Wioska

Tak się jakoś trafiło, że długi weekend obfitował w czas z moim i męża rodzeństwem. W praktyce dzieciakami nie opiekowali się tylko Ci którzy są poza Lublinem :).

Czytałam kiedyś, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska. Sama mam dużo wspomnień związanych z babcią. Relacje rodzinne są dość ważne. Akurat nasza trójka to pierwsze i jedyne dzieci w obydwu rodzinach (może kiedyś się to zmieni).

Pierwszy jako „pierwszy w tym pokoleniu” ma ciężko. Pomijając wybitne rozpieszczanie ;). Chodzi o to, że naprawdę wszystkie zabawki w zasięgu jego wzroku były dla jego, do czasu gdy pojawiła się konkurencja w postaci Drugiego. Dodatkowo była to domowa konkurencja 24 na dobę, więc dodatkowy szok. Póki co chłopcy są w stanie zrozumieć, że zabawki u dziadków są wspólne, ale to, że to są też dla innych dzieci nie mieści im się w głowie.

Pierwszy nadal na placu zabaw najlepiej dogaduje się z dorosłymi. Łatwiej mu złapać kontakt z opiekunami niż z rówieśnikami. Drugi natomiast naturalnie wchodzi w koleżeńskie. Trzecia ma w nosie rówieśników, wybiera bujaczki, samodzielne chodzenie i raczkowanie po błocie gdy się odwrócę (robi to z piskiem radości szybko zwiewając).

Każda relacja dzieciaków z każdym członkiem tej dużej rodziny jest unikalna. Nie ukrywam, że nie do końca jestem w stanie wpłynąć na młode jak się zachowują przy cioci, jeśli mnie przy tym nie ma. Tutaj tworzy się relacja na którą tylko częściowo mam wpływ.

Mam niejaki wpływ na zachowanie dzieci, chociaż nigdy nie jestem pewna czy tym razem się udalo. Jednak świadomość, że jeśli będą zachowywać się jak dziki i będzie to niebezpieczne to ja się nie zgodzę na samodzielne spacery z danym członkiem rodziny, póki co przynosi skutek. Jakoś działa na nich hasło: „robi się niebezpiecznie jak tak robicie” na nich działa.

Naprawdę moje serce rosło, gdy widziałam, że potrafią cioci siąść na kolanach i w ciszy coś obejrzeć. Przytulone braterskie zdjęcia ze spaceru sam na sam z ciocią mnie rozczuliły. Potem stryjka poprosili o pomoc w budowaniu kopalni srebra z klocków LEGO. Oczywiście na kolanach wylądowała też Trzecia. Ostatni obrazek rodzinny jest już dość standardowy, bo ten wujek najczęściej ma na głowie moje dzieci (to ta relacja jest obrazkiem głównym tego wpisu). Na zdjęciu jest mój brat grający w szachy z chłopakami i przytulający Trzecią, która czeka na moment, w którym będzie mogła zabrać kółka figur z szachownicy. Często jeszcze wujek żongluje, żeby zainteresować młodą czymś innym niż plansza. Często też grają w go lub inne gry planszowe.

Czy potrzebna jest wioska do wychowania człowieka? Oczywiście, bo każda relacja jest inna, każda daje coś innego. Ja mogę popychać, tłumaczyć, opowiadać, ale to w tych rodzinnych relacjach wychodzi to co trzeba tłumaczyć młodemu człowiekowi.

Czytałam gdzieś, że dzieci najbardziej nieznośne są przy rodzicach. To oznacza, że mogą „wrzucić na luz” bo czują się bezpiecznie. Odreagowują i to dobrze, że tak jest. I tego się trzymam, zwłaszcza wtedy gdy „skaczą po lampach”, jęczą i marudzą. Jeśli tak jest tylko przy mnie to znaczy, że jestem dobra mamą ;).

