Rangerek

Popołudnie nad zalewem z chłopakami

Stara miłość nie rdzewieje ;). Popatrzyłam na szaleństwa Pierwszego i moje serce znów zaczęło mocniej bić.

Moją pierwszą miłością jest jazda na rowerze:). Kilka wpisów temu pojawiła się w komentarzach informacja, że zanim zaczęłam chodzić, jeździłam na trzykołowym rowerku. Nie wierzyłam dopóki nie zobaczyłam Trzeciej w akcji – też jest ambitna ;).

Więc przedstawiam wam mojego Rangerka koloru czerwonego. Zresztą dziś zobaczyłam, że większość rowerów mamy czerwonych :).

Z Rangerkiem znamy się dłużej niż jestem z moim mężem czyli ponad 10 lat. Pamiętam jak dziś gdy kupiłam ten rower za 400 zł w Tesco :). Jeździłam nim na uczelnię i do pracy. Kiedyś tylko dzięki niemu nie spóźniłam się na pisemne zaliczenie ćwiczeń z historii najnowszej. 15 minut od pobudki byłam w sali. Ratował mnie też w czasie, gdy kończyłam pracę o północy, a nasze miasto jeszcze nie uruchomiło nocnych połączeń.

W kasku zaczęłam jeździć po wywrotce na piasku po wesołym slalomie. Z czasem zaczęłam używać rękawiczek rowerowych, oczywiście koloru czerwonego. W plecaku woziłam koszulkę odblaskową i płaszcz przeciwdeszczowy.

Potem w moim życiu pojawił się młody, przystojny i zainteresowany mną chłopak . Posiadał też samochód (zresztą też czerwony). No i wyszło na to, że jestem blacharą ;). A tak serio rower poszedł w odstawkę, bo podrywający mnie facet robił mi niespodzianki i odbierał z pracy, więc jazda do pracy rowerem zrobiła się bez sensu. Jednego dnia jechałam Rangerkiem, wracałam z chłopakiem i rower zostawał w pracy, rano jechałam autobusem do pracy, wracałam rowerem i kolejnego dnia zabawa od nowa. Ranger przegrał z miłością.

Po jakimś czasie chłopak stał się narzeczonym i jeszcze chętniej mnie woził. Tuż po ślubie wywieźliśmy rower do komórki u jego mamy. Zimą okazało się, że w moim brzuchu zamieszkał Pierwszy. Na 3 miesiące przed jego urodzeniem przenieślimy się tutaj – obok Rangerka.

Rower jeszcze jakiś czas stał bliżej drzwi, ale od 4 lat stacjonował pod ścianą przyłożony dużą ilością skarbów. Tuż przy wejściu stoi 6 rowerków dziecięcych (dwa te co na zdjęciu i reszta trzykołowa).

Zresztą jakoś ciężko było mi wyobrazić sobie siebie na rowerze wraz z małym dzieckiem. Wiem, że się da, ale jakoś nie miałam klimatu. A od 6 lat cały czas mam jakieś dziecko poniżej 3 roku życia.

Pilnowałam na drodze ćwiczącego zakręty młodego i odezwała się we mnie zazdrość. Przecież mam rower i zamiast stać i się nudzić mogłabym pojeździć. No nie do końca się nudziłam, bo jednak miałam zawsze pod opieką Trzecią i kontrolowałam czy żaden samochód nie chce przejechać mojego kolarza. Ale jednak fajnie by było z nim pojeździć.

Weszłam do komórki i stwierdziłam, że bez pomocy męża nie dam rady wyciągnąć roweru nie niszcząc nic. Poprosiłam o pomoc małzonka i uświadomiłam go, że będę brała chłopców na wyprawy, a jemu pod opieką zostanie córka.

Rower był bardziej szary niż czerwony, ale i to udało mi się opanować. Troszkę płynu i wody nawet rowerowi nie zaskodziło, a nawet pomogło. Mąż nadmuchał oponki i nasmarował łańcuch. Reszta działała bez zarzutu.

