O tym że czasem trzeba puścić dziecko

Dużo go nauczyłam w życiu. To ja go asekurowałam, gdy uczył się wspinać jako roczniak na placach zabaw. To ja nauczyłam go, że „uważaj” to informacja, żeby był dokładny, a nie krytyka. To ja pilnowałam, aby rozglądał się wchodząc na jezdnię. I wiem, że jeśli chodzi o naukę jazdy na dwóch kółkach na rowerze to nie mogłam być ja.

Wiedziałam, że ten moment musi w końcu nastąpić i myślałam o tym już jakiś czas. Jednak się bałam, zwłaszcza po tym ostatnim złamaniu, które nadal powoduje u mnie wyrzuty sumienia.

Kiedyś przewrócił się na rowerze i powiedział, że już nigdy na niego nie wsiądzie. Z myślą o próbie jazdy na dwóch kółkach, na 5 urodziny dostał ochraniacze. Najważniejsza jest psychika jak to mówią, a przy nauce jazdy można się wielokrotnie nabawić kontuzji.

Mieliśmy wieźć rowery do moich rodziców i nauką miał się zająć mój tata. Tylko, że rowery są tutaj u nas dość mocno eksploatowane. I tak minęły dwa miesiące.

Dziś około 10 z przyszedł Pierwszy z pytaniem gdzie jego ochraniacze, bo babcia będzie go uczyła jazdy bez bocznych kółek. Babcia była rzeczywiście zdecydowana, nawet nie szukała odpowiedniego klucza tylko użyła francuskiego. Młodszy jak zobaczył jej zacięcie przy rozkręcaniu braterskiego sprzętu, na wszelki wypadek głośno wyraził swoje zdanie – on nie chce się uczyć :). Natomiast Pierwszy ubrany w „nakolenniki”, „nałokietniki”, „nanadgarstniki” oraz w kask ruszył na drogę ze swoim rowerem.

Moje matczyne serce zastygło. Bo jak to będzie jak on się przewróci? Czy on się nie zniechęci? Czy w swojej dziecięcej złości nie powie niczego przykrego? I nasłuchiwałam jak babcia mu tłumaczy. A wyjaśniła mu świetnie co robić jak czuje że spada, jak ustawić nogi żeby się zatrzymać. Potem przeprowadziła go kilka razy wokół okolicznych płotów i puściła. On pojechał, tylko jak tylko się zorientował to stawiał nogi na ziemi.

Babcie mają to do siebie, że się szybko męczą. Pojawiłam się ja, przekazałam Trzecią pod opiekę babci i troszkę sobie pobiegałam. On naprawdę jeździł a ja biegłam koło niego kłamiąc mu, że go trzymam. Cała nauka trwała może 15 minut? Zaczęłam go puszczać tak żeby wiedział, że mnie nie ma. Gdy zobaczyłam, że asekuruje się bardzo dobrze zaproponowałam mu ściągnięcie przeszkadzających ochraniaczy.

Potem było szlifowanie tego co osiągnęliśmy i budowanie w dziecku pewności siebie. Pokazałam mi filmik który nagrałam wcześniej. Mocno się zdziwił, że jeździ tak dobrze.

O godzinie 13 startował rowerem samodzielnie, a około 16 nauczył się zawracać. Gdybym nie wiedziała kiedy zostały mu odłączone kółka – nieuwierzyłabym. Sąsiad, który przed południem widział początki podczas których prowadziła go babcia również był zaskoczony.

Wiem, że ja bym nie dała rady spokojnie mu wytłumaczyć o co w tym wszystkim chodzi. Tym razem musiał zrobić to ktoś inny i fajnie, że w końcu ktoś te kółka odkręcił. To taki ważny kolejny moment w życiu dziecka. Moment, którego nie da się zignorować. Mój mały chłopczyk robi się powoli chłopakiem. Szkoła coraz bliżej, już do niej dojedzie na rowerze. Ma tylko 40 cm mniej niż ja i ciężko go czasem przytulić :).

Tym razem zbytnio się bałam o niego. Tym razem nie potrafiłam go puścić, ale ważne, że ma nie tylko mamę. Później tłumaczyłam mężowi, że jego mama świetnie Pierwszemu wytłumaczyła jak ma się ratować przed upadkiem. Mąż był szczerze rozbawiony i poinformował mnie, że jego uczyła ta sama osoba i dlatego ma bliznę na łuku brwiowym ;). Jakbym wiedziała to bym chyba pod bramą się położyła żeby dziecko przed babcią sadystką ratować 😉 a tak nie wiedziałam a Pierwszy śmiga bez żadnej kontuzji :).

