Po ciąży może być inaczej

Moje szkraby przy urodzeniu nie ważyły dużo bo około 3kg, do tego dochodziły inne obciążenia (np. łożysko i wody płodowe). Każda ciąża w moim wypadku skończyła się cesarskim cięciem. Kręgosłup i mięśnie dna miednicy szwankują już dłuższy czas.

Jakoś oczywiste się wydaje, że tak poprostu organizm po ciąży nigdy już nie będzie w takim samym stanie jak przed. Czytam dużo i wiedziałam, że można ćwiczyć mięśnie dna miednicy. Po przestudiowaniu rozlicznych artykułów dotarło do mnie, że bliznę należy mobilizować. Cokolwiek miałoby to znaczyć.

Więc tak sobie żyłam z różnymi przypadłościami rozlicznymi i nawet udałam się do specjalistów, którzy postanowili faszerować mnie lekami, bo nie wiedzą czemu jest jak jest. Pewnego dnia przeczytałam na stronie FizjoWenus Julia Jeżewska wpis podsumowujący rok. W opisach problemów z jakimi zgłaszają się pacjentki odnalazłam swoje dolegliwości. Pomyślałam, że może wizyta u fizjoterapeuty uroginekologicznego pomoże lepiej niż faszerowanie się lekami.

Ale jak to w życiu bywa odłożyłam temat na później – zima i częste choroby dzieci, potem robiłam prawo jazdy i tak pół roku minęło. Z okazji Dnia Mamy na stronie Julii Jeżewskiej pojawił się konkurs. Trzeba było wskazać w komentarzu znajomą mamę, dla której chciałoby się wygrać konsultację. Ja wybrałam moja mamę i tak jakoś wyszło, że w Dniu Mamy mój komentarz został wylosowany. Niespodzianką była konsultacja dla osoby, która wpisałam komentarz – czyli dla mnie.

No i nie było odwrotu :), a że skupiłam się na tym, żeby przekonać mamę do udania się do fizjoterapeuty, zapomniałam jak bardzo ja się tego boję. Bo tak do końca wcale nie wiedziałam co mnie czeka.

A czekało mnie bardzo miłe spotkanie. Wywiad był zrobiony z dużym wyczuciem, a dotyczył dużej ilości spraw delikatnych. Ale nie tylko :), spojrzenie było naprawdę całościowe. Wszak człowiek jest całością. Z moim kręgosłupem nie jest źle. Mięśnie brzucha się nie rozeszły ale czas zacząć odżywiać się regularnie a nie wcinać pierwszą rzecz jaką znajdę w kuchni jak mnie głód złapie (z tego powodu staram się żeby nie było tam za dużo ciastek).

Te moje nieporadne próby mobilizowania blizny efekty jakieś przyniosły :), ale za to wiem jak się to robi tak naprawdę 🙂 i po co. Sprawdzono czy prawidłowo robię ćwiczenia mięśni dna miednicy (a oczywiście po instrukcjach z netu robiłam to kiepsko). Oprócz tego dostałam ćwiczenia do domu. Bo konia można przyprowadzić do wodopoju, ale napić się za niego nie da. I to mi się podoba, bo nie mam czasu ani kasy, aby biegać do fizjoterapeuty co tydzień. Pojawię się za jakiś czas na kontrolę.

To co dla mnie najważniejsze – zostałam przyjęta z moją głupawką, zrozumiana i potraktowana poważnie. Bo może jeszcze mogłabym się bardziej popsuć po tych ciążach, ale już można zrobić coś żebym się nie rozpadła w ciągu następnych kilku lat.

Nie wiem dlaczego nie wysyła się dziewczyn po porodzie do fizjoterapeuty uroginekologicznego. Naprawdę powinien być to standard. Mało kto wie, że są specjaliści w tym temacie i naprawdę po ciąży organizm nie musi wcale szwankować. Warto się udać i sobie pomóc. Ja zdecydowanie polecam FizjoWenus i Julię Jeżewską, ale ogólnie warto szukać takiego specjalisty w swojej okolicy.