O pamięć trzeba dbać

Ogród saski w drodze na plac zabaw i matczyne spotkanie

Plan był prosty – pojechać na fajny plac zabaw w Ogrodzie Saskim. Spotkać się z dorosłą koleżanką, wrócić. Wyszło jak zwykle :).

Po pierwsze okazało się, że mój organizm zaczyna się bronić przed zbyt dużą ilością informacji. Zapomniałam przełożyć kartę płatniczej, która została w drugiej kurtce. Gotówki też mi zbrakło.

Po mile spędzonym czasie na placu zabaw i po zwiedzeniu ogromnej dziupli, pomyślałam że pójdziemy na Plac Litewski wyciszyć się przy fontannach.

No i tu przyszło olśnienie dopiero jak zobaczyłam ten ogromny festyn dla dzieci, że on się zaczynał od 1 maja a nie od 3.

Szczerze to na takie duże imprezy nie wybieram się bez mentalnego przygotowania i bez kolejnej osoby. A tu wpadłam jak śliwka w kompot.

Dzieci anielskie i mocno cierpliwe, poza Trzecią, która koniecznie chciała samodzielnie gdzieś zwiać i miała silną potrzebę snu, której z wrażenia nie mogła zaspokoić.

Jak to powiedział stojący przed nami w kolejce do waty cukrowej „szkolniak” – „Mamo tu nic nie ma poza kolejkami”.

Rzeczywiście do każdej atrakcji kolejki. Wszystko za darmo, ale swoje trzeba było odstać, ale mimo wszystko szło sprawnie. Jedyne miejsce gdzie kolejka przemieszczała się wolno (3 osoby w godzinę) to stanowisko do malowania twarzy. Pierwszy cierpliwie stał w kolejce. Na całe szczęście dał się przekonać, że to bez sensu.

Chłopcy zadowoleni, wyskakali się, zjedli watę cukrową a ja? A ja byłam tak psychicznie zmęczona, że szok.

Trzeba ćwiczyć pamięć 🙂 wtedy nie będzie niespodzianek. Na ten festyn wybierałam się 3 maja 🙂 i pójdziemy jeszcze 🙂 tylko bez zaskoczenia i ze mną gotową na wysiłek psychiczno-umysłowo-fizyczny.

Ogólnie polecamy – kolejki na tyle szybko się przemieszczają, że cierpliwość przedszkolakom się nie kończy. Atrakcji na tyle dużo, że każde dziecko powinno coś dla siebie znaleźć. Bo jeśli darmowa wata cukrowa nie uratuje sytuacji to czas z rodzicami na pewno ;).

Aluminiowo wełniana rocznica

Foto zrobione przez małżonka – jakoś tak miałam skojarzenie z naszą codziennością i „potrójnymi owocami” naszej relacji.

Dziś i jutro mamy taki czas a nie inny. Na trzecią rocznicę związku sprosiliśmy całą rodzinę na wesele. Tym samym pozostaliśmy przy jednej dacie. Dziś mija 10 lat od kiedy jesteśmy w bliskiej relacji damsko-męskiej, przy czym 7 lat jako małżeństwo.

Teraz jesteśmy małżeństwem z trójką dzieci. Jest Niedziela Palmowa czyli za kilka dni Wielkanoc i jest 4 dni po imprezie urodzinowej ostatniej latorośli. Z atrakcji – korzystaliśmy, że jest niedziela. Tyle rozrywek :), na całe szczęście już wieczór, a ja dokończę sobie ciasto ze środy ;).

Po siedmiu latach jest zwyczajnie, dzień po dniu. Święta, wiosna, wędzenie, robienie przetworów. Pewnego rodzaju znajomość siebie nawzajem w różnych sytuacjach.

Byłam proszona jakiś czas temu o rady dla narzeczonych. Nie pamiętam jak to było, mimo tego, że trwało około 2 lat. Wiem tylko, że dałam sobie prawo do zmiany zdania do ostatniej chwili. Łamał mi się głos, gdy mówiłam słowa przysięgi. Sprawę traktowałam wtedy bardzo poważnie. I nadal pamiętam co ślubowałam mężowi w obecności Boga i świadków.

„Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci.”

Moc tych słów jest poważna i moim zdaniem zawiera się w nich wszystko.

Kolejnym zdaniem, które wtedy usłyszałam i jest dla mnie drogowskazem, to tekst:

„Pamiętajcie, żeby najpierw pracować nad sobą a dopiero później nad współmałżonkiem”.

Oj tak :). Wygodnie jest tłumaczyć wszystko tekstem „bo on…”. Trudniej zobaczyć to co „Ja” mogę zmienić.

Duża zmiana nastąpiła gdy pierwszy raz żadne nie odpuściło w „kłótni”, tylko od razu powiedzieliśmy sobie czemu robimy tak, a nie inaczej. Okazało się, że to nie jest otworzenie się na „cios” a zrozumienie sytuacji :).

Dużo się mówi o tym, że kobiety nie mówią o tym co mają na myśli, a mężczyźni rzadko się domyślają. Okazało się, że mówienie „bo ja tu cierpię a ty mi nie pomagasz” i foch – to nie jest mówienie dokładnie co ma się na myśli :). Bardzo było to dla mnie odkrywcze, że życie staje się prostsze gdy zamiast napisać smsa z pretensjami mogę napisać „załóż młodemu buty, drugiemu usmaż grzankę”. (SMS bom miała wygłodniałego noworodka na kolanach)

Póki co, jesteśmy w bardzo szczególnym momencie relacji, gdy najzwyczajniej w świecie próbujemy przetrwać. Od pięciu i pół roku jest między nami jakiś mały i mocno zależny od nas człowiek. Jak tylko najmłodsze dziecko zaczyna w miarę spać w nocy i witam się ze snem, dowiadujemy się, że kolejne 2 lata nieprzespanych nocy przed nami. Jakby co – spokojnie, Trzecia nadal nie śpi tak jak powinna 😉 wiec to nie ukryta informacja o ciąży ;).

Mamy wspólne tematy :), jesteśmy równo zmęczeni, czasem sfrustrowani i pogubieni podczas relacji z wymagającymi dziećmi. Ale jesteśmy w tym razem. Teraz marzy mi się 30 minut sam na sam z mężem bez wyrzutów sumienia, że zostawiliśmy komuś nasze pełne energii dzieciaki. Te marzenie próbuje zrealizować od 14 lutego zeszłego roku :), w najbliższym czasie będzie kolejna próba podejścia do „randki”. Zdrowia należy nam życzyć ;).

Pierwszy rok

To już trzecie pierwsze urodziny jakie organizowałam.

To był najszybszy pierwszy rok życia :), poporostu śmignął. Trzecia nie jest już niemowlakiem. Powoli zaczyna mówić, ale komunikuje się bardzo sprawnie.

Jest taką nasza gwiazdką. Czasem się martwię czy nie wejdzie na głowę chłopcom. Póki co robi to bardzo sprawnie i skutecznie. Zwłaszcza wtedy gdy leżą i próbują zasnąć.

Widziałam ostatnio jak utuliła do snu czerwoną wyścigówkę :). Nie umiałabym tak jak ona położyć sobie autka na ramieniu i przytulić policzkiem. Takie czułości tylko jeśli ma się starszych braci.

Gdy robi coś czego jej nie wolno uśmiecha się bardzo szeroko. Klocki LEGO wkłada do buzi tylko wtedy, gdy może je ukryć w policzkach. Lubi przestawiać ustawienia w pralce i włączać ją od nowa jak tylko skończy.

Stoi często w drzwiach a jej oczy są dobrze widoczne w szybie. Czasem zabiera węgiel z wiader z kotłowni jeśli zapomnę zamknąć drzwi i niesie go do zabawek. Lubi też jabłuszka – wyciąga je po kolei z siatki, gryzie i odkłada na boku.

Lubi śpiewać zwłaszcza wtedy gdy cały dom śpi i jest cicho. Lubi też tańczyć przy okazji stukając stołem i wylewając mi herbatkę :).

Gdy się urodziła miała włosy. Tym razem mój głos nie wystarczył, uspokoiła się dopiero, gdy poczuła mój dotyk.

Jak byłam w pierwszej ciąży, znajoma która urodziła drugie dziecko powiedziała zdanie, którego nie mogłam wtedy zrozumieć. „Powoli się poznajemy” – ale jak to? Takie dziecko ma proste potrzeby, co tu poznawać?

Każde z moich dzieci jest inne, chociaż są tak bardzo podobni. Minął rok poznawania się, które zawsze jest dla mnie trudne, bo nie rozumiem o co chodzi i działam po omacku. Przygoda życia :). Miłość nie do opisania.

Męża sobie wybrałam 🙂 dzieci otrzymałam w darze i kocham je bardzo mocno. Budowanie tych relacji jest trudne, ale bardzo ważne i wartościowe. Zobaczymy jakie będą efekty za kilka i kilkanaście lat.

Protest nauczycieli 2019 r.

Długo zastanawiałam się czy oficjalnie wypowiadać się na temat strajku nauczycieli. Potem do ostatniej chwili miałam nadzieję, że rozmowy rząd-nauczyciele skończą się konsensusem.

Ciężko powiedzieć czy popieram strajk jako nauczyciel czy jako rodzic.

Pracowałam zarówno w oświacie jak i ostro fizycznie smażąc kotlety i szorując WC. Gdy zaczynałam moja przygodę po drugiej stronie biurka, była minimalnie większa różnica w wypłacie. Przez ostatnie 7 lat została ona zniwelowana.

Oczywiście, że uczenie młodzieży to powołanie i trzeba mieć do tego dryg, jednak za powołanie nie kupi się chleba.

Pracując w gastronomii czasem i po 12h na dobę, wychodząc z pracy mogłam zająć się sobą. Jeśli się odbiłam i nagle przestał działać grill 🙂 to nie był to już mój problem. Praca nauczyciela jest relacją z żywym i dorastającym organizmem. Nawet jeśli nie byłam wychowawcą bezpośrednio to nie dało się uniknąć relacji. Tu nie ma miejsca na bylejakość. W pracy jest się 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę.

Mówi się o 18h lekcyjnych. W ostatniej pracy miałam ponad 100 uczniów. Każdy potrzebował uwagi, ocenienia, uśmiechu. Oprócz tego rady pedagogiczne i zebrania z rodzicami oraz konsultacje i kółka zainteresowań. Pamiętam też ile czasu i energii kosztowało mnie przygotowanie akademii szkolnej, chociaż ta była przed 15. U nas w przedszkolu takie imprezy np. na dzień mamy i taty są popołudniu, a to oznacza, że wychowawczynie są już zdecydowanie po pracy.

Oprócz tego miałam wątpliwą przyjemność pracowania chwilę podczas wprowadzania aktualnej reformy. Klasy 6 nagle stały się 7. Skończyli historię na powstaniu Solidarności, a podręcznik rozpoczynał się od słów „jak pamiętacie, przed wakacjami omawialiście Francję za czasów Napoleona”. No nie pamiętali, bo to było dawno temu i zajęło w poprzednim programie tylko jedną godzinę lekcyjną, a wymagania były jak do co najmniej 2.

Kolejną zmianą jaką odczułam było ograniczenie lekcji indywidualnych. Do tej pory dzieciaki mogły mieć lekcje indywidualne w szkole i czasem chodzić na zajęcia ze swoją klasą. Teraz nauka jest sam na sam z nauczycielem tylko w domu bez kontaktu z rówieśnikami. Tym samym część dzieci, które otrzymały szansę na zrozumienie tematu lub nadrobienie tego co je omija z powodu choroby, idą „normalnym” trybem.

I teraz znów będzie jako rodzic. Czy ktoś mi może wytłumaczyć sens tworzenia papierologii dla nauczycieli przedszkolnych? Nie ukrywam, że lubię coroczne podsumowanie osiągnięć mojego dziecka, ale czy naprawdę nauczyciel zamiast zająć się maluchem musi pisać kolejne dokumenty? Dla mnie przedszkolak powinien czuć się zaopiekowany, zaakceptowany i zajęty zabawą lub pracami plastycznymi. Do tego fajnie aby się uczył funkcjonować wśród rówieśników. Co tu komplikować? Po co zajmować tym wychowawcom czas? Mało mają roboty z pełnymi energii kilkulatkami? I szykowaniem wierszyków na kolejne święto babci i dziadka czy Wielkanoc?

Ale najbardziej ruszyła mnie rozmowa z moim bratem. Nauczyciele są różni 🙂 jak w każdym zawodzie. Zostałam uświadomiona, że ci którzy potrafili mnie nauczyć np. podstaw matematyki czy biologii niedługo skończą karierę. Jak to jest z tą młoda kadrą? Czy będzie tak samo dobra? Czy to będą najlepsi? Z sercem i talentem do uczenia?

Za mniej więcej 2150 brutto nie będą to najlepsi. Do tej pory pracowałam w gminie wiejskiej to jeszcze trafił się archaiczny dodatek wiejski. W mieście wojewódzkim na starcie dostanę tyle.

  • Za odpowiedzialność za młodego człowieka, któremu nie tylko przekazuje się wiedzę, lecz także zwraca się uwagę na jego samopoczucie i sytuację rodzinną.
  • Za siedzenie nad sprawdzianami i kartkówkami.
  • Za rady pedagogiczne do późna w nocy.
  • Za telefony od rodziców w weekend.
  • Za wycieczki i odpowiedzialność karną.
  • Za to że uważanym sie jest za lenia i nieroba itd… nie wiem czy znów wygra we mnie powołanie. Czy warto? Ilu tak pomyśli? Kto będzie uczył moje dzieci?

Dlatego nie wiem czy jeszcze kiedyś będę nauczycielem. Popieram ten protest, bo chcę aby moje dzieci uczył ktoś z sercem i powołaniem i nie martwił się tym co włoży do garnka.

Życie wróciło do normy

Minęło dość szybko. Na całe szczęście. Bez pomocy rodziny byłoby ciężko. U jednych siedzieliśmy od rana do wieczora, inna część rodziny uzupełniała mi wiaderka z opałem. Dużo zrozumienia w przedszkolu z powodu codziennego dojeżdżania chłopców tuż przed 9, też było ogromnie istotne.

Naprawdę brakowało mi tego najstarszego faceta w domu. Dzieciom też :). Wrócił i jest już normalnie. Ta normalność to taka fajna sprawa.

Myślę, że już powoli mogę się przyznać. To co zajmuje mi tyle czasu i nie mam sił na pisanie, to kurs na prawo jazdy. Jestem już w połowie jazd. Zdecydowanie nie jestem prymusem, ale mimo wszystko postępy robię :).

Mam zdecydowanie dość przemieszczania się autobusem. Zajmuje mi to zbyt dużo czasu. Coraz ciężej bez stresu zdążyć mi z trójką na konkretną minutę i nie marznąć. Oprócz tego moje dzieci nie są ciche. Bardzo często są męczący dla innych.

Trzecia od maleńkości nie lubi jazdy autobusem. Drugi gdy widzi w pobliżu sklep Żabka natychmiast umiera z głodu, bo lubi hot-dogi. Pierwszy jest synem swojej matki i najwyczajniej w świecie jest rozmowny. Plus czasem emocjonalnie nieprzewidywalny.

Wiec uczę się, mało śpię :). Trzecią zostawiam pod opieką i próbuję nauczyć się nie robić głupot na drodze :). Dziś usłyszałam, że kiedyś się wyrobię.

Ćwiczenia wojskowe z perspektywy żony

Czasem znajduję na komórce abstrakcyjne zdjęcia :). Autor nieznany, ale podejrzewam któregoś z chłopców.

Powoli psychicznie szykuję się do akcji pt. ćwiczenia wojskowe. Logistycznie najlepiej byłoby przenieść się na tydzień do rodziny mieszkającej bliżej przedszkola. Jednak mogłoby to dość mocno dodatkowo obciążać psychicznie dzieci.

Plus planowałam cieplejszy marzec. Liczyłam na to, że tydzień bez grzania będzie realny.

Plan jest prosty:

  • wstać, obudzić dzieci, ubrać i wyjść (wydaje się dość proste),
  • dotrzeć na drugi koniec miasta przed 9 (przed 8 lub chwilę po też będzie ok),
  • zostawić dzieci w przedszkolu i przetransportować Młodą do dziadków,
  • przejechać na drugi koniec miasta i się czegoś konkretnego nauczyć,
  • wrócić do obrażonej Trzeciej,
  • zorganizować odbiór dzieci,
  • próbować przetrwać dzień wśród ludzi do wieczora,
  • powrócić na noc do domu autobusem
  • ogrzać domek i uśpić dzieci 🙂

Jeszcze nie doprecyzowałam szczegółów :). Na przykład nie wiem co będę jadła po drodze ;), ale wyjdzie w praniu. Jak nie dam tak rady, to zmienimy koncepcję. Zamieszkamy w lokum bliżej przedszkola. Tylko póki co wiem, że usypianie Młodej będzie ciężkie poza domem.

Z atrakcji, które otrzymałam teraz by docenić to, że w przyszłym tygodniu tylko robię za dwie osoby 24 na dobę, to Młoda i ja już prawie zdrowe. Sprawę z moim operatorem załatwię, ale już mogę wykonać połączenie i wysłać SMS. Zasłużyłam na kontakt ze światem. Pozbawili mnie go w momencie, gdy miałam dzwonić do lekarza a na ramieniu miałam średnio zdrową Młodą. Pan z infolinii poradził mi wykonać połączenie z innego telefonu. Myślałam że wyjdę z siebie :), bo mój telefon był aktualnie jedynym w domu.

A z fajnych spraw 🙂 jutro chłopcy jadą na wielką imprezę na hali sportowej. To taka akcja związana z zajęciami sportowymi na które są zapisani ekstra. To tak jakby ktoś chciał mi znów tłumaczyć, że przydałoby się bym zapisała ich na jakieś zajęcia sportowe, bo mają za dużo energii ;). Relacja będzie ;). Druga będzie z tego co myślę o T-Mobile, a Trzecia jak nauczę się tego czego się usiłuje nauczyć ;).

Reorganizacja marcowa

Poczułam wiosnę i klops 😉 szaro buro i do kitu ;). Ale przebiśniegi już są i nie przejmują się brakiem słońca. To nasze ogródkowe.

Ogólnie właśnie jesteśmy w trakcie reorganizacji życia, gdyż ja znikam z domu na dłużej popołudniu :). Dobry czas, bo widzę ile rzeczy robię już z automatu i są ogarnięte.

Od jutra popołudnia wracają do normy :), za to większy ciężar zmian spadnie na mnie. To co robiłam kiedy chłopcy są w przedszkolu, będę robiła po ich powrocie.

Przyszedł marzec i mocno już zaczynam się mierzyć organizacyjnie z tym co zafundowało mi nasze państwo. Złość mi już przeszła, bo informację mamy od końca stycznia. Teraz przy pomocy rodziny będę próbowała nie sfiksować przez tydzień.