Pojechałam z chłopcami na pobliski zalew. W praktyce w tę i z powrotem. Ale bawiliśmy się super. Bardzo był mi potrzebny wycisk na rowerze. Taka jazda zawsze mnie relaksowała. Lubię ten wiatr we włosach i w uszach. Brakowało mi tego i teraz tak łatwo z tego nie zrezygnuję.

Fajnie że stara miłość nie rdzewieje, bo jakbym musiała kupić nowy rower to bym zrezygnowała z jazdy. Bo kasy na siebie zawsze mi szkoda.

Oszczędny tryb matki

Wakacje kojarzą mi się z ogniskami. Zresztą mojemu mężowi też :). Tak to jest jeśli spotka się dwójka osób z sercem harcerskim.

Tylko ciężko mi ostatnio bardzo zorganizować coś dzieciakom. Głównie jestem w trybie „na przetrwanie”, aż mi samej głupio. Plac zabaw pod domem rozleniwia zdecydowanie.

Z drugiej strony Trzecia jest bardzo sprawnym szkrabem a nie do końca jeszcze przewidującym. Plus ma coś z osła i lubi iść w drugą stronę. Opieka nad trójką żywiołowych szkrabów naprawdę wymaga ode mnie dużo skupienia i zabiera resztki nieregenerowanej od dawna energii.

Do tego wysiłek intelektualny jest dość wysoki. Nie mówiąc już o wyczerpanych zapasach cierpliwości. A staram się nie „mordować” i nie krzyczeć, a to naprawdę trudne.

Najzwyczajniej w świecie mam nagłe kryzysy, które wyglądają tak, że siadam i nie pamiętam co miałam zrobić.

Mam też dosyć duże wymagania wobec siebie jako mamy, ale cóż zrobić jeśli pojawił się tryb oszczędzania baterii?

Matka bez gustu

No i stało się. Moja córka niemówiąca w zrozumiałym języku, wyraziła swoją opinię. Nie pytana o zdanie 😉 – byłam ostro zaskoczona.

Wyciągnęłam MOJĄ ulubioną sukienkę w kropki 😉 to zaczęła nagle kręcić głową na „nie”. Wyciągnęłam brązową – podkręciła głową na „nie”. Znalazłam różową taką, że kolor oślepia 😉 kiwnęła na „tak” bardzo zadowolona.

A matka różu nie lubi 😉 no ale ma prawo dziecko do własnej opinii ;). Tak naprawdę pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło, bo chłopakom raczej było wszystko jedno co założą 😉 tak do czasu pójścia do przedszkola, gdy okazuje się że koszulki z autem i super bohaterami są milej widziane.

Oprócz tego jest kłótnia z Drugim o huśtawkę, bo każde chce się huśtać 24 na dobę i wpada w czarną rozpacz, gdy huśtawkę zajmuje to drugie.

No i Młoda koniecznie chce zobaczyć jak jest w pralce. Jest bardzo rozczarowana, że się nie mieści. Tak to już z tą naszą Trzecią jest.

O tym że czasem trzeba puścić dziecko

Dużo go nauczyłam w życiu. To ja go asekurowałam, gdy uczył się wspinać jako roczniak na placach zabaw. To ja nauczyłam go, że „uważaj” to informacja, żeby był dokładny, a nie krytyka. To ja pilnowałam, aby rozglądał się wchodząc na jezdnię. I wiem, że jeśli chodzi o naukę jazdy na dwóch kółkach na rowerze to nie mogłam być ja.

Wiedziałam, że ten moment musi w końcu nastąpić i myślałam o tym już jakiś czas. Jednak się bałam, zwłaszcza po tym ostatnim złamaniu, które nadal powoduje u mnie wyrzuty sumienia.

Kiedyś przewrócił się na rowerze i powiedział, że już nigdy na niego nie wsiądzie. Z myślą o próbie jazdy na dwóch kółkach, na 5 urodziny dostał ochraniacze. Najważniejsza jest psychika jak to mówią, a przy nauce jazdy można się wielokrotnie nabawić kontuzji.