Bawialnia Terefere

Potrzeby mamy i dziecka czasem są zbliżone. Tym razem postawiłam na „reset”. Skoczyliśmy do bawialni numer 2 moich dzieci (nasze numer 1 niestety już nie istnieje).

Za co kochają moi chłopcy klubokawiarnię Terefere? Wbrew pozorom wcale nie za konstrukcje z kulkami (swoją drogą czystość tego sprzętu jest naprawdę niesamowita. Wygląda tak samo świeżo jak rok temu gdy byliśmy ostatnio. Wiem, że pani właścicielka czyści kulki regularnie i to widać). Moi chłopcy zakochali się w jeżdżącym pociągu LEGO Duplo. Ale około godziny stali też i układali konstrukcję z drewnianymi torami. Do zestawu jest dołączony stół z różnymi zakamarkami.

Atmosfera jest bardzo ciepła i serdeczna. Z drugiej strony dzieci są uczone dbania o dobro wspólne. Dziś akurat połowa kulek wylądowała na podłodze, pani nie miała problemu z wręczeniem pomysłodawcom pudełek i poproszeniem o posprzątanie. To naprawdę jest miejsce do którego chce się wracać. Jedyny minus to odległość jaką musimy pokonać od przystanku, ale niedługo (mam nadzieję) to nie będzie dla nas przeszkodą.

Chłopcy starali się nie wchodzić w konflikty (zwłaszcza między sobą). Trzecia pierwszy raz tak samodzielna była w bawialni. Z tej radości sama nie wiedziała co ma robić. Czy bawić się klockami? Czy jeździć autkami? Kusiła ją konstrukcja z kulkami. Pokusa byla mocna bo popatrzyła na bardziej doświadczonych i dała radę przeczołgać się pod przeszkodami (tyłem) i dotarła dzielnie do baseniku. Jednym słowem – główka pracuje ;).

A tu ewakuacja – została sama głowa do zabrania spod przeszkody
Tu już pomiędzy przeszkodami

Ja napiłam się kawy, spędziłam miło czas z koleżankami (z niektórymi się widziałyśmy jak ich dzieci i mój Drugi dopiero zaczynali raczkować). No i oczyściłam głowę. Na koniec udaliśmy się na pyszne kotlety w panierce z orzeszkami arachidowymi do dziadka. Zresztą drugi tuż przed obiadem padł, ale na środku podłogi, ale dał radę po kilkudziesięciu minutach wstać na jedzenie.

Ale i tak najlepsza była Monika, która uśmiechnęła się do mnie tuż po moim wejściu do bawialni:

  • Tak myślałam, że jesteś i to właśnie twoi chłopcy z dzikim piskiem wbiegli do sali z kulkami.

Także tego… 😉 Nie da się nas nie rozpoznać ;).

Podziel się

Kawka i ciasto od Unii Europejskiej

Gwoli wstępu daję znać co robiłam jak zostawiłam moje dzieci z tatusiem na 8h w sobotę. Historia tego szkolenia unijnego dla rodziców jest lekko zakręcona. Dość stwierdzić, że termin zgłoszeń upływał pomiędzy pogrzebem a złamaniem przez Pierwszego obojczyka. Naprawdę czułam się dziwnie tłumacząc z jakiego powodu oddaje zgłoszenie później, bo to brzmiało aż nieprawdopodobnie.

Szkolenie dotyczyło wychowania i rozwoju dziecka. Wbrew pozorom dużo wiedziałam, ale czasem warto niektóre rzeczy usłyszeć jeszcze raz. Oprócz tego były ćwiczenia – naprawdę fajnie pomyśleć o rzeczach które udały się nam w wychowaniu.

Dziś będzie o pierwszej rzeczy, którą niby wiedziałam, ale zawsze mimo chęci poprawy robiłam zdecydowanie nie tak. Dużo przeczytałam o tym, że dzieci wcale nie muszą się dzielić. Czytałam gdzieś porównanie dzielenia się zabawkami do dorosłego w kawiarni. Pijemy kawę, ktoś pyta czy może wypić z nami i jeszcze do tego chce zabrać nam czytaną książkę. I wszystko byłoby ok gdybym jednak nie namawiała dzieci do dzielenia się wszystkim jak przychodzą goście, a jak są w gościach mają rozumieć, że ktoś się nie dzieli (wszak to jego).