Tlumaczę sobie, że to będzie docenienie obecności współmałżonka. Tylko, że ja wiem, że go potrzebuję.

Od 18 marca rano do 22 marca wieczorem, ojciec moich dzieci będzie przebywał na ćwiczeniach wojskowych. Ja zostanę słomianą wdową i szczerze to nie jestem pewna jak to ogarnę ;). Są pomysły, ale nadal nie wiem jak. Przecież to on wozi chłopców do przedszkola :). Jakoś nie widzę siebie jadącej w to zimno z trójką dzieci o świcie autobusem. Ale damy radę o będziemy mocniejsi.

Czuć wiosnę

Ptaszki śpiewają, zimno lekko cieplejsze. Trzecia nie ma kataru! 🙂 Chłopcy dziś wrócili po prawie dwóch tygodniach do przedszkola. Szampana nie otwieram bo nie mam 😉 za to użyłam odkurzacza ;).

Marzec to dla mnie od 10 lat szczególny czas :). Jakbym robiła 10 years challenge 🙂 to byłby to początek spotykania się z moim mężem. Naprawdę fajny czas 😉 chociaż początek związku świętujemy w kwietniu.

Oprócz tego 5 lat temu dostałam na dzień kobiet kwiatek doniczkowy i on nadal żyje :). To pierwsza roślina, której nie zasuszyłam. Śmiałam się wtedy, że od kiedy jestem mamą i dziecko żyje można zacząć mi ufać ;).

To taki mój symbol mojej dorosłości 🙂 kwiatki żyją, dzieci też :). 10 lat temu gdy poszłam na kawę z tym chłopakiem poraz pierwszy nie wyobrażałam sobie niczego, byłam tam i teraz. Nie analizowałam czy nadaje się na towarzysza życia i ojca. Nie sprawdzałam też jakby brzmiało moje imię z jego nazwiskiem :). Nie uwierzyłbym, że za dziesięć lat będę szczęśliwą mamą trójki! (Wpisałam dwójki! Ale wstyd – chociaż lepiej że tak a nie że czwórki) dzieci, która bierze życie za rogi.

Śmieje się od walentynek, że już nie jestem zakochana – troszkę już się znamy i żadne z nas nie jest aniołem. Teraz jest to miłość 🙂 tak poprostu. Tak codziennie i tak bezpiecznie :). Ale to troszkę oszustwo, zakochana jestem nadal, chociaż tego nie ślubowałam 7 lat temu ;).

Historia mojego ulubionego pączka

Mniej więcej 6 lat temu, na początku swojej pierwszej ciąży miałam masakryczny wręcz wstręt do słodyczy :). Jednak wtedy w Tłusty Czwartek miałam ochotę na jednego, nieociekającego lukrem i nie spalonego – takiego z paseczkiem jasnym. I wtedy go nie znalazłam :(. Fakt, że czułam się „kwitnąco” i długo nie szukałam 😉

Kupiłam wtedy jednego bardzo brązowego z okropnie grubym i słodkim lukrem. Do dziś mnie wzdryga ;). Dopiero rok później dowiedziałam się, gdzie mogę takowe nabyć i od 5 lat jadam tylko te ;).

Dziś zabrałam dzieciaki do fajnego placu zabaw w centrum i kupiłam koszmarnie drogie wypasione pączki ;). W efekcie najbardziej była zadowolona Trzecia, bo dostała na wyłączność kajzerkę. Chłopcy stwierdzili, że za słodkie ;).

Kupiłam 12 sztuk moich ulubionych z cukrem pudrem – zostały dwa ;). Fakt, że jedliśmy je we trójkę ;), ale jesteśmy usatysfakcjonowani ;).

Tylko Drugi trzy razy przychodził do mnie z prośbą: „Mamo, możesz dogryźć mi się do dżemu?” ;).