Święto i po…

Mistrzu Wu czyli dziadek 😉
Babcia 😉 tym razem „zgoliła wąsy” ale ma korale jak co roku 😉

Udało się w tym roku ogarnąć święto Babci i Dziadka bez choróbska. W święto babci Trzecia zaczęła mówić „cieść” i wita mnie tak z dużą dozą radości. Dzieci wykonywały telefony z życzeniami, czasem udało się spotkać. Wcześniej w przedszkolu były jasełka i serduszka od wnuków. Na ścianach naszych domów rodzinnych wiszą kalendarze z dziecięcymi zdjęciami.

Już po świętowaniu i chłopcy dziś już w kurtkach zostali zawróceni do łóżek. Póki co tylko Drugi jest na mnie obrażony, gdyż nie mam ani kotletów na śniadanie ani kiełbasy. Cóż począć – jestem beznadziejna i mnie nienawidzi.
Pierwszy poprosił o jedną kanapkę, bo przecież zawsze można dorobić. Nauka nie idzie w las. Zresztą połowę zostawił. Muszę zanotować że to nie czas jego wzrostu – w najbliższym czasie nie będzie zmiany garderoby.

Trzecia natomiast miewa podwyższoną temperaturę i wtedy spokojnie się przytula do mamy 😉 jednak czasem wpada w rozpacz i dostaje syropek i wtedy jest już sobą. A że ma temperament po mnie, to jej wszędzie pełno ;).
Drugi właśnie orzekł, że nie będzie nosił kapci bo nie ocieplają, gdyż mają dziury. I siedzi teraz karnie koło mnie żeby nie mógł kopać brata. Oczywiście twierdzi, że i tak będzie wszystkich „tłuc” bo go „nie pokonam”.

Na dole dzieło przedszkolne Pierwszego z tzw. „darów froebla”. Chłopak ma poczucie humoru. Rok temu babcia miała wąsy „bo babcia ma poczucie humoru i nie jest nudno na obrazkuq” 😉 . W tym roku wystylizował dziadka na Mistrza Wu (postać z bajki Ninjago) i żeby było zabawnie to nawet kapelusz jest podobny do tego, który dziadek posiada, ale to wyszło niechcący.
Skąd wiem, że to miałbyć dziadek jako Mistrz Wu? Bo Pierwszy przyszedł i mnie spytał czy się dziadek nie obrazi, że zrobił z niego postać z kreskówki ;).

Oprócz tego poranki w normie. Trzecia rano wstaje rozbiera się do naga, załatwia swoje sprawy na nocniku, przychodzi i wybiera sobie ubranie :). I część zakłada sama – spodnie i skarpetki 😉 a część wręcza mi mówiąc „to”. Oprócz tego pokazuje na krople do oczu żeby jej zapuścić. Normalnie jak nie moje dziecko ;). Chłopcy raczej w jej wieku trenowali zwiewanie przed lekami i ubieraniem.

Dobrze, że jeszcze mam kilka dni urlopu czyli ferii to może uda się ich wykurować. A do pracy wrócę w podskokach i z radością. 😉 ogólnie może być ciekawie 🙂 ale kto nie zajmuje się trójką podziębionych dzieci ten nie pije szampana jak wyzdrowieją ;). Dużo dobrych myśli się przyda napewno już popołudniu ;).

Dziecięca radocha

No nie mogłam im tego zrobić. Staram się prostować zawsze ich błędne spojrzenie na świat. Tłumaczę im prawa fizyki, kultury, ale teraz nie chciałam zabierać im tej dziecięcej radości.
Pojawił się na dworze szron, a oni wystrzelili do przodu z dzikim i pełnym radości krzykiem:

„Mamo! Zobacz! Jest resztka śniegu!”.

No i nie wyprowadziłam ich z błędu. Byli tacy szczęśliwi. Tak sobie myślę, że gubimy w życiu te dziecięcą radochę z powodu małych rzeczy.