Mieliśmy wieźć rowery do moich rodziców i nauką miał się zająć mój tata. Tylko, że rowery są tutaj u nas dość mocno eksploatowane. I tak minęły dwa miesiące.

Dziś około 10 z przyszedł Pierwszy z pytaniem gdzie jego ochraniacze, bo babcia będzie go uczyła jazdy bez bocznych kółek. Babcia była rzeczywiście zdecydowana, nawet nie szukała odpowiedniego klucza tylko użyła francuskiego. Młodszy jak zobaczył jej zacięcie przy rozkręcaniu braterskiego sprzętu, na wszelki wypadek głośno wyraził swoje zdanie – on nie chce się uczyć :). Natomiast Pierwszy ubrany w „nakolenniki”, „nałokietniki”, „nanadgarstniki” oraz w kask ruszył na drogę ze swoim rowerem.

Moje matczyne serce zastygło. Bo jak to będzie jak on się przewróci? Czy on się nie zniechęci? Czy w swojej dziecięcej złości nie powie niczego przykrego? I nasłuchiwałam jak babcia mu tłumaczy. A wyjaśniła mu świetnie co robić jak czuje że spada, jak ustawić nogi żeby się zatrzymać. Potem przeprowadziła go kilka razy wokół okolicznych płotów i puściła. On pojechał, tylko jak tylko się zorientował to stawiał nogi na ziemi.

Babcie mają to do siebie, że się szybko męczą. Pojawiłam się ja, przekazałam Trzecią pod opiekę babci i troszkę sobie pobiegałam. On naprawdę jeździł a ja biegłam koło niego kłamiąc mu, że go trzymam. Cała nauka trwała może 15 minut? Zaczęłam go puszczać tak żeby wiedział, że mnie nie ma. Gdy zobaczyłam, że asekuruje się bardzo dobrze zaproponowałam mu ściągnięcie przeszkadzających ochraniaczy.

Potem było szlifowanie tego co osiągnęliśmy i budowanie w dziecku pewności siebie. Pokazałam mi filmik który nagrałam wcześniej. Mocno się zdziwił, że jeździ tak dobrze.

O godzinie 13 startował rowerem samodzielnie, a około 16 nauczył się zawracać. Gdybym nie wiedziała kiedy zostały mu odłączone kółka – nieuwierzyłabym. Sąsiad, który przed południem widział początki podczas których prowadziła go babcia również był zaskoczony.

Wiem, że ja bym nie dała rady spokojnie mu wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Tym razem musiał zrobić to ktoś inny i fajnie, że w końcu ktoś te kółka odkręcił. To taki ważny kolejny moment w życiu dziecka. Moment, którego nie da się zignorować. Mój mały chłopczyk robi się powoli chłopakiem. Szkoła coraz bliżej, już do niej dojedzie na rowerze. Ma tylko 40 cm mniej niż ja i ciężko go czasem przytulić :).

Tym razem zbytnio się bałam o niego. Tym razem nie potrafiłam go puścić, ale ważne, że ma nie tylko mamę. Później tłumaczyłam mężowi, że jego mama świetnie Pierwszemu wytłumaczyła jak ma się ratować przed upadkiem. Mąż był szczerze rozbawiony i poinformował mnie, że jego uczyła ta sama osoba i dlatego ma bliznę na łuku brwiowym ;). Jakbym wiedziała to bym chyba pod bramą się położyła żeby dziecko przed babcią sadystką ratować 😉 a tak nie wiedziałam a Pierwszy śmiga bez żadnej kontuzji :).

Po ciąży może być inaczej

Moje szkraby przy urodzeniu nie ważyły dużo bo około 3kg, do tego dochodziły inne obciążenia (np. łożysko i wody płodowe). Każda ciąża w moim wypadku skończyła się cesarskim cięciem. Kręgosłup i mięśnie dna miednicy szwankują już dłuższy czas.