Wyobraźmy sobie sytuację w której przychodzi ktoś znajomy z dzieckiem. Dzieci się bawią i nasze nie chce dać zabawki, bo nie. Ja w takich wypadkach próbuje przemówić do serca młodego człowieka, że tamtemu smutno. Gdy my jesteśmy w gościach i drugie dziecko nie chce się dzielić – mojemu mówię, że tak bywa i nie trzeba się dzielić. Czyli początkowo tłumacze, że „gość w dom Bóg w dom” a w drugim przypadku jest informacja ” ale jak ty jesteś gościem to niekoniecznie ta zasada jest stosowana”.

Rzeczywiście przyjrzałam się swojemu podejściu. Wymagałam żeby byli życzliwi, a z drugiej strony nie walczyłam o nich gdy ktoś chciał ich skarby. Obce dzieci wiadomo 😉 ale z tymi gośćmi jest troszkę inaczej. No moim dzieciom pewnych rzeczy nie można ani w domu ani w gościach. Na harce gości przymykamy oko. Tym samym stosujemy troszkę inne standardy. Tylko dlaczego ze szkodą dla naszych?

Wynika to troszkę z wychowywania dzieci tak aby inni byli z nich zadowoleni. Czasem nawet obce osoby. Bo myśl „co ludzie powiedzą/pomyślą” kołacze mi w głowie za często.

Z jednej strony trzeba jakoś żyć w społeczeństwie i szacunować drugiego człowieka. Z drugiej tak naprawdę w głębi serca chciałabym aby moje dzieci były przede wszystkim szczęśliwe.

Ciąg dalszy przemyśleń nastąpi 😉

O pewnym skaleczeniu

Uruchamiamy wyobraźnię ;). Zielony wózek spacerowy w którym siedzi dziecko około roku z różowymi elementami na koszulce. Z prawej strony wózka niższy z chłopców na oko początki przedszkola. Z lewej wyższy na oko prawie zerówka. Nawet troszkę podobni. Wózek prowadzi niskie i szerokie (może jest w kolejnej ciąży, albo dochodzi do siebie kolejny rok) dziewczę w okularach.

Dziewczynka w wózku rozgląda się ciekawie. Chłopcy piją picie z butelek szklanych (celowo nie podaję firmy). Nagle rozlega się przeraźliwy ryk. Chłopczyk młodszy wpada w czarną rozpacz. Patrzy na palec i teraz są to spazmy.

Matka patrzy, wyciąga chusteczkę. Po chwili grzebie w torbie i mówi „sorry skończyły się”. Dziecko całe mokre od płaczu, czerwone i drze się tak jakby conajmniej odcięło palec. Teraz do tego dochodzi starsza pani z „życzliwym” komentarzem – a co tak płaczesz nic ci nie jest. Jak się domyślacie, do tej pory sytuacja była spokojna – ryk i rozpacz większa. Matka po chwili zmienia chustkę przy okrzykach „Krew! Ja krwawię”. Żeby było ciekawiej starsze dziecko zaczyna się śmiać (tak, te które całkiem niedawno złamało obojczyk i wcale nie uważa, że śmianie się z innych jest ok).

Dziewczyna idzie przy akompaniamencie płaczu i nerwowego śmiechu do najbliższego sklepu. Poszkodowany jest głośny ostro. Matka kupuje plaster za ciężkie pieniądze (w domu ma oczywiście zapasy tylko zapomniała wsadzić je do torby wózkowej). Starszy brat zmartwiony komentuje w kolejce że wypadałoby płaczące dziecko przepuścić. Matka się lekko czerwieni, rzeczywiście mieli tylko ten plaster, ale przed nimi tylko była jedna osoba, która kończyła transakcję.

Po naklejeniu plastra z tygryskiem (najtańszy) przytuleniu i utuleniu emocji mama zaczyna dziecku tłumaczyć co się stało. Dziecko skaleczyło się kapslem od soczku (tak tym ze „złotą myślą”).