Chwile

Nie wiedziałam, że będzie mi tego brakować. Dużo radości i spokoju daje mi to niespieszne przytulanie po spacerze w dzień. Karmię piersią z krótkimi przerwami już ponad 6 lat. Dopiero podczas tej części przygody udało mi się opracować wygodną pozycję kiedy możemy się wtulić i kręgosłup mnie nie boli. Nawet bez problemu sama zasypiam.

Nie wiedziałam, że to był dla mnie ważny i potrzebny moment w ciągu doby. Teraz jej dzienną drzemkę spędzam w pracy.

Oprócz tego w końcu poczułam jak być mamą względnie rozgarniętego sześciolatka. Czterolatek był w przedszkolu i w praktyce było w miarę spokojnie. Nikt nie wołał mnie co chwilę np do nalania picia, włączenia światła w WC. Pomijam już brak bitew i przezywania. Myślę, że i poranna zmiana w przedszkolu miała lżej z powodu rozdzielenia braci.

Koleżanka mnie dziś spytała czy ja odpoczywam jak mam dzieci pod opieką. Dziś do 16 było tylko dwoje. Trzecia, która zachowywała się w swojej normie – wrzuciła router wifi do WC patrząc mi prosto w oczy. Był też Pierwszy, który ogólnie zajmował się sam sobą, ale też dużo mówił (swoją drogą ciekawe po kim to ma 🙂 ).

Czy odpoczęłam? Troszkę tak, ale naprawdę już z utęsknieniem nasłuchuje dziecięcego chrapania.

No i jutro nie mam pobudki przed 6 :). Takie małe radości w ferie ;).

O fance kotków

Trzecia jest fanem zwierząt – zwłaszcza kotów. Na dworze je woła robi „iał” ale jeśli tylko zobaczy, że się zbliżają wpada w prawdziwą panikę. Jednak jej ciekawość jest większa. Mimo lęku nie mogłam jej 15 minut zabrać z miejsca w którym widziała kota na drzewie. Jak tylko odwracał się w jej stronę, zaczynała się prawie dusić ze strachu. Po chwili znów go wołała.

Tu na zdjęciu zakosiła poduszkę Drugiemu tylko po to, żeby przyjść do mnie i położyć się w kuchni na zimnych płytkach. Wiem, że Drugiemu, bo za chwilę zaczął krzyczeć „Młoda oddawaj moją poduszkę”.

Trzecia z rana rozbiera się do rosołu, zostawia pieluchę w ciągu komunikacyjnym i zasiada na dziecięcym tronie z sukcesami. Jak się jej przypomni, że zużyte pieluchy idą do smietnika, to wyrzuca je zgodnie z aktualnym systemem sortowania. Przypominam, że nie ma 2 lat, więc jestem w lekkim szoku.

Oprócz tego udaje głupiutką wtedy gdy np. chce zabrać i poklikać na komórce, wyłączyć prąd z przedłużacza, zabrać chłopakom słodycze z mikołajkowych paczek (swoje już zjadła) i ewentualnie jak ma ochotę wsadzić klocki do kubka z piciem i zamoczyć sokiem pół chałupy.

Oprócz tego zakłada czapkę – czasem odwrotnie, ale wie jak pociągnąć troczki 😉 tylko czasem robi to na tyle skutecznie, że nic nie widzi. Zakłada prawie samodzielnie spodnie, a nawet buty – preferuje buty chłopców i zostawia je tam gdzie ma ochotę. Ostatnio Drugi znalazł śniegowce przy pralce.

Umie też samodzielnie jeść, chyba że jej się znudzi i rzuca jedzeniem po pokoju udając że nie wie, że tak nie można.

Jak jej na czymś zależy – daje sobie radę z bardzo skomplikowanymi poleceniami: „podnieś te zabawki, zanieś na miejsce a potem dopiero dostaniesz czekoladki”.