Jakoś oczywiste się wydaje, że tak poprostu organizm po ciąży nigdy już nie będzie w takim samym stanie jak przed. Czytam dużo i wiedziałam, że można ćwiczyć mięśnie dna miednicy. Po przestudiowaniu rozlicznych artykułów dotarło do mnie, że bliznę należy mobilizować. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Więc tak sobie żyłam z różnymi przypadłościami rozlicznymi i nawet udałam się do specjalistów, którzy postanowili faszerować mnie lekami, bo nie wiedzą czemu jest jak jest. Pewnego dnia przeczytałam na stronie FizjoWenus Julia Jeżewska wpis podsumowujący rok. W opisach problemów z jakimi zgłaszają się pacjentki odnalazłam swoje dolegliwości. Pomyślałam, że może wizyta u fizjoterapeuty uroginekologicznego pomoże lepiej niż faszerowanie się lekami.

Ale jak to w życiu bywa odłożyłam temat na później – zima i częste choroby dzieci, potem robiłam prawo jazdy i tak pół roku minęło. Z okazji Dnia Mamy na stronie Julii Jeżewskiej pojawił się konkurs. Trzeba było wskazać w komentarzu znajomą mamę, dla której chciałoby się wygrać konsultację. Ja wybrałam moja mamę i tak jakoś wyszło, że w Dniu Mamy mój komentarz został wylosowany. Niespodzianką była konsultacja dla osoby, która wpisałam komentarz – czyli dla mnie.

No i nie było odwrotu :), a że skupiłam się na tym, żeby przekonać mamę do udania się do fizjoterapeuty, zapomniałam jak bardzo ja się tego boję. Bo tak do końca wcale nie wiedziałam co mnie czeka.

A czekało mnie bardzo miłe spotkanie. Wywiad był zrobiony z dużym wyczuciem, a dotyczył dużej ilości spraw delikatnych. Ale nie tylko :), spojrzenie było naprawdę całościowe. Wszak człowiek jest całością. Z moim kręgosłupem nie jest źle. Mięśnie brzucha się nie rozeszły ale czas zacząć odżywiać się regularnie a nie wcinać pierwszą rzecz jaką znajdę w kuchni jak mnie głód złapie (z tego powodu staram się żeby nie było tam za dużo ciastek).

Te moje nieporadne próby mobilizowania blizny efekty jakieś przyniosły :), ale za to wiem jak się to robi tak naprawdę 🙂 i po co. Sprawdzono czy prawidłowo robię ćwiczenia mięśni dna miednicy (a oczywiście po instrukcjach z netu robiłam to kiepsko). Oprócz tego dostałam ćwiczenia do domu. Bo konia można przyprowadzić do wodopoju, ale napić się za niego nie da. I to mi się podoba, bo nie mam czasu ani kasy, aby biegać do fizjoterapeuty co tydzień. Pojawię się za jakiś czas na kontrolę.

To co dla mnie najważniejsze – zostałam przyjęta z moją głupawką, zrozumiana i potraktowana poważnie. Bo może jeszcze mogłabym się bardziej popsuć po tych ciążach, ale już można zrobić coś żebym się nie rozpadła w ciągu następnych kilku lat.

Nie wiem dlaczego nie wysyła się dziewczyn po porodzie do fizjoterapeuty uroginekologicznego. Naprawdę powinien być to standard. Mało kto wie, że są specjaliści w tym temacie i naprawdę po ciąży organizm nie musi wcale szwankować. Warto się udać i sobie pomóc. Ja zdecydowanie polecam FizjoWenus i Julię Jeżewską, ale ogólnie warto szukać takiego specjalisty w swojej okolicy.


Bawialnia Terefere

Potrzeby mamy i dziecka czasem są zbliżone. Tym razem postawiłam na „reset”. Skoczyliśmy do bawialni numer 2 moich dzieci (nasze numer 1 niestety już nie istnieje).