Chwila ciszy, idą dalej. Jednak to nie koniec. Zaczyna się drugi etap żalu i płaczu. Młody zaczyna krzyczeć:

To przez ten twój KLAPS mnie teraz boli

rozżalił się młody człowiek!

Miny ludzi nieziemskie. Część ludzi kontroluje sytuację. Dziewczę przytula dziecko i tylko nieliczni słyszą:

Kapsel cię skaleczył synku a nie klaps

Stara się mówić w miarę wyraźnie dla okolicznych obserwatorów

I żeby było ciekawiej – nic a nic nie koloryzuję! Plastry znów są w torbie :). Palec cały, szczepienie na tężec ma aktualne ;). Ubezpieczenie skaleczenia nie obejmuje ;).

O moich szkolnych dzieciach

A to czytanie na dworze 😉 takie już wakacyjne więc buty brudne 😉

Wakacje oficjalnie się zaczęły. Moi pierwsi wychowankowie powoli zaczynają bronić prace licencjackie, niektórzy już mają za sobą kilka lat konkretnej pracy zarobkowej.

Gdy zaczynałam pracę w szkole mówiono mi, że tej pierwszej klasy nigdy się nie zapomina. Póki co oficjalne wychowawstwo miałam jedno. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby dać im maksimum mojego czasu i uwagi. Tylko czasem nawet to jest za mało.

Dziś gimnazjum skończył ostatni rocznik, który też zostawił w moim sercu ślad. Pamiętam jak dziś, gdy 2a była gotowa zrezygnować ze sprawdzianu widząc, że czuję się gorzej (troszkę się zawiedli gdy powiedziałam że sprawdzian to dla mnie odpoczynek). Nie zawiedli mojego zaufania, gdy jako pierwsi domyślili się, że na lekcje przychodzę wraz z ukrytą pod sercem Trzecią.

Pamiętam 7b, która dziś skończyła naukę w szkole podstawowej. Gdy wyszłam po pierwszej lekcji z nimi, byłam pewna, że nie dam rady do niech dotrzeć. A to była klasa, która lubiła siąść wokół mnie i słuchać opowieści o historii. Mówili że uczę ich „ściemniać” a ja uczyłam myśleć wynikowo.

W taki dzień jak dziś myślę sobie, że każda z tych relacji zostawia we mnie ślad, a w szkole dawałam z siebie wszystko, bo wiedziałam, że to jest praca z wartościowym i wrażliwym młodym człowiekiem. Ten człowiek niesie ze sobą bagaż doświadczeń nie zawsze fajnych, często nawet bardzo trudnych. Więc jeśli nie umiem mu pomóc wzrastać to chociaż nie powinnam przeszkadzać.

W takie dni myślę o nauczycielach których postawił i postawi świat na drodze moich rodzonych dzieci. Widzę zmęczenie całoroczną praca z maluchem, jestem wdzięczna za każdy sygnał gdy działo się coś złego i dziękuję za obecność w trudnych momentach w naszym życiu gdy dzieciakom było potrzeba więcej zrozumienia.

Na koniec myślę o tych, których zostawiłam za murami swojej szkoły. O tych którzy uczyli mnie tego, że mam wartość jako człowiek oraz tego jak wygląda DNA. I czasem zastanawiam się czy ja również zostałam w ich sercu.

Nie wiem czy będę jeszcze uczyć, czy będę miała szansę być wsparciem jeszcze dla kolejnych pokoleń dzieciaków które będę chciała nauczyć myśleć. Wiem jednak, że ci ludzie których spotkałam na swojej szkolnej drodze i drodze moich dzieci są dla mnie ważni.

Tańcobajki o smokach

Tutaj widać w męskim gronie Drugiego tańczącego „Taniec rycerzy”

To przedstawienie było dla mnie ważne z wielu powodów.

Po pierwsze było o „smoku” a ten jest mi szczególnie bliski przez miasto w którym się urodziłam. Poza tym pierwsze poważne przedstawienie w jakim brał udział zbuntowany kiedyś Pierwszy, było właśnie o Smoku Wawelskim.