Umie też w takich wypadkach pięknie wynieść papierki do śmietnika, talerzyk zużyty do kuchni. Bywa jednak czasem tak, że patrzy nam w oczy i wyrzuca sobie wszystko pod nogi udając, że nie rozumie co mamy na myśli. Oczywiście ma wtedy odpowiednio głupkowatą minę.

Nic się nie zmieniło i uwielbia chłopcom wrzucać do wanny ich puchowe ciapki, ręczniki przygotowane do wytarcia i piżamki. Umie też włączać pralkę jeśli nie zdążę jej wyłączyć i pranie czyści się na nowo.

Jak wynoszę pranie samodzielnie z łazienki to się obraża, bo chce pomóc, a mokre z pralki wyciąga całkiem zawodowo.

A! I umie po ciemku pójść na drugi koniec mieszkania i wziąć sobie ceramiczny talerzyk. Chodzenie po ciemku po drabinie też jej idzie nieźle. Robi to boso i bardzo cicho. Drabina jest już chowana :).

Być ideałem

Bardzo często jest tak, że dążę do jakiegoś ideału bycia mamą, żoną i nauczycielem. Nawet jak nie chcę to widzę jak mają inni i gdzieś w głębi się porównuje. Są dni kiedy mam wrażenie, że inni naprawdę wszystko robią lepiej.


Moim wzorem organizacyjnym są moi rodzice, którzy wychowali 5 dzieci, a ja przecież mam trójkę. Dzieciaki się kłócą i biją. Moi synowie mają bardzo rozwinięte słownictwo 🙂 zwłaszcza te niewłaściwe. Ostatnio usłyszałam zdanie „Ojej, jak dobrze że widzę drugą mamę, która jest bezradna”.


Tak – często jestem bezradna. Często mam wrażenie, że kompletnie nie uczę dzieci świata. Myślę że mówienie do słupa ma większy sens niż do nich.


Widzę ten bałagan w domu i mimochodem porównuje się do mojej teściowej, która miała wszędzie porządek i dzieci szły spać jak na zawołanie i nie marudziły przy jedzeniu. I też miała ich trójkę.


Siadam wtedy i zastanawiam się czemu nie umiem gotować na tyle smacznie żeby chociaż pies chciał jeść (ten też jest wybredny). Gdy jestem w lepszej formie to nawet zastanawiam się jaki jest ten ideał do którego dążę.


Często okazuje się wtedy, że tak naprawdę sama nie wiem jaka jest według mnie idealna mama czy idealny nauczyciel. Moje oczekiwania są sprzeczne.
I bywają takie dni jak wczoraj i dziś gdy wiem, że nie ma ideałów. Widzę, że każdy człowiek ma swoje zasoby i nigdy nie ma takiej samej sytuacji. Przede wszystkim moja mama i tesciowa miały większą różnicę wieku pomiędzy starszakami a młodszymi. Każdy człowiek jest inny i inaczej organizuje sobie życie.


Oprócz tego dużo zależy od konkretnych zasobów siłowych i emocjonalnych danej jednostki. Moje spanie nieprzerwane w nocy od ponad 6 lat pozostawia wiele do życzenia.


Są w końcu takie dni jak wczoraj, gdy siadam na fotelu i przytulam dzieciaki, dochodzac do wniosku, że świat się nie zawali jak kolacja będzie później, a pranie nie schowa się do szafki. Udaje mi się wtedy być tu i teraz. Bardzo często okazuje się wtedy, że bez pośpiechu i stresu udaje się zrobić wszystko to co zaplanowane.


A jak jest u was z tym porównywaniem się czy ideałem człowieka? Może tylko ja tak mam?

Matczyna moc

Matczyna moc jest niesamowita. Akurat tym razem przy pomocy mokrej chusteczki wyciągnęłam „drzazgę” z tych dziecięcych rąk. Wystarczyło przetrzeć i ból zniknął wraz szarym brudnym cieniem.