Dziwny czas

Plan był prosty. Przygotować Chrzciny Trzeciej i spokojnie zdawać egzamin na prawo jazdy.

Chrzciny udane, kamień z serca spadł a stres odpuścił. Zaczęłam zdawać teoretyczny. Okazało się, że mimo nauki nie było to ani pierwsze ani drugie podejście. W efekcie zdałam za trzecim razem podczas żałoby. W naszym życiu nagle zabrakło prababci, która była za ścianą. Tej która pozwalała chłopcom słodzić herbatę tyle ile chcieli. Herbata pachniała wyjątkowo, bo była robiona na kuchni węglowej. Chłopcy zdecydowali, że chcą być na pogrzebie. Pierwszy w smutku płakał „Mogłaś mi nie mówić, teraz jestem smutny”. Szczerze to wydaje mi się, że nadal to do nas nie dotarło.

Potem była super impreza – finał międzyprzedszkolnych zawodów sportowych. W reprezentacji przedszkola występował nasz Pierwszy, a my mimo upału głośno i radośnie mu kibicowaliśmy. Przywiózł 🏅 medal oraz piłkę i łopatę do piachu.

Niedziela była upalna. Pierwszy na dworze był 20 minut. Nagle usłyszałam płacz i przybył poinformować mnie, że spadł ze zjeżdżalni. Zrobiłam okłady, sprawdziłam czy nie puchnie ręka. Dałam chwilę odpocząć emocjom dziecka. Gdy zapakowałam zestaw wycieczkowy na SOR, młody się zmotywował, uśmiechnął i zaczął ruszać swobodnie ręką.

Po własnym dochodzeniu i analizie ran bojowych. Wiem już, że bawił się na ustawionej kostce na wysokość około 1,5 metra. Tam z kostki budował sobie coś i zrobił o jeden krok za daleko. Zrobił salto i poleciał w trawę. Spytany przez sąsiadkę czy wszystko ok, stwierdził idąc do mnie (zero płaczu) że jest w porządku.

W poniedziałek poszedł do przedszkola, bo założyłam że ręka jest obita i będzie bolała ale unieruchomienie jej tylko spotęguje ból. Jednak nie grało mi coś. W efekcie, po zasugerowaniu wizyty u lekarza przez osobę, która spędziła z nim więcej poniedziałku niż ja, wybraliśmy się do chirurga. Ten spytał czy dziecko które boli to ten skaczący chłopczyk. Następnie dotknął ręki i orzekł że najprawdopodobniej jest to złamany obojczyk i to opatruje tylko nasz dziecięcy szpital.

Po półtorej godziny na SOR wróciliśmy taksówką do domu. Na takie złamania nie zakłada się gipsu, ale i tak młody ma „pufy” z bandaża jak mały paker. Przynajmniej go już nie boli. Hopsa w swojej normie.

Już poukładałam życie na nowo, przy pomocy licznej rodziny. Przede mną w najbliższych dniach egzamin i najprawdopodobniej jeszcze jeden i może być tak że jeszcze jeden wiec pochwalę się dopiero po tym zdanym.

Taki trudny czas mamy ostatnio.

Trudno być mamą

Miś Pierwszego, Trzeciej i Drugiego.

Mamą być ach mamą być. Jak zwykle w głowie myśli biegną, a jak przychodzi do pisania, jest pustka.

Niedawno koleżanka mnie spytała czy kocham moje dzieci tak samo. Kocham tak samo, ale każde z nich potrzebuje innego okazywania tej miłości.

Drugi potrzebuje się przytulić i tego, żeby był „zaopiekowany”. Lubi jak stoi któreś z nas obok i „pomaga mu przy ubieraniu” .

Pierwszy potrzebuje wysłuchania, pomocy przy klockach (najczęściej obecności). Niektórych to dziwi, ale warto z daleka mu mówić „widzę cię, widzę co robisz” to wtedy czuje się „zaopiekowany” i nie biegnie mówić co robi.

Trzecia dla odmiany jak to roczniak, potrzebuje wszystkiego już natychmiast. Musi mieć „cień” będący za plecami, bo ma różne pomysły nie do końca mądre.