Po drugie to były „Tańcobajki” projekt przedstawień mojego znajomego (wiem jakim jest charyzmatycznym człowiekiem i znam jego talent wodzirejski). Planowałam wybrać się już na „Czerwonego kapturka” i „Kota w butach”. Tylko gdzieś czułam, że Pierwszy który nie lubi jak się go włącza do przedstawienia, musi dorosnąć. Cała zabawa polega właśnie na wspólnym przeżywaniu akcji, tańczeniu i śpiewaniu wraz z aktorami.

Po trzecie tym razem z okazji Festiwalu Legend Lubelskich „Smoki damy i rycerze” były dwa razy zagrane za darmo. Jako typowa Polka lubię darmowe imprezy.

Po czwarte mieliśmy przyjemność uczestniczyć w spotkaniu ze smokiem w wirydarzu u Dominikanów. Bardzo lubię ten klasztor i ten zakon. Tam odbyliśmy z moim mężem super konferencje dla zakochanych. No ale o tym, że w moim sercu św. Dominik Guzman ma szczególne miejsce to niektórzy się domyślają.

Smok oraz znudzony Pierwszy i zachwycony Drugi.

Jak dobrze było widać to, że każde z całej trójki ma inne potrzeby i inaczej włącza się do zabawy. Drugi tańczył, śpiewał, zaśmiewał się bardzo głośno i nawet podpowiadał aktorom co mogą zrobić w danej sytuacji. Trzecia zajmowała się chodzeniem własnymi ścieżkami między ludźmi i próbami grzebania ludziom w torbach. Czasem sprawdzała co dzieje się na scenie. Pierwszy siadł i nie odezwał się ani nie ruszył zbytnio do samego końca. Wyróżniał go tylko zielony temblak na ręce.

Trzecia szczęśliwa, Drugi rozbawiony, a Pierwszy powiedział, że super że już koniec. Dobrze nie wyszliśmy na Stare Miasto, gdy mój kontuzjowany pierworodny stwierdził, że moglibyśmy pójść jeszcze raz na „Smoki damy i rycerze” bo on słyszał, że dziś będą grali jeszcze raz.

Twierdził, że nie słuchał, ale po dobranocce zaśpiewał nie tylko całą piosenkę Smoka (w wersji emocjonalnej także) lecz także piosenkę o rysowaniu Stracha. Opowiedział mi, która postać była według niego najciekawsza ( w praktyce wymienił wszystkie). Na koniec mi powiedział „Mamo, ale pan chyba widział ze mam chorą rękę i zrozumiał dlaczego nie tańczę”.

I to jest właśnie ten skarb „tańcobajek” możesz przeżywać przedstawienie w wolności. Nikt nie zmusza do zabawy, ale jeśli masz ochotę krzyknąć „Niech pan spojrzy na obrazek” to możesz to zrobić. Nawet jest to wskazane.

Cała sobotę każde z nas nuciło „tamturiru” oraz „tańcz jak umiesz” i jeszcze „taki strach namalował go pan Stach”.

Z każdego przedstawienia jest wydana płyta z piosenkami. Część można znaleźć na platformie youtube.

Wcześniej Drugi był zbytnio wpatrzony w brata, żeby robić to na co ma ochotę i nie widzieliśmy poprzednich wersji. Ale wiemy, że dużo nas ominęło. Na smoka jeszcze pójdziemy – tym razem może się okazać, że będę miała już dwóch tańczących rycerzy a może i księżniczkę. No i liczymy na kolejne przedstawienia w projekcie.

Gdybyście kiedyś usłyszeli o „Tańcobajkach” naprawdę jest to super rozrywka nie tylko dla dzieci :).

https://tancobajki.pl/ – a tu link do projektu.

Dawidzie bardzo Ci dziękuję za to, że poczekałeś na to aż moje dzieci dorosną. Czekamy na więcej 🙂 – tym razem kupimy bilety 🙂 bo wiemy, że warto.