Nie wiem co jest w tych mamach i ich całusach. Pomagają nawet na duże guzy, rozcięcia i inne nieszczęścia. Naprawdę jestem pod wrażeniem ciszy, która pojawia się po pocałunku w bolące miejsce.


Matczyne ramiona radzą sobie nie tylko z bólem fizycznym lecz także psychicznym. Od razu lepiej gdy mama utuli po tym jak zepsuła się zabawka, pokłóciliśmy się z bratem, a nawet wtedy gdy świat jest poprostu straszny, a „wiatr wieje w oczy”.


Trzecia mowi „ma-maaa” zawsze jak jej źle. To taki synonim „smutno mi”. I tak naprawdę dopiero od kiedy jestem mniej dostępna zauważyłam, że jestem świetnym środkiem przeciwbólowym oraz serotoniną w jednym. Zresztą działam zdecydowanie szybciej niż apteczne środki.


Działam zarówno na sześciolatka i czterolatka jak i na te najmniejszą. I do tego te wtulone i ufne dziecięce eęce tak poprostu dają siłę i otuchę również mnie.


Trudno zauważyć i docenić tę moc podczas kolejnej nieprzespanej nocy z dzieckiem na ręku. Ciężko o niej myśleć, gdy mały człowiek przybiega miliardowy raz podczas doby i wiesza się na szyję. Jest irytująca w momencie próby samotnego posiedzenia „w pomieszczeniu zadumy”.

Jednak ta matczyna moc jest 🙂 tylko 24 h na dobę ciężej ją zauważyć.


PS: myślę że ojcowska moc jest podobna, ale nigdy tatą nie byłam więc ciężko mi powiedzieć 😉

Święto postaci z bajek

5 listopada był Dzień Postaci z Bajek. Kilkanaście dni wcześniej przeczytałam na stronie naszego przedszkola ogłoszenie, które mnie lekko zaniepokoiło.

Dzieci miały być przebrane za postacie z bajek. Stroje miały być nieprofesjonalne i wykonane przez opiekunów.

Oprócz dużej ilości emocji mój mózg skupił się na tym żeby wymyślić coś co jestem w stanie zrobić. Martwiłam się też dlatego, że ze względu na mój brak talentu plastycznego chłopcy będą się czuli źle w grupie rówieśników. Moje ręce na samą myśl o robieniu stroju najzwyczajniej w świecie się lekko trzęsły.

Potem skupiłam się na pracy mentalnej. Jak przekonać dzieci do swoich pomysłów. W pierwszej wersji mieli być postaciami z ludowych bajek. Jednym słowem kraciasta koszula i ogrodniczki i mamy Tomka Palucha, Jasia Fasolę czy innego bajkowego chłopca. No ale pomysł nie przypadł im do gustu. Nie wiem czemu! Szwagierka proponowała jeszcze zrobienie z nich Stracha na Wróble ;).

Potem sami zaproponowali kolejne bajki. Pierwszy postanowił, że ja zrobię z niego klocek LEGO z filmu „LEGO przygoda”. Oczywiście ma być perfekcyjnie, bo każdy ma się domyślić kim on jest. Udało mi się go przekonać, że wymarzonego efektu nie osiągniemy i lepiej zaplanować coś co będę w stanie wykonać na tyle żeby można się było domyślić co to jest.

Miałam jednak w zapasie zielone spodnie i jedną zieloną koszulkę. Pomyślałam, że można z tego zrobić Piotrusia Pana. A drugie dziecko może da się jednak przekonać do bycia Tomkiem Paluchem? Udało się, ale musiałam jednak stworzyć dwa przebrania Piotrusia Pana.

Szukałam w internecie podpowiedzi jak zrobić czapkę. Ta mogłabyć tylko zielona i z czerwonym piórem. Oczywiście taka żeby nie była „obciachowa”. Normalnie zawał serca miałam większy niż przed maturą. Bo to nie tylko ja bym się skompromitowała, tu chodziło o dziecięce uczucia.