Za co kochają moi chłopcy klubokawiarnię Terefere? Wbrew pozorom wcale nie za konstrukcje z kulkami (swoją drogą czystość tego sprzętu jest naprawdę niesamowita. Wygląda tak samo świeżo jak rok temu gdy byliśmy ostatnio. Wiem, że pani właścicielka czyści kulki regularnie i to widać). Moi chłopcy zakochali się w jeżdżącym pociągu LEGO Duplo. Ale około godziny stali też i układali konstrukcję z drewnianymi torami. Do zestawu jest dołączony stół z różnymi zakamarkami.

Atmosfera jest bardzo ciepła i serdeczna. Z drugiej strony dzieci są uczone dbania o dobro wspólne. Dziś akurat połowa kulek wylądowała na podłodze, pani nie miała problemu z wręczeniem pomysłodawcom pudełek i poproszeniem o posprzątanie. To naprawdę jest miejsce do którego chce się wracać. Jedyny minus to odległość jaką musimy pokonać od przystanku, ale niedługo (mam nadzieję) to nie będzie dla nas przeszkodą.

Chłopcy starali się nie wchodzić w konflikty (zwłaszcza między sobą). Trzecia pierwszy raz tak samodzielna była w bawialni. Z tej radości sama nie wiedziała co ma robić. Czy bawić się klockami? Czy jeździć autkami? Kusiła ją konstrukcja z kulkami. Pokusa byla mocna bo popatrzyła na bardziej doświadczonych i dała radę przeczołgać się pod przeszkodami (tyłem) i dotarła dzielnie do baseniku. Jednym słowem – główka pracuje ;).

A tu ewakuacja – została sama głowa do zabrania spod przeszkody
Tu już pomiędzy przeszkodami

Ja napiłam się kawy, spędziłam miło czas z koleżankami (z niektórymi się widziałyśmy jak ich dzieci i mój Drugi dopiero zaczynali raczkować). No i oczyściłam głowę. Na koniec udaliśmy się na pyszne kotlety w panierce z orzeszkami arachidowymi do dziadka. Zresztą drugi tuż przed obiadem padł, ale na środku podłogi, ale dał radę po kilkudziesięciu minutach wstać na jedzenie.

Ale i tak najlepsza była Monika, która uśmiechnęła się do mnie tuż po moim wejściu do bawialni:

  • Tak myślałam, że jesteś i to właśnie twoi chłopcy z dzikim piskiem wbiegli do sali z kulkami.

Także tego… 😉 Nie da się nas nie rozpoznać ;).

Podziel się

Kawka i ciasto od Unii Europejskiej

Gwoli wstępu daję znać co robiłam jak zostawiłam moje dzieci z tatusiem na 8h w sobotę. Historia tego szkolenia unijnego dla rodziców jest lekko zakręcona. Dość stwierdzić, że termin zgłoszeń upływał pomiędzy pogrzebem a złamaniem przez Pierwszego obojczyka. Naprawdę czułam się dziwnie tłumacząc z jakiego powodu oddaje zgłoszenie później, bo to brzmiało aż nieprawdopodobnie.

Szkolenie dotyczyło wychowania i rozwoju dziecka. Wbrew pozorom dużo wiedziałam, ale czasem warto niektóre rzeczy usłyszeć jeszcze raz. Oprócz tego były ćwiczenia – naprawdę fajnie pomyśleć o rzeczach które udały się nam w wychowaniu.

Dziś będzie o pierwszej rzeczy, którą niby wiedziałam, ale zawsze mimo chęci poprawy robiłam zdecydowanie nie tak. Dużo przeczytałam o tym, że dzieci wcale nie muszą się dzielić. Czytałam gdzieś porównanie dzielenia się zabawkami do dorosłego w kawiarni. Pijemy kawę, ktoś pyta czy może wypić z nami i jeszcze do tego chce zabrać nam czytaną książkę. I wszystko byłoby ok gdybym jednak nie namawiała dzieci do dzielenia się wszystkim jak przychodzą goście, a jak są w gościach mają rozumieć, że ktoś się nie dzieli (wszak to jego).