Współczesne loty

Sobota to dzień latania jak na najprawdziwszą czarownicę przystało. Jednak preferuję loty na odkurzaczu ;). Jako młoda dziewczyna obiecywałam sobie, że nie będę sprzątała w sobotę, ale tak po ludzku lubię odpoczywać w niedzielę w ogarniętym domu.

Ogólnie dziś zostałam uświadomiona przez Drugiego że to rzeczywiście bez sensu. Wszedł w obuwiu do świeżo odkurzonej chaty:

Odkurzałaś? Nie widać.

Podsumował rezolutnie

Cóż robić? Sama jak muszę szybko coś zrobić nie patrzę czy kładę ubranie młodej na miejsce. Jak tylko się odwrócę zabawki wracają na swoje ulubione miejsce czyli na nasz stół. Trzecia nie czuje się komfortowo dopóki nie rozrzuci puzzli i robi to tylko wtedy gdy są pudełku. Jak leżą w nieładzie zostawia je w spokoju.

Zmywanie jest zawsze – zwłaszcza tuż po tym jak pozmywam, bo w czymś pić trzeba. Pranie się piętrzy, chociaż staram się nie włączać pralki w niedzielę.

Książki które czytamy są pod ręką. Zresztą tak samo jak przybory do rysowania. Ubrania do schowania do szafki albo sie suszą albo w niemym nieładzie przypominają mi o tym, że nie mogę ich zostawić tam gdzie są.

Pierwszy posiłek po odkurzaniu doprowadza podłogę do stanu sprzed odkurzania :). Tylko czy to, że nie widać że sprzątamy oznacza że możemy tego nie robić w ogóle? No niestety sprawdziłam, że jak raz na jakiś czas nie ogarnę tych wszystkich szmeli to okazuje się że wtedy dopiero widać, że robię coś w domu.

Ten brak efektu na dłużej jest wysoce frustrujący i demotywujący. Więc uszy do góry 🙂 warto działać mimo braku efektu 😉 i zaganiać do roboty młode zmęczone życiem pokolenie ;).

Dziwny czas

Plan był prosty. Przygotować Chrzciny Trzeciej i spokojnie zdawać egzamin na prawo jazdy.

Chrzciny udane, kamień z serca spadł a stres odpuścił. Zaczęłam zdawać teoretyczny. Okazało się, że mimo nauki nie było to ani pierwsze ani drugie podejście. W efekcie zdałam za trzecim razem podczas żałoby. W naszym życiu nagle zabrakło prababci, która była za ścianą. Tej która pozwalała chłopcom słodzić herbatę tyle ile chcieli. Herbata pachniała wyjątkowo, bo była robiona na kuchni węglowej. Chłopcy zdecydowali, że chcą być na pogrzebie. Pierwszy w smutku płakał „Mogłaś mi nie mówić, teraz jestem smutny”. Szczerze to wydaje mi się, że nadal to do nas nie dotarło.

Potem była super impreza – finał międzyprzedszkolnych zawodów sportowych. W reprezentacji przedszkola występował nasz Pierwszy, a my mimo upału głośno i radośnie mu kibicowaliśmy. Przywiózł 🏅 medal oraz piłkę i łopatę do piachu.

Niedziela była upalna. Pierwszy na dworze był 20 minut. Nagle usłyszałam płacz i przybył poinformować mnie, że spadł ze zjeżdżalni. Zrobiłam okłady, sprawdziłam czy nie puchnie ręka. Dałam chwilę odpocząć emocjom dziecka. Gdy zapakowałam zestaw wycieczkowy na SOR, młody się zmotywował, uśmiechnął i zaczął ruszać swobodnie ręką.

Po własnym dochodzeniu i analizie ran bojowych. Wiem już, że bawił się na ustawionej kostce na wysokość około 1,5 metra. Tam z kostki budował sobie coś i zrobił o jeden krok za daleko. Zrobił salto i poleciał w trawę. Spytany przez sąsiadkę czy wszystko ok, stwierdził idąc do mnie (zero płaczu) że jest w porządku.

W poniedziałek poszedł do przedszkola, bo założyłam że ręka jest obita i będzie bolała ale unieruchomienie jej tylko spotęguje ból. Jednak nie grało mi coś. W efekcie, po zasugerowaniu wizyty u lekarza przez osobę, która spędziła z nim więcej poniedziałku niż ja, wybraliśmy się do chirurga. Ten spytał czy dziecko które boli to ten skaczący chłopczyk. Następnie dotknął ręki i orzekł że najprawdopodobniej jest to złamany obojczyk i to opatruje tylko nasz dziecięcy szpital.

Po półtorej godziny na SOR wróciliśmy taksówką do domu. Na takie złamania nie zakłada się gipsu, ale i tak młody ma „pufy” z bandaża jak mały paker. Przynajmniej go już nie boli. Hopsa w swojej normie.

Już poukładałam życie na nowo, przy pomocy licznej rodziny. Przede mną w najbliższych dniach egzamin i najprawdopodobniej jeszcze jeden i może być tak że jeszcze jeden wiec pochwalę się dopiero po tym zdanym.

Taki trudny czas mamy ostatnio.

Trudno być mamą

Miś Pierwszego, Trzeciej i Drugiego.

Mamą być ach mamą być. Jak zwykle w głowie myśli biegną, a jak przychodzi do pisania, jest pustka.

Niedawno koleżanka mnie spytała czy kocham moje dzieci tak samo. Kocham tak samo, ale każde z nich potrzebuje innego okazywania tej miłości.

Drugi potrzebuje się przytulić i tego, żeby był „zaopiekowany”. Lubi jak stoi któreś z nas obok i „pomaga mu przy ubieraniu” .

Pierwszy potrzebuje wysłuchania, pomocy przy klockach (najczęściej obecności). Niektórych to dziwi, ale warto z daleka mu mówić „widzę cię, widzę co robisz” to wtedy czuje się „zaopiekowany” i nie biegnie mówić co robi.

Trzecia dla odmiany jak to roczniak, potrzebuje wszystkiego już natychmiast. Musi mieć „cień” będący za plecami, bo ma różne pomysły nie do końca mądre.

Okazywanie miłości przez mamę jest zależne od tego w jakim wieku jest dziecko oraz zależne od jego temperamentu. Bo każdy człowiek potrzebuje czego innego. I tu naprawdę trzeba tego szkraba poznawać, a czasem poznawać na nowo. Metodą prób i błędów.

Niestety rodzic ma też swoje ograniczenia, swoje zmęczenie i często wcale to wszystko nie wychodzi tak jakby chciał. Czy to znaczy, że nie kocha? Często teksty „nie na miejscu” rodziców są przejawem miłości okazywanej w sposób w jaki umieją to robić. Niekoniecznie to złośliwość :).

Ale co ja tam chciałam napisać wcześniej? A to, że jako młoda mama byłam tak mocno zagubiona, że szok. Naprawdę myśl o drugim dziecku mnie paraliżowała. Oj nie byłam mamą jaką chciałam być myśląc o tym wszystkim w teorii. A i z rzadka teraz jestem taką mamą :).

Mimo błędów, mimo pogubienia, ta matczyna i kulawa miłość stworzyła bardzo mocną relację jaką mam z Pierwszym. Kiedyś był zazdrosny o rodzeństwo i wtedy mu powiedziałam, że tylko on miał mamę tylko dla siebie całe dwa lata i nic nam tego nie zabierze. Każde kolejne dziecko już jest w innej sytuacji, nawet jeśli jest z mamą sam na sam to nie przez cały czas. Czy to gorzej? Lepiej? Po prostu inaczej!

Patrzyłam dziś na Trzecią, która dzielnie się wspina po schodach i drabinach. Potem jeśli jestem obok zamiast schodzić bezpiecznie tyłem skacze mi prosto w ręce. Staję od dzisiaj dalej, ryzykując, że jednak jej nie złapię. Musiałam zaufać jej i sobie, że wiem co robię. Dzięki temu zaczęła schodzić prawidłowo.