Naprawdę się cieszę że ktoś wymyślił internet. Jakaś dobra dusza nauczyła mnie poprzez instrukcję na YT jak robić czapki z papieru. Instrukcja do ładniejszej czapki stanowiła dla mnie szyfr prawie jak Enigma ;). Zrobiłam chyba ze 40 czapeczek i dopiero później zrobiłam tę żółtą 😉 do której dopasowałam wielkość hipotetycznego pióra.

Dopiero następnego dnia, drżącymi rękami zrobiłam dwie czapki z zielonych kartek. Wycięłam fikuśne czerwone pióra i miałam nadzieję, że młodzież zaakceptuje dzieło. Bałam się to udoskonalać i dokładać np. sznurek, bo miałam realne obawy, że moje ręce zepsują cały efekt.

Przeszperałam półki chłopców i znalazłam zieloną i za dużą koszulkę Drugiego o której zapomniałam. Wręczyłam ją Pierwszemu, który po obejrzeniu zielonych spodni (od nich zaczął się cały pomysł) stwierdził, że się nie nadają. Na całe szczęście zaakceptował czarne rajtuzy, których nosić nie chciał jeszcze dzień wcześniej. Drugi koszulkę i rajtuzy miał znalezione wcześniej.

I tak zrobiłam z dzieci dwóch Piotrusiów Panów. Czuli się w tych strojach dobrze, nie odstawali od grupy. Za to ja po wielu latach nauczyłam się robić czapki z papieru. Może się jeszcze czegoś kiedyś nauczę?

Ale co się nastresowałam to moje. Zadanie wykonane, ale ile ich jeszcze przede mną?


Jeden taki dzień w roku

Trzeba się cieszyć póki nie zabrali ;). Raz do roku mogłam przespać się dłużej. Od 6 lat dłuższego spania nie ma. Wszystko jest w normie.

Tylko że tego dnia jakimś sposobem nie jestem w niedoczasie. Jest śniadanie, pies nakarmiony, ja zdążyłam poleżeć i udawać że mnie nie ma. Możliwe jest to tylko dlatego, że do mojej matczynej piersi przychodzi samodzielnie jakiś mały Turkuć Podjadek 😉 drugi już nie podjadek kładzie mi rękę na ramieniu i nie gada. Trzeci Turkuć jest synem swojej matki i śpi do oporu.

Oni wstali jak zwykle – czyli o 8 starego czasu. Jednak ja jakoś szybciej i sprawniej działam. Normalnie w niedzielę śniadanie ogarniałam na 10 a teraz wyrobiłam się na 9 starego czasu. Czyli nie dość że jest godzinę wcześniej to ja jeszcze wcześniej ogarniam życie – dwie godziny do przodu ;).

Jest tak tylko raz w roku 😉 tylko w ostatnią niedzielę października. Od poniedziałku wszystko wraca do normy. Śniadanie jest jak zdążę, pranie rozwieszam jak Trzecia pozwoli ;). Spacer jest jak się wyrobię albo jak się nie wyrobię ;). Jedynie dzieci w przedszkolu wtedy kiedy trzeba, bo jednak tatuś nie powinien spóźniać się do pracy :).

Nie wiem dlaczego mój organizm przy zmianie czasu na zimowy działa tak pozytywnie i jest zmobilizowany. Może to ta myśl o dłuższym spaniu robi efekt placebo? Bo przecież śpię dokładnie tyle samo co dzień przed zmianą?

A jak u was? 🙂

O zimie, dziurze i mieszkańcach

Jestem tak nieogarnięta, że zimno mnie zaskoczyło. Na dwójkę dzieci wychodzącą o 6 rano (1 stopień Celsjusza) na wierzchu cieplejszą kurtkę miałam jedną. Jak na złość akurat nie tę, której potrzebuje dziecko bardziej marznące. Jednym słowem Pierwszy by się na mnie obraził. Cieplejsze kurtki są w szafie, zastawionej ze względu na remont. Stwierdziliśmy zgodnie z mężem, że 5:50 to nie czas na przemeblowanie 😉 i zajmę się nim później. Chłopcy zostali w domu, ale tym bardziej mam motywację do przygotowania się na jutrzejszy poranek.

Trzecia już zdążyła przynieść sobie krzesło i wspiąć się do pudełka z LEGO w którym Pierwszy schował przed nią swoje budowle. Oczywiście pudełka nie utrzymała i skarby wylądowały na podłodze w strzępach, ale sytuacja już opanowana. Ona wiedziała że będzie „dym” – zwiewała w trybie szybkim. Natomiast Drugi zdążył już trzy razy się na mnie obrazić i wsadzić bratu krzesło w oko. (Nosił przed sobą zbroję z krzesła plastikowego).

A w ogóle to miało być dzisiaj o oszukiwaniu. Więc wczoraj Pierwszy zauważył, że w końcu ma zaszytą dziurę w kurtce. Niby mała, ale przypominałam sobie o niej już jak był w przedszkolu i zapominałam dzielnie na dobę. Tam lekko wystawała wata.

Mamo! Szkoda, że już nie mam tej dziury. Mówiłem kolegom, że jak się tam położy ziarenko cukru to mi wyrasta wata cukrowa. I uwierzyli

opowiedział mi rozbawiony

Pierwszy zbudował wczoraj prom kosmiczny. Zajrzałam do środka i mówię z pełną powagą:

  • O! Widzę tu małego krasnoludka!

Chłopcy zaczęli zaglądać do środka.

Pierwszy – O widzę go! I widzę jeszcze jednego. Jeden ma czerwoną czapeczkę, a drugi zieloną.

Drugi – Ja też widzę! Haha to był mój palec! Nie ma tam krasnoludków.

Pierwszy – Są! Babcia A. mówiła, że widziała! Ona nie kłamie.

Ja – Wiesz synku, ale jak tak mówiła to byłeś niemiły.

Pierwszy – Wiem. To mogę ją teraz przeprosić?

W sobotę była zabawa w błocie. Zapas wody podeszczowej w zabawkach się skończył. Powiedziałam, że mogą pójść na drugą stronę domu i wziąć wodę z wiaderek ;). Wrócili szczęśliwi i nagle słyszę jak szeptem Pierwszy mówi Drugiemu:

Pierwszy – Weź wodę z kranu, ale mamie powiedz, że z wiaderka.

Ja – To skąd bierzecie tę wodę?

Pierwszy – No z wiaderka jak prosiłaś.

Ja – Wolę uczciwość, to skąd ta woda?

Pierwszy – No dobra, z kranu, bo w wiaderkach nie było


Pierwszy – Mamo a dlaczego Drugiego nie nazwałaś tak samo jak mnie?

Ja – Bo to troszkę słabe, żeby dzieci miały tak samo na imię. No i by się myliło.

Pierwszy – Wystarczyłoby żebyś nas odznaczała czyli Pierwszy Jeden, Pierwszy Dwa. Albo lepiej – Pierwszy Starszy i Pierwszy Młodszy. Ja oczywiście byłbym Pierwszy Starszy.

Ja – To ciekawe.

Pierwszy – Trzecia, a Ty byś się nazywała Zenobia Pierwsza a nasza siostra Zenobia Szósta.

Drugi – Mamo, czy Pierwszy może teraz potłuc to jajko? (*Trzepali jajka na grzanki)

Drugi – Mamo, gdzie jest ścierka?

Ja – Proszę

Drugi – Nie taką, nie chcemy tetery. (*Tetry), bo chcemy umyć zabawki.

Młoda dziś przyniosła mi z kuchni czosnek :). Ogólnie lubi tam przebywać i stukać talerzami. Przynosi sobie krzesło i sprawdza blaty :).