Początki przygody z kierownicą

Wiele osób mnie pytało, czemu nie zrobiłam wcześniej prawa jazdy. Ciężko powiedzieć tak naprawdę dlaczego :). W tym roku chyba jazda autobusem z trójką dzieci mnie przerosła. Dobiła sytuacja, gdy zorientowałam się, że zostaję sama z dziećmi na tydzień, a stojący pod domem samochód w niczym mi nie pomoże.

Mąż stwierdził, że jeśli chce to proszę bardzo – tylko żebym nie chowała dokumentu do szuflady. Mój wybór padł na polecanych przez zaprzyjaźnione chustowe mamy Władców Dróg. Jako jedni z nielicznych mieli pięknie wyłuszczoną cenę na stronie. Spokojnie porozmawiałam przez telefon. Odpowiedziano mi na wszystkie pytania, łącznie z tym czy napewno będę się uczyć na tym samym modelu samochodu na którym zdaje się egzamin w WORD. Okazało się, że bynajmniej 😉 za to zdaje się dokładnie tym samym samochodem na którym się uczy, bo gratis podstawiają go na egzamin.
Oczywiście! Nie obyło się bez przygód na starcie, bo wtedy gdy miałam ostatnie chwile na załatwienie formalności w urzędzie, dzieciaki zaczęły się po kolei rozkładać (dobrze, że stopniowo to dałam radę do jednego dziecka ściągnąć dziadka, a Trzecią zawiozłam do rodziców).

Gdyby nie pomoc licznej rodziny nic by z tego nie było. Jeździłam dzielnie na teorię popołudniami, a dzieciaki zachowywały się jakby zostały opuszczone przez wyrodną matkę. Drugi chyba najbardziej przeżył sytuację, bo na palcach odliczał koniec mojej nauki. Trzecia dla odmiany co wieczór była na mnie obrażona. Nauczyłam się dużo, otrzymałam dostęp do testów na stronie internetowej – dzięki czemu uczyłam się podczas karmienia młodej.

Nadeszła wiekopomna chwila. Poznałam moją instruktorkę Agnieszkę i zaczęła się zabawa. Oczywiście na początek postanowiłam siąść na fotelu pasażera. Potem była cała zabawa z „przygotowaniem do jazdy”. Jak dosiegałam do pedałów, waliłam się w brodę kolanami ;). Okazało się, że można obniżyć fotel i znów go przybliżyć. Było lepiej. Zagłówek nie jest przewidziany dla krasnali, wiec tylko opuściłam na maks. No i odkrycie roku! Okazało się że można pas przesunąć w dół, żeby mi nie lądował na czole. Odkrycie ważne, bo taką samą opcje mamy w naszym samochodzie i odkryłam to po 3 latach, wcześniej myślałam o zakupie fotelika dziecięcego.

No i zaczęło się. Okazało się, że mój mózg robi jedno, a noga drugie ;). Jak miała iść w dół szła w górę i odwrotnie (długo mi zajęło dogadanie się z nią). Pierwsze ruszenie, przejazd wokół parkingu i hamowanie. Jeszcze nie wiedziałam że nie naciska się najmocniej jak się da ;). Efekt był taki, że gdyby nie pasy uczyłybyśmy się latać.

Jak tak będziesz hamować to dzieci ci się porzygają

Słusznie zauważyła moja nauczycielka

I dlatego będą jeździć tyłem do osiemnastki

Podsumowałam

Jeśli chodzi o hamowanie to takie ostre kończyło się przy okazji sygnałem dźwiękowym. Jestem na tyle krótka, że jestem maksymalnie przysunięta do przodu i mój dość duży biust poprostu sobie bibczy ;).

Zawał serca murowany dla osoby przechodzącej przez przejście dla pieszych – szalona Elka, nie dość że hamuje ostro to jeszcze „bibczy”.

Nauka łuku następnego dnia to był koszmar dla instruktorki. Straciłam rano głos i w czasie jazdy rosła mi temperatura. Lusterko boczne miałam źle ustawione, widziałam linię której nie powinnam widzieć i ogólnie była to kicha nieziemska. Chyba pod koniec poprawiłam lusterko i od ten pory ogólnie było lepiej, ale półtora tygodnia musiałam zrobić przerwy, bo rozłożyłam się dokumentnie. Kończąc opowieść o łuku – na każdym z 3 egzaminów robiłam go dobrze za pierwszym razem. Nauczyli mnie, jak wyprowadzać samochód gdy nie jadę łuku tak jakbym chciała ;).

Kolejne anegdoty będą później bo muszę zrobić rysunki wyjaśniające co ja sobie wymysliłam, że mam zrobić, a co zrobić miałam.

Aktualnie uczę się jeździć po egzaminie. Tata „dał mi kajta” swoim samochodem. Najbardziej bałam się, że jednak schowam te prawo jazdy do szuflady. Ustawiłam fotel i lusterka w samochodzie taty i na małym parkingu próbowałam wyjechać ;). Ważne, że nikogo nie zarysowałam. Samochód taty jest dłuższy z przodu od samochodu władców o około 20 cm. Żeby było ciekawiej – nasz jest jeszcze dłuższy. Dziś jeździliśmy znów – po pustym wąskim parkingu ;).

Jeszcze orłem nie jestem, ale jeżdżę. A reszta opowieści za jakiś czas 😉

Zostałam kierowcą

Jest różnica między stwierdzeniem – „jestem z Ciebie dumny” a „możesz być z siebie dumny”. Tej dumy z siebie uczyłam się wiele lat. Teraz potrafię powiedzieć, że jestem z siebie dumna bo wykonałam kawał dobrej roboty.

Pod koniec sama miałam już coraz mniej wiary w siebie. Właśnie przede wszystkim dlatego, że to moje nerwy a nie przygotowanie do egzaminu psuły mi radość z pozytywnych egzaminów. Przygotowana byłam za każdym razem najlepiej jak się dało – to zasługa instruktorów z Władców Dróg. Naprawdę jestem zadowolona z mojego wyboru. Jednak każdą część egzaminu zdawałam po 3 razy.

Teorie zdałam, gdy byłam tuż przed pogrzebem i naprawdę nie miałam siły się przejmować testem. Praktyczny zdałam po kilku godzinach snu o 7 rano, gdy jeszcze nie do końca moje emocje się obudziły. Funkcjonować na „śpiocha” umiem 😉 wszak mam trzecie małe dziecko w ciągu 6 lat. Emocje budzą się później. Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej 😉 to bym statystyk w szkole jazdy nie psuła.

Tak jestem z siebie dumna! Naprawdę jest z czego, bo zaczynałam od podstaw i moja noga wcale nie robiła tego o co ją poprosiłam. Teraz jeszcze dużo nauki przede mną :).