Wyobraźmy sobie sytuację w której przychodzi ktoś znajomy z dzieckiem. Dzieci się bawią i nasze nie chce dać zabawki, bo nie. Ja w takich wypadkach próbuje przemówić do serca młodego człowieka, że tamtemu smutno. Gdy my jesteśmy w gościach i drugie dziecko nie chce się dzielić – mojemu mówię, że tak bywa i nie trzeba się dzielić. Czyli początkowo tłumacze, że „gość w dom Bóg w dom” a w drugim przypadku jest informacja ” ale jak ty jesteś gościem to niekoniecznie ta zasada jest stosowana”.

Rzeczywiście przyjrzałam się swojemu podejściu. Wymagałam żeby byli życzliwi, a z drugiej strony nie walczyłam o nich gdy ktoś chciał ich skarby. Obce dzieci wiadomo 😉 ale z tymi gośćmi jest troszkę inaczej. No moim dzieciom pewnych rzeczy nie można ani w domu ani w gościach. Na harce gości przymykamy oko. Tym samym stosujemy troszkę inne standardy. Tylko dlaczego ze szkodą dla naszych?

Wynika to troszkę z wychowywania dzieci tak aby inni byli z nich zadowoleni. Czasem nawet obce osoby. Bo myśl „co ludzie powiedzą/pomyślą” kołacze mi w głowie za często.

Z jednej strony trzeba jakoś żyć w społeczeństwie i szacunować drugiego człowieka. Z drugiej tak naprawdę w głębi serca chciałabym aby moje dzieci były przede wszystkim szczęśliwe.

Ciąg dalszy przemyśleń nastąpi 😉

O pewnym skaleczeniu

Uruchamiamy wyobraźnię ;). Zielony wózek spacerowy w którym siedzi dziecko około roku z różowymi elementami na koszulce. Z prawej strony wózka niższy z chłopców na oko początki przedszkola. Z lewej wyższy na oko prawie zerówka. Nawet troszkę podobni. Wózek prowadzi niskie i szerokie (może jest w kolejnej ciąży, albo dochodzi do siebie kolejny rok) dziewczę w okularach.

Dziewczynka w wózku rozgląda się ciekawie. Chłopcy piją picie z butelek szklanych (celowo nie podaję firmy). Nagle rozlega się przeraźliwy ryk. Chłopczyk młodszy wpada w czarną rozpacz. Patrzy na palec i teraz są to spazmy.

Matka patrzy, wyciąga chusteczkę. Po chwili grzebie w torbie i mówi „sorry skończyły się”. Dziecko całe mokre od płaczu, czerwone i drze się tak jakby conajmniej odcięło palec. Teraz do tego dochodzi starsza pani z „życzliwym” komentarzem – a co tak płaczesz nic ci nie jest. Jak się domyślacie, do tej pory sytuacja była spokojna – ryk i rozpacz większa. Matka po chwili zmienia chustkę przy okrzykach „Krew! Ja krwawię”. Żeby było ciekawiej starsze dziecko zaczyna się śmiać (tak, te które całkiem niedawno złamało obojczyk i wcale nie uważa, że śmianie się z innych jest ok).

Dziewczyna idzie przy akompaniamencie płaczu i nerwowego śmiechu do najbliższego sklepu. Poszkodowany jest głośny ostro. Matka kupuje plaster za ciężkie pieniądze (w domu ma oczywiście zapasy tylko zapomniała wsadzić je do torby wózkowej). Starszy brat zmartwiony komentuje w kolejce że wypadałoby płaczące dziecko przepuścić. Matka się lekko czerwieni, rzeczywiście mieli tylko ten plaster, ale przed nimi tylko była jedna osoba, która kończyła transakcję.

Po naklejeniu plastra z tygryskiem (najtańszy) przytuleniu i utuleniu emocji mama zaczyna dziecku tłumaczyć co się stało. Dziecko skaleczyło się kapslem od soczku (tak tym ze „złotą myślą”).