Okazywanie miłości przez mamę jest zależne od tego w jakim wieku jest dziecko oraz zależne od jego temperamentu. Bo każdy człowiek potrzebuje czego innego. I tu naprawdę trzeba tego szkraba poznawać, a czasem poznawać na nowo. Metodą prób i błędów.

Niestety rodzic ma też swoje ograniczenia, swoje zmęczenie i często wcale to wszystko nie wychodzi tak jakby chciał. Czy to znaczy, że nie kocha? Często teksty „nie na miejscu” rodziców są przejawem miłości okazywanej w sposób w jaki umieją to robić. Niekoniecznie to złośliwość :).

Ale co ja tam chciałam napisać wcześniej? A to, że jako młoda mama byłam tak mocno zagubiona, że szok. Naprawdę myśl o drugim dziecku mnie paraliżowała. Oj nie byłam mamą jaką chciałam być myśląc o tym wszystkim w teorii. A i z rzadka teraz jestem taką mamą :).

Mimo błędów, mimo pogubienia, ta matczyna i kulawa miłość stworzyła bardzo mocną relację jaką mam z Pierwszym. Kiedyś był zazdrosny o rodzeństwo i wtedy mu powiedziałam, że tylko on miał mamę tylko dla siebie całe dwa lata i nic nam tego nie zabierze. Każde kolejne dziecko już jest w innej sytuacji, nawet jeśli jest z mamą sam na sam to nie przez cały czas. Czy to gorzej? Lepiej? Po prostu inaczej!

Patrzyłam dziś na Trzecią, która dzielnie się wspina po schodach i drabinach. Potem jeśli jestem obok zamiast schodzić bezpiecznie tyłem skacze mi prosto w ręce. Staję od dzisiaj dalej, ryzykując, że jednak jej nie złapię. Musiałam zaufać jej i sobie, że wiem co robię. Dzięki temu zaczęła schodzić prawidłowo.

To taki mój przykład na to, że ciężko znaleźć balans pomiędzy ☂️ parasolem ochronnym a pomocą w rozwinięciu skrzydeł. Jak trudno dziecku dać pewność siebie z drugiej strony nie będąc mamą, która pilnuje za mocno.

Im dziecko starsze, tym więcej musi „latać” samo. W relacjach między ludzkich czy podczas nauki. Jak okazać miłość, zainteresowanie żeby nie przytłoczyć z jednej strony a z drugiej aby młody człowiek nie czuł się zignorowany?

Nasi rodzice też się uczyli i uczą dorosłych dzieci. Naprawdę nie wiedziałam, że to tak skomplikowana sprawa. Warto w rodzicach zobaczyć ludzi, takich samych jak my, którzy chcą dobrze, ale nie zawsze potrafią znaleźć złoty środek i drogę do konkretnego człowieka.

Mamą być ach mamą być. Jak już mi tak bardzo źle, gdy daleko do ideału mamy jaką mam w głowie, myślę sobie że Bóg musi wiedzieć co robi, a dał mi pod opiekę trójkę szkrabów, które też kocha.

Jeśli chodzi o misie, to są one szczególne. Nie ukrywam, że miałam nadzieję, że ciocia od której je mają podtrzyma tradycję i za trzecim razem. Misie od cioci otrzymuje każde moje dziecko. Są zapakowane w ozdobną folię i siedzą na ręczniku, który jest podpisany imieniem malucha. Ręcznik trafia do łazienki, a miś ponieważ był podpisany, nazywa się tak samo jak jego właściciel. Tym samym od lewej miś Pierwszy, miś Trzecia oraz miś Drugi.

Ubieranie

Oj z tym ubieraniem to się mamy. Trzecia na etapie zwiewania. Robi to szybko, sprawnie i skutecznie.

Drugi dla odmiany jeśli nie ma dobrej motywacji (np. ciekawa wycieczka) to najzwyczajniej w świecie nic nie potrafi zrobić. Ani ściągnąć ani założyć, siedzi i płacze, że musi to robić sam.

Pierwszy to mistrz robienia dużej ilości rzeczy podczas ubierania. Wczoraj Drugi się przebrał samodzielnie, a Pierwszy dopiero wrócił z pokoju w gatkach, jednej skarpetce i górze od piżamy.

Przed chwilą wołam gady: „Chłopcy chodźcie!”.

Mamusiu mamy się przebrać?