To taki mój przykład na to, że ciężko znaleźć balans pomiędzy ☂️ parasolem ochronnym a pomocą w rozwinięciu skrzydeł. Jak trudno dziecku dać pewność siebie z drugiej strony nie będąc mamą, która pilnuje za mocno.

Im dziecko starsze, tym więcej musi „latać” samo. W relacjach między ludzkich czy podczas nauki. Jak okazać miłość, zainteresowanie żeby nie przytłoczyć z jednej strony a z drugiej aby młody człowiek nie czuł się zignorowany?

Nasi rodzice też się uczyli i uczą dorosłych dzieci. Naprawdę nie wiedziałam, że to tak skomplikowana sprawa. Warto w rodzicach zobaczyć ludzi, takich samych jak my, którzy chcą dobrze, ale nie zawsze potrafią znaleźć złoty środek i drogę do konkretnego człowieka.

Mamą być ach mamą być. Jak już mi tak bardzo źle, gdy daleko do ideału mamy jaką mam w głowie, myślę sobie że Bóg musi wiedzieć co robi, a dał mi pod opiekę trójkę szkrabów, które też kocha.

Jeśli chodzi o misie, to są one szczególne. Nie ukrywam, że miałam nadzieję, że ciocia od której je mają podtrzyma tradycję i za trzecim razem. Misie od cioci otrzymuje każde moje dziecko. Są zapakowane w ozdobną folię i siedzą na ręczniku, który jest podpisany imieniem malucha. Ręcznik trafia do łazienki, a miś ponieważ był podpisany, nazywa się tak samo jak jego właściciel. Tym samym od lewej miś Pierwszy, miś Trzecia oraz miś Drugi.

Biblioteka

Książka pt. Przedszkolaki z ulicy Morelowej

Biblioteka mieści się kilka kroków obok moich rodziców. Co ciekawe strasznie ciężko kiedyś było mi do niej dotrzeć w celu oddania książek ;). Teraz wszystko jest skomputeryzowane i przychodzi mi mail przypominający i umożliwiający prolongatę.

Znam równie bogatą bibliotekę 😉 może przesadzam, ale jest rzeczywiście imponująca. To domowy zbiór moich rodziców. „Zapiszemy Cię do biblioteki jak przeczytasz część książek które mamy w domu”. Dlatego tak wyjątkowa była dla mnie chwila, gdy mogłam korzystać z tej biblioteki publicznej. Jeśli chodzi o zbiór rodzinny nie przeczytałam nawet 10% ;). Dobrze że odpuścili bo bym się nieucywilizowała.

W czasie gdy ja dorosłam, moje dzieci odrosły od podłogi, biblioteka przeszła remont. W dziale dziecięcym jest wygodny dywan, poduszki na podłodze oraz cudne fotele. Najbardziej jednak fascynuje mnie obecność twardych książeczek dla naprawdę małych szkrabów. Trzecia swoją kartę ma od 3 miesiąca życia.

Ostatnio wparowałam z całą trójką. Chłopakom wręczyłam karty biblioteczne i puściłam do półek z tekstem „wybierzcie sobie coś byle nie za ciężkie bo ja to będę nosić”. Sama padłam na wygodny fotel. Trzecia tym razem również została przez mnie puszczona na dywan.

Pani jest ciepłą i otwartą osobą, że aż się chce tam przychodzić. Naprawdę potrafi doradzić i podrzucić ciekawą książkę szkrabowi. Widać, że lubi swoją pracę 🙂 a i dzieci czują się tam ważne i potrzebne.

Biblioteka to miejsce magiczne tylko zatroskany Pierwszy spytał mnie co będzie jeśli ktoś weźmie książkę z półki i zamiast dać ją pani do zeskanowania, najzwyczajniej w świecie ja ukradnie. No nic nie będzie, smutno będzie i książki też nie będzie. Tylko, że w takiej instytucji potrzebne jest zaufanie.

A teraz czytamy sobie o przedszkolakach. Rozdziały krótkie ale napisane tak dobrze, że ja się czuję jakbym była w tym przedszkolu. Chłopcy nawet mówią, że jak pani o coś pyta to tak samo dzieci się przechwalają i przekrzykują jak w książce.