Chwila ciszy, idą dalej. Jednak to nie koniec. Zaczyna się drugi etap żalu i płaczu. Młody zaczyna krzyczeć:

To przez ten twój KLAPS mnie teraz boli

rozżalił się młody człowiek!

Miny ludzi nieziemskie. Część ludzi kontroluje sytuację. Dziewczę przytula dziecko i tylko nieliczni słyszą:

Kapsel cię skaleczył synku a nie klaps

Stara się mówić w miarę wyraźnie dla okolicznych obserwatorów

I żeby było ciekawiej – nic a nic nie koloryzuję! Plastry znów są w torbie :). Palec cały, szczepienie na tężec ma aktualne ;). Ubezpieczenie skaleczenia nie obejmuje ;).

O moich szkolnych dzieciach

A to czytanie na dworze 😉 takie już wakacyjne więc buty brudne 😉

Wakacje oficjalnie się zaczęły. Moi pierwsi wychowankowie powoli zaczynają bronić prace licencjackie, niektórzy już mają za sobą kilka lat konkretnej pracy zarobkowej.

Gdy zaczynałam pracę w szkole mówiono mi, że tej pierwszej klasy nigdy się nie zapomina. Póki co oficjalne wychowawstwo miałam jedno. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby dać im maksimum mojego czasu i uwagi. Tylko czasem nawet to jest za mało.

Dziś gimnazjum skończył ostatni rocznik, który też zostawił w moim sercu ślad. Pamiętam jak dziś, gdy 2a była gotowa zrezygnować ze sprawdzianu widząc, że czuję się gorzej (troszkę się zawiedli gdy powiedziałam że sprawdzian to dla mnie odpoczynek). Nie zawiedli mojego zaufania, gdy jako pierwsi domyślili się, że na lekcje przychodzę wraz z ukrytą pod sercem Trzecią.

Pamiętam 7b, która dziś skończyła naukę w szkole podstawowej. Gdy wyszłam po pierwszej lekcji z nimi, byłam pewna, że nie dam rady do niech dotrzeć. A to była klasa, która lubiła siąść wokół mnie i słuchać opowieści o historii. Mówili że uczę ich „ściemniać” a ja uczyłam myśleć wynikowo.

W taki dzień jak dziś myślę sobie, że każda z tych relacji zostawia we mnie ślad, a w szkole dawałam z siebie wszystko, bo wiedziałam, że to jest praca z wartościowym i wrażliwym młodym człowiekiem. Ten człowiek niesie ze sobą bagaż doświadczeń nie zawsze fajnych, często nawet bardzo trudnych. Więc jeśli nie umiem mu pomóc wzrastać to chociaż nie powinnam przeszkadzać.

W takie dni myślę o nauczycielach których postawił i postawi świat na drodze moich rodzonych dzieci. Widzę zmęczenie całoroczną praca z maluchem, jestem wdzięczna za każdy sygnał gdy działo się coś złego i dziękuję za obecność w trudnych momentach w naszym życiu gdy dzieciakom było potrzeba więcej zrozumienia.

Na koniec myślę o tych, których zostawiłam za murami swojej szkoły. O tych którzy uczyli mnie tego, że mam wartość jako człowiek oraz tego jak wygląda DNA. I czasem zastanawiam się czy ja również zostałam w ich sercu.

Nie wiem czy będę jeszcze uczyć, czy będę miała szansę być wsparciem jeszcze dla kolejnych pokoleń dzieciaków które będę chciała nauczyć myśleć. Wiem jednak, że ci ludzie których spotkałam na swojej szkolnej drodze i drodze moich dzieci są dla mnie ważni.

Tańcobajki o smokach

Tutaj widać w męskim gronie Drugiego tańczącego „Taniec rycerzy”

To przedstawienie było dla mnie ważne z wielu powodów.

Po pierwsze było o „smoku” a ten jest mi szczególnie bliski przez miasto w którym się urodziłam. Poza tym pierwsze poważne przedstawienie w jakim brał udział zbuntowany kiedyś Pierwszy, było właśnie o Smoku Wawelskim.

Po drugie to były „Tańcobajki” projekt przedstawień mojego znajomego (wiem jakim jest charyzmatycznym człowiekiem i znam jego talent wodzirejski). Planowałam wybrać się już na „Czerwonego kapturka” i „Kota w butach”. Tylko gdzieś czułam, że Pierwszy który nie lubi jak się go włącza do przedstawienia, musi dorosnąć. Cała zabawa polega właśnie na wspólnym przeżywaniu akcji, tańczeniu i śpiewaniu wraz z aktorami.

Po trzecie tym razem z okazji Festiwalu Legend Lubelskich „Smoki damy i rycerze” były dwa razy zagrane za darmo. Jako typowa Polka lubię darmowe imprezy.

Po czwarte mieliśmy przyjemność uczestniczyć w spotkaniu ze smokiem w wirydarzu u Dominikanów. Bardzo lubię ten klasztor i ten zakon. Tam odbyliśmy z moim mężem super konferencje dla zakochanych. No ale o tym, że w moim sercu św. Dominik Guzman ma szczególne miejsce to niektórzy się domyślają.

Smok oraz znudzony Pierwszy i zachwycony Drugi.

Jak dobrze było widać to, że każde z całej trójki ma inne potrzeby i inaczej włącza się do zabawy. Drugi tańczył, śpiewał, zaśmiewał się bardzo głośno i nawet podpowiadał aktorom co mogą zrobić w danej sytuacji. Trzecia zajmowała się chodzeniem własnymi ścieżkami między ludźmi i próbami grzebania ludziom w torbach. Czasem sprawdzała co dzieje się na scenie. Pierwszy siadł i nie odezwał się ani nie ruszył zbytnio do samego końca. Wyróżniał go tylko zielony temblak na ręce.

Trzecia szczęśliwa, Drugi rozbawiony, a Pierwszy powiedział, że super że już koniec. Dobrze nie wyszliśmy na Stare Miasto, gdy mój kontuzjowany pierworodny stwierdził, że moglibyśmy pójść jeszcze raz na „Smoki damy i rycerze” bo on słyszał, że dziś będą grali jeszcze raz.

Twierdził, że nie słuchał, ale po dobranocce zaśpiewał nie tylko całą piosenkę Smoka (w wersji emocjonalnej także) lecz także piosenkę o rysowaniu Stracha. Opowiedział mi, która postać była według niego najciekawsza ( w praktyce wymienił wszystkie). Na koniec mi powiedział „Mamo, ale pan chyba widział ze mam chorą rękę i zrozumiał dlaczego nie tańczę”.

I to jest właśnie ten skarb „tańcobajek” możesz przeżywać przedstawienie w wolności. Nikt nie zmusza do zabawy, ale jeśli masz ochotę krzyknąć „Niech pan spojrzy na obrazek” to możesz to zrobić. Nawet jest to wskazane.

Cała sobotę każde z nas nuciło „tamturiru” oraz „tańcz jak umiesz” i jeszcze „taki strach namalował go pan Stach”.

Z każdego przedstawienia jest wydana płyta z piosenkami. Część można znaleźć na platformie youtube.

Wcześniej Drugi był zbytnio wpatrzony w brata, żeby robić to na co ma ochotę i nie widzieliśmy poprzednich wersji. Ale wiemy, że dużo nas ominęło. Na smoka jeszcze pójdziemy – tym razem może się okazać, że będę miała już dwóch tańczących rycerzy a może i księżniczkę. No i liczymy na kolejne przedstawienia w projekcie.

Gdybyście kiedyś usłyszeli o „Tańcobajkach” naprawdę jest to super rozrywka nie tylko dla dzieci :).

https://tancobajki.pl/ – a tu link do projektu.

Dawidzie bardzo Ci dziękuję za to, że poczekałeś na to aż moje dzieci dorosną. Czekamy na więcej 🙂 – tym razem kupimy bilety 🙂 bo wiemy, że warto.