Przyszedł na zwiady Drugi

Nieidziemy! To podstęp!

Wybiegł przestrzec brata

Także tego ;). Młoda przebrana, a chłopcy nawet w ciszy się ładnie bawią ;).

Oczywiście zdarza im się ubrać po swojemu. Myślę że niewygodnie nosi się dresy tyłem naprzód. Jak mam dobry humor 😉 to sugeruje im problemy zdrowotne. Wtedy się śmieją i korygują ubranko.

Najczęstsze są problemy, które leczy się u „podologa”: Synku, idziemy do podologa, masz piętę na górze.

Druga opcja to standardowe problemy (nie wiem jaki specjalista by się przydał): opcja pupa się przekręciła na przód ;).

No i ostatni z wczoraj to chyba do weterynarza. Problem przedstawiony na zdjęciu:

Synku coś jest nie tak z tymi spodenkami

Sugeruję

No jestem słoniem, uszy są!

Rozbawił się Pierwszy

Teraz nie chcą się przebrać. Nawet Trzecia im nie przeszkadza. Bawią się zgodnie i we względnej ciszy, a ja piję kawę. Wystarczy zaproponować dzieciom przebranie się.

Przedszkolne problemy

Kłopoty i troski przedszkolaka są bardzo realne. To jest czas kiedy młody człowiek uczy się funkcjonowania w grupie. Niestety nie ma przy nim ukochanych rodziców i musi sobie radzić sam.

Staram się uważnie słuchać strzępków informacji, którymi mnie raczą moje dzieci. Istotne dla mnie też są „bujdy na resorach”, które też się czasem pojawiają. One też potrafią pomiędzy wierszami powiedzieć co się dzieje z tym małym człowiekiem.

Jakiś czas temu podczas gorącej i pełnej emocji dyskusji zaskoczyłam Pierwszego. Koniecznie chciał wziąć ze sobą do przedszkola w dzień zabawek małego ludzika LEGO.

Ostatnio jak to zrobił ustaliliśmy, że więcej tego nie zrobi :). Płakał biedny 2h bo klocki zaginęły. Jednak potrzeba akceptacji kolegów była silniejsza. Bo on „obiecał” a „Obietnica to obietnica”.

Zaskoczyłam go tym, że wiem, że chce żeby koledzy go lubili. Był zdziwiony, że wiem o tym, że zamiast mieć przyjemność to cały czas patrzy gdzie jego ulubiona zabawka.

Na argument, że koledzy się obrażą i go wyśmieją powiedziałam, że na tekst „mama nie pozwoliła” nie ma mocnych. Który sześciolatek podskoczy argumentowi „mama”? (Wiem wiem…takie też istnieją).

Plus bardzo ważna sprawa. Klocki LEGO to dla niego skarb – dosłownie. Wytłumaczyłam mu, że nie musi swoimi skarbami sprawiać przyjemności kolegom jeśli nie chce.

I może to dziwne, ale wiedziałam, że to jest początek drogi tworzenia się jego pewności siebie i asertywności. On musi stopniowo nauczyć się mówić nie. Później łatwiej nie będzie. Niestety czas pędzi szybko, teraz jest „przynieś swoją ulubioną zabawkę to będziemy cię lubić” później będzie „matki się boisz? Weź spróbuj” i „ze mną się nie napijesz?”.

Efekt był taki, że otarł łzy, wypchnął przedszkolną pierś do przodu i spytał czy może wziąć piłkę. W przedszkolu okazało się, że chłopcy nie pamiętali o tym LEGO – wystarczyła im zabawa ruchowa.

Te przedszkolne problemy są bardzo realne i wbrew pozorom ważne. Dając ich do grupy rówieśniczej wiedziałam, że będą się mierzyć z różnymi sytuacjami. Pytanie czy będę potrafiła nauczyć ich reagować tak by umieli odmawiać i umieli się bronić. Każdy chce być lubiany i nikt nie chce być ofiarą.

Bierzmy na poważnie te wydawałoby się błahe dziecięce problemy w relacjach. Uczmy dzieci ich wartości i tego, że naprawdę nie muszą się dzielić swoimi skarbami.

O diamentach, czyli szalona Środa cz.1

Diamenty jakie są każdy widzi 🙂

To wszystko wydarzyło się w środę, gdy nie było mojego męża :). Dziś tylko jedna część atrakcji, które zakończyły się wieczorem moim ogromnym rozbawieniem.

