

Było ciężko, chociaż opieka nad dziećmi rozłożyła się aż na 4 osoby, plus często dalszą rodzinę. Dzięki temu każde z nas też miało szansę skorzystać z wesela i spotkania w gronie rodzinnym. A dzieci? Pierwszy tęskni za ciocią od klocków ;). Drugi przeżywa to, że spał w hotelu. Trzecia bez zmian – tańczy jak tylko usłyszy jakiś rytm i wszędzie jej pełno.

Wyprawa kolejowa

Organizacja tej atrakcji zajęła mi w praktyce dwie tury wakacji. Moja babcia pracowała na kolei i brała nas na kolejarskie wycieczki, głównie nad morze. Spaliśmy wtedy w wagonach kolejowych. Uwielbiam podróże pociągami!

Jednak mam problem z jeżdżeniem dla samego jeżdżenia. Planowałam pojechać do Radomia spotkać się z dobrym duchem, tylko tory remontują i połowa trasy odbywa się komunikacją autobusową. Potem myślałam o ZOO w Zamościu, ale strona internetowa twierdzi, że pojechać mogę popołudniu, ale wracać rano. Podobno to nieprawda, ale wolę nieryzykować. Wymyśliłam nawet wycieczkę na podlubelskie lotnisko i z powrotem, ale nie jestem pewna czy zobaczylibyśmy jakiś samolot.

Kiedyś pracowałam w Niedrzwicy Kościelnej i jednym okiem kojarzę stolicę gminy Niedrzwica. I tak wróciliśmy do korzeni. Przeszliśmy przez miasteczko, pobawiliśmy się na placu zabaw, chłopcy zwiedzili toaletę w Gminnym Ośrodku Kultury i przez szybkę obejrzeli wozy strażackie w OSP. Oprócz tego spotkałam się z dzieciatą koleżanką i byliśmy na lodach.

Wycieczka była bardzo poważna. Chłopcy mieli swoje plecaki i w każdym indywidualny prowiant. Drugi od jakiegoś czasu nie jada żółtego sera. Dla odmiany Pierwszy od niedawna zaczął jeść ten produkt.

Pojechał z nami mój kochany brat. Miło z jego strony, bo bez jego obecności, organizacja wycieczki zahaczyłaby o kolejne wakacje. Trzecia postanowiła odwiedzić kran w łazience dworcowej, co kosztowało mnie 2,5 zł 😉 ale nie będę narzekać – było sprawniej niż gdybym próbowała ratować sytuację chusteczkami!

Trafiliśmy na cudownego pana w kasie, który sam z siebie dopytał o szczegółowy wiek dzieci. Tym samym drukował bilety i sprawdzał kilka razy czy wszystko się zgadza. Ja jechałam na bilecie ulgowym, bo posiadam kartę dużej rodziny, mój brat na normalnym gdyż takiej karty nie posiada. Pierwszy jeździ na ulgowym że względu na wiek 🙂 jeszcze nie szkolny, ale nie posiada legitymacji. Trzecia posiada bilet bezpłatny, bo nie wygląda jeszcze na 4 lata. O Drugiego pan dopytał czy skończył już 4 lata, bo jeśli nie dmuchał w tym roku kalendarzowym świeczki to również jeździ za darmo.

Jak na złość w szynobusie zajęliśmy miejsce koło którego nie działała klimatyzacja. Efekt był taki, że jak wysiedliśmy byliśmy mokrzy jakbyśmy byli pod prysznicem. Plus upał nie robił na nas wrażenia.

Spacer po Niedrzwicy, zabawy na placu zabaw, lody to było to co skutecznie zajęło dzieci do czasu pociągu powrotnego.

Na dworzec przyszliśmy w ostatniej chwili, ale okazało się, że pociąg ma opóźnienie. Dzieci siadły sobie tak jak widać na zdjęciu :). Ten pociąg co go widać to z Lublina jechał.

Opóźniony pociąg zapowiedzieli w ostatniej chwili, więc szliśmy tempem szybkim. Nawet metal, który przedziurawił mi buta nie mógł mnie zatrzymać przed wejściem do tego szynobusa.

Tym razem klimatyzacja działała, ale dla odmiany popsuł się Pierwszy. Coś mu się w głowie umaniło i chciał stolik. Nawet pan ustąpił mu miejsce koło stolika, ale to NIE BYŁ taki stolik jak on chciał. Cieżko było go ogarnąć, a jak się uspokoił to Trzecia zaczęła zaczepiać ludzi przed i za nami :). Teraz monitoruję portale o „madkach i bombelkach” ale jeszcze nie czytałam nic o naszym powrocie to może nie było tak źle?

Reasumując 🙂 warto było, chociaż każda taka wyprawa wypompowuje ze mnie dużo energii. A ja już się umówiłam na „kiedyś” na kawę w Niedrzwicy 😉 plus czekam na koniec remontu torów do Radomia i pewność, że są te pociągi których mi potrzeba do Zamościa.

Wycieczka była? Prowiant był? Pół dnia nas nie było? Wszyscy cali i zdrowi? Czyli było super 🙂

O drabinie i innych wakacyjnych atrakcjach

Nogi Drugiego 🙂

Życie się toczy swoim torem. Wakacje się kończą, przedszkolne zakupy w toku, fryzjer umówiony. Tym razem obcinanie nie wyszło mi zgodnie z moim oraz właściciela włosów, zamysłem. Drugiemu bałam się już włączać maszynkę, a Trzecia chyba zasługuje na równo przycięta grzywkę, zwłaszcza, że przed nami rodzinne występy w drugiej części Polski.

Oprócz tego ponad tydzień temu moja matczyna miłość była tak duża, że bez zastanowienia i analizy sytuacji, będąc jedyną osobą pełnoletnią po naszej stronie płotu, postanowiłam odzyskać styropianową rakietę, która zamieszkała na dachu garażu. Mało z tego pamiętam, ale Pierwszy mi wszystko opowiedział, łącznie z tym, że tym razem nie myliłam ich imion, a oni się lekko przestraszyli. Oczywiście rakiety nie odzyskałam. Teraz tylko chodzę na badania, które mają potwierdzić, że zanik pamięci i zakręcenie to efekt mojego charakteru, a nie upadku.

Co tam jeszcze? 🙂 Wszystko dobrze 🙂 dzieci czasem są złośliwe, czasem się gryzą, czasem marudzą – ot życie. Pierwszy powoli zaczyna czytać i traktuje to jak rozwiązywanie kalambur 🙂 i zaczął mu się ruszać jeden ząb. Troszkę się przestraszył, bo chwilę przed tym gryzł klocek i myślał, że to efekt tej działalności, a nie starzenia się mleczaków.

Nudny las

Wszystkie dzieci, tatuś, dziadek i mama z tyłu

Wyjazd z naszą „czeredą” to nie lada wyzwanie. Chłopcy, gdy zaczynają się nudzić podszczypują się, a Trzecia po chwili wpada w czarną rozpacz. Czeka nas wyprawa na wesele mojego kuzyna za 3 tygodnie i taki trening wycieczkowy nam się przydał.

Byliśmy w lesie. Cisza i spokój. Świeże powietrze i piękne drzewa. Widzieliśmy paśnik oraz różne ślady zwierząt.

To albo dzika albo sarenki, ja odróżniam tylko ślady buta ;).

Były też takie dużo większe – dużego stwora. Dzieci nie dały się oszukać i wiedziały, że to ślady pozostawione przez tatusia.

Oprócz tego zachwycili się zielonymi żukami. Starali się nic nie niszczyć, nie krzyczeć i ogólnie byli zadowoleni.

Obserwacja w toku
Pan zielony żuk (lub pani)

Oczywiście do czasu :). Trzecia dość szybko wylądowała na rękach i starsi bracia również o tym marzyli. Przede wszystkim nie daliśmy ich rady nieść, bo już dość dużo ważą, a poza tym chcieliśmy ich troszkę zmęczyć.

Kierownik wycieczki pokazał najstarszemu synowi, gdzie jest miejsce w którym zbiera grzyby (a to jest tajemnicą). Tylko, że grzybów nie było. Wypatrzyliśmy za to dużo muchomorów. Ale Pierwszy mimo wszystko wrócił ze zdobyczą – dwoma grzybami jadalnymi. Drugi wziął z lasu żołędzia, a Trzecia wszystkie zebrane szyszki rzuciła w dal z piskiem radości.

Tam są gdzieś muchomory 🙂

Pierwszy na koniec stwierdził, że nie widział nawet wiewiórki, więc w takim lesie jest nudno. Odpowiedziałam mu, że właśnie o to chodzi, bo taki las wycisza i uspokaja. Drugi dla odmiany kilka razy stanął i nadstawił uszu, po czym uradowany pytał mnie czy też słyszałam te ptaszki.

Oprócz tego jestem tak zdolna, że nie dość, że w krzakach zgubiłam komórkę i zorientowałam się dopiero na ścieżce, to udało mi się znaleźć miejsce w którym byłam i sprzęt do mnie powrócił cały i zdrowy (i nie mokry!).

„Głupia” wieża widokowa

Później kierownik wycieczki zawiózł nas na wieżę widokową. Oczywiście w drodze Pierwszy twierdził, że to „głupia” wieża i on nie wyjdzie z samochodu. Jednak pobiegli tam na górę szybko i sprawnie.

Pierwsze wejście

Byli na samej górze z tatą. Trzecia popatrzyła i już za chwilę pognała za nimi, a ja za nią. Na pierwsze piętro weszła sama, a na drugie już jej nie puściłam. Schody były tak bardzo strome, że nie dałabym rady z nią zejść sama. Ale dziecko ma tatusia! Więc tatuś wszedł na wieżę jeszcze raz.

Wieża jak na „głupią” przystało na tyle się spodobała, że chłopcy zaciągnęli na nią też dziadka. I znów byli na szczycie, by potem biegać jak szaleni na jej pierwszym piętrze.

Więcej zdjęć brak, bo potem byliśmy nad naszym ulubionym jeziorem Sumin. Tam założyłam sobie i młodej odpowiedni ciuch, a chłopcy swoje kąpielówki ogarnęli sami. Zaczęłam dyżur wodny, mąż zaczął dyżur brzegowy. Rok i dwa lata temu chłopcy biegali co chwilę na kocyk i do wody :). Plus Drugi jeszcze miał duży dystans do tego żywiołu ale chyba już mu przeszło.

Pierwszy to naprawdę ogromny fan wszelkich wód od maleńkości. Drugi kiedyś głównie chodził w wodzie ze mną, a teraz siadał i było widać mu tylko głowę i bawił się super. Nauczona ostatnim doświadczeniem ze średnim liczyłam na to, że Trzecia będzie się bała i wskoczy mi na ręce. Ogólnie chyba jeszcze pamięta wody płodowe, bo próbowała pływać – również na plecach i bawiła się nieziemsko.

W efekcie tym razem nie wychodzili z wody (poza Trzecią, którą udało mi się troszkę ogrzać w ramionach tatusia). Po godzinie nadal nie chcieli wychodzić, ale miewamy czasem na nich wpływ. Bardzo się ucieszyli, że samochód był nagrzany.

Wrócili szczęśliwi. Młodsze dzieci padły podczas jazdy, a Pierwszy trzymał się dzielnie. Tylko taki wyciszony był wieczorem. Spytałam czy go coś boli: „Nic mnie nie boli, jestem tylko troszkę zmęczony” .

No i mamy sukces! Zasnął przed 23! Reszta też drzemie, ale to nic nietypowego w ich wypadku.

I tak sobie myślę, że fajnie, że las ich troszkę wyciszył, że usłyszeli śpiew ptaków i zobaczyli żuczki i mrówki. Może pokochają las i taki odpoczynek tak samo jak ich rodzice, bo tak naprawdę nie trzeba wymyślać niewiadomo jakich atrakcji żeby uatrakcyjnić dzień.

A ja? Zmęczona bo jednak to było wyczerpujące przeżycie, ale udało mi się mimo wszystko zrelaksować i wyciszyć. Plus zawsze dobrze robi mi zmiana otoczenia, ale tylko na chwilę, bo lubię z nimi wracać na noc do ich łóżeczek i sprawdzonego sytemu wieczornego.