Nieoszukujmy się, ale dziecięca wyobraźnia to naprawdę super sprawa. Z kijka można mieć wędkę, pistolet, batutę itp. Czy pamiętacie jeszcze co robiliście w wieku przedszkolnym? Chodzi mi oczywiście o te wyprawy w nieznane i inne wprowadzające dorosłych w stan niepokoju „pomysły”. No myśmy kiedyś rzucali się butami 😉 i oczywiście skończyło się moją rozbitą głową. Koleżanka paliła znicze pod nieobecność rodziców :). Robiliśmy też tzw.widoczki ze znalezionych szkieł i drobnych kwiatków. No i starsi koledzy łapali muchy żeby wrzucać je pająkom krzyżakom do sieci a potem staliśmy i obserwowaliśmy rozwój sytuacji.

Podczas ćwiczeń wojskowych męża dzielnie ogarniałam dzieci. Wstawaliśmy rano, jeździliśmy do przedszkola, ja potem po Lublinie „Elką”. Później popołudnie u rodziców i wracaliśmy autobusem do domu po 18. Tu rozpalałam w piecu (dobre duszyczki uzupełniały mi opał), karmiłam szkraby i padałam wraz z dziećmi.

No i nadeszła środa. Nasze cudne miasto jest nieziemsko zakorkowane. Jak tylko autobus wyjechał z zatoczki i stanął w ogromnym korku (przejazd do następnego przystanku zajął nam kilkanaście minut), Drugi rezolutnie oznajmił „muszę siusiu”.

Naprawdę poczułam grozę. Nie byłam przygotowana na taką ewentualność (ciuchy na zmianę miał ale w szafce przedszkolnej, a w niemowlęce Trzeciej chyba by się nie zmieścił). Wytrzymał! Z autobusu wyskoczyliśmy w sam środek budowy. Dwóch przedszkolaków, niemowlak w wózku i pełno koparek oraz chaosu. Znalezienie ustronnego miejsca nie było możliwe, ale robiłam co mogłam.

Sytuacja opanowana – odwracam się i widzę uśmiechniętego od ucha do ucha Pierwszego. Obydwie dłonie miał pełne szkła. Właśnie zaczynał robić kieszonkę z bluzy :).

  • Zostaw to szkło!
  • Mamo, to nie szkło. To są diamenty! Muszę ich wziąć jak najwięcej.

Kilka dni wcześniej wielka wichura zdewastowała przystanek autobusowy. Ślicznie wyglądały te równe kwadraty ze szkła hartowanego. Nawet super się mieniły w porannym wiosennym słońcu. Smaczku i logiki dodawał fakt, że znajdowaliśmy się na ulicy Diamentowej. Sorki nie miałam głowy do robienia wtedy zdjęć :).

Coś musi być w naszej relacji, bo mimo piękności zdobyczy i chęci bogactwa, Pierwszy dość szybko dał się przekonać, że to szkło i powinno zostać na budowie .

Naprawdę, gdybym nie wiedziała co to, sama bym schowała jedno na pamiątkę 🙂

Na całe szczęście coś podjechało i spóźniliśmy się do przedszkola tylko w standardzie. Akurat były dni otwarte i wnieśliśmy ze sobą trochę chaosu :). Pierwszy spytał czy może opowiedzieć kolegom o swoim znalezisku.

Wyjście z przedszkola było w standardzie. Drugi umie się ubierać, ale tylko jak jest pod opieką pań. Pierwszy miał bardzo dużo zajęć. Standardowo straciłam cierpliwość i powiedziałam, że albo przyspiesza albo wychodzi w tym co zdąży założyć. W efekcie kurtkę zakładał w drzwiach.

  • Synku, czemu ta kurtka jest taka ciężka z jednej strony?
  • Bo mam w kieszeni diamenty.
  • Czyli jednak nie wszystkie zostały na przystanku?
  • Te włożył mi kolega. Znalazł pod przedszkolem i mi włożył do kieszeni, bo wiedział, że zbieram. Wiesz, że w miejscu przedszkola była kiedyś kopalnia diamentów?

I wyciągnął denko zielone od butelki. No takie z ostrymi wypustkami. Odebrałam mu je. Zresztą naprawdę nie wiem jak to się stało, że żadne z nas się nieskaleczyło i poinformowałam go, że to szkło . W głowie już przygotowywałam się mentalnie do kłótni i tego, że się na mnie obrazi. Dotarło do niego i zaczął prawie płakać, że nie wiedział. I wyciągnął dwa kolejne denka. Tych nie wzięłam 🙂 tylko ustaliliśmy, że nie rusza palcem i wyniesiemy je do śmietnika :).

Czemu dziecko nie powiedziało nikomu, że ma w kieszeni szkło? Prosta sprawa! Zabraliby mu ten skarb, przecież on serio się wkręcił, że to diamenty.

Po tej akcji wszystkie dzieci w przedszkolu wiedzą co to tężec :). Wizje przedstawione przez panie są bardziej drastyczne niż moje.

Po dwóch tygodniach, wczoraj pytam tych swoich ananasów co mają zrobić, gdyby znaleźli znów szkło. Drugi zapamiętał, że ma nie brać, Pierwszy rezolutnie stwierdził:

  • Biorę i zanoszę je pani!

Musiałam skorygować ;), że nie niesie tylko mówi gdzie jest. Przecież nikt tego ręką nie zbiera ;).

I tak naprawdę żałuję, że nie mam chociaż zdjęcia tych skarbów z ulicy Diamentowej. Już ich nie ma, pewnie robotnicy podzielili skarb między sobą.

Pociągiem kieruje dziecko

Ostatnio inna intencja była wpisu, a wyszedł inny temat przewodni. Akurat rzeczywiście rad ostatnio dużo w moim życiu, jednak w sercu mam inną myśl. Mogę być wzorem , mogę coś mówić, ale ten pociąg i tak jedzie z innym maszynistą niż ja.

Wstydzę się ostatnio publicznie, gdy wiem co po wysłuchaniu mojego syna mogą myśleć o nas jako rodzicach mijający nas ludzie :). Po pierwsze młody ma dobrze rozwiniętą wyobraźnię i talent do opowiadania. Po drugie dobrze słucha kolegów, bo jak inaczej wyjaśnić znajomość filmów o super bohaterach których nie oglądał? Nie mówiąc już o innych rzeczach.

Tłumaczę mu zasady współżycia społecznego i…

…i puszczam w świat nie mając kompletnie kontroli nad tym jak on będzie reagował na grupę i to jaki sposób na przetrwanie sobie wybierze. Mogę przykładem swoim mówić „dzień dobry” w sklepie i wcale nie wiem czy mój syn się wita.

Naprawdę trudno uznać, że ten słup do którego mówimy jest jednostką samodzielną, która pozwoli się kierować tylko częściowo. My możemy tylko lub aż towarzyszyć. I dawać wsparcie i miłość.

Taka jak w przedszkolu

Odbyłam dziś rozmowę telefoniczną z Pierwszym – Mamusiu zrobisz dziś kurczaka?

Pytanie o tyle szokujące, że Pierwszy nie jada kurczaka. Patrzy mówi „ble” i w ostateczności na obiad zostaje mu woda.

Wrócili i młody kontynuuje – i ten kurczak ma być z ryżem i taką sałatką z kukurydzą.

Ale jaką? – pytam dociekliwe

Nie wiesz? No taką jaką zrobiła pani dziś w przedszkolu – podpowiada młody.

Synku, ale mnie nie było w przedszkolu, powiedz co w tej sałatce było oprócz kukurydzy? Sałata? Lodowa? „Pekińska” jak robię?

No, sałata pekińska i kukurydza i szczypiorek. – poinstruował mnie panicz.

Ale wiesz, że najprawdopodobniej nie wyjdzie takie samo jak u pani? To jakby co nie biegaj i nie piszcz, że nie takie ;). – przekazałam najważniejszą informację w związku z wyznaczonym mi zadaniem.

Ruszyłam do sklepu po kurczaka, który nie zdążyłby się rozmrozić (zresztą nie wiedziałam, czy chodzi mu o uda czy podudzia), pekińską i szczypiorek. Promocja była to kupiłam też paprykę na kanapki.

Zawołałam młodego człowieka, bo tu mogłam jak saper, pomylić się tylko raz ;). I nagle mu się przypomniało! Zanim wrzucę kukurydzę trzeba pokroić paprykę w kostkę ;). Ufff – nie musiałam biec do sklepu 😉

Wymieszał, sprobował i pochwalił ;).

Już wiem, że wolą udziec z kurczaka a sałatka rzeczywiście dobra ;).

Na koniec usłyszałam najpiękniejsze słowa jakie może usłyszeć mama „Wiesz! Jesteś kochana” :). Warto było!

Gust

Śniegu już nie ma, ponieważ dopiero stopniał, na naszej drodze jest błoto po pas. Ale dla matki to nie problem – takie warunki nie zatrzymają jej czasu samotności.

Ruszyłam po drodze wyrzucając śmieci, bo tak na pusto to nieładnie wychodzić.

Odblask zaczepiłam Momentami braklo mi kaloszy, czasem łańcuchów lub kolców u butów.

Ale zakupy, gdy nie trzeba się lękać zabawek na półkach są nieziemskimi luksusem. Wybieranie w spokoju produktów to nie lada zabawa.

Weszłam na promocję. Pomiędzy czapkami z Elsą, myszką Minnie oraz konikami Ponny wypatrzyłam Strażaka Sama. W cenie dla mnie dopuszczalnej była czapka, komin oraz rękawiczki. Westchnęłam cichutko. Jeden zestaw to mało – będzie płacz i żal. Odłożyłam i już miałam odchodzić, gdy mój „kąt oka” wypatrzył drugi identyczny zestaw.

Jeśli tak to może jeszcze coś znajdę. Zaczęłam tam ryć jak mrówkojad. Znalazłam! Zestaw z człowiekiem pająkiem. Ale ten był z pewnością jeden.

Z uszu zaczął mi buchać dym. Co mam robić? Obaj chętnie pochodzą w zestawie z Samem i to bezpieczny wybór. Jednak Pierwszy chce nie odróżniać się w grupie, bo tam szał na Spider-Mana. Z innej strony nie wiedziałam na ile Drugi już zaczął mieć własne zdanie i gust, nie tylko podąża za tym co podoba się bratu.

Wykonałam telefon. Pierwszy wybrał człowieka pająka. Rozmowa z Drugim była tak wysoce abstrakcyjna, że wcale nie wiedziałam co on chce. (Chciał czapkę z kościotrupem).

Wróciłam naładowana nową pozytywną energią. Drugi zadowolony z Sama oczywiście od razu się ubrał i za chwilę przy posiłku zabrudził. Za to Pierwszy najpierw spytaj czemu nie ma Sama i dopiero po chwili przypomniał sobie, że przecież dostał co chciał.

I tak oficjalnie stwierdzam, że Drugi po tych kilku miesiącach w przedszkolu przestał żyć zainteresowaniami brata :).

Misie dopasowane są nieprzypadkowo. Dostali je z ręcznikami z ich imionami :).

Matczyny relaks


Tak! To musiał być ten dzień i ta chwila! Kolacja praktycznie gotowa. Chłopcy po cichutku i bez kłótni bawili się w swoim pokoiku. Trzecia próbowała zgarnąć ojcu wszystko co miał na talerzu. Mogłam zniknąć.

Wygłosiłam mowę!

  • Mężu mój – ach ach – idę na długi relaks do łazienki. Nie będzie mnie z 15 minut. Drzwi zostawię uchylone, coby raczkującej dziewczynki znów z rozpędu w łepek nie trzepnąć.

Jak powiedziałam tak i zrobiłam. No bo wszak szybki prysznic mam codziennie, a dłuższy rzadziej.

Najpierw pojawiła się moja ukochana córka. Ona uwielbia stać przy wannie – śmiać się i tańczyć, bo wie, że po mnie jest jej kolej. No da się przeżyć. Niestety z powodu małej ilości miejsca nasza łazienka (jak w większości polskich domów) to także toaleta.

Odwiedził mnie mój pierworodny syn „na dłużej”. Nic to – życie, damy radę. Dobrze się nie rozkręcił w rozmowie jak przyszedł młodszy. Drugi lubi te sprawy załatwiać ze starszym bratem. (Zresztą czasem się zastanawiam czy to nie są jakieś imprezy w tej łazience).

Jeden na toalecie, drugi na nocniku, pomiędzy nimi raczkujące i wstające niemowlę. Myślę – kij! Nie dam się! To mój czas. Powtarzam w myślach- to mój relaks! Mój relaks! MÓJ!

Najpierw zagadali, czy na pewno myję głowę i czemu robię sobie z ręcznika turban, a potem to już opowiadali sobie mrożące krew w żyłach historie. No dałabym radę z tym relaksem, ale…

Trzecia wstała koło toalety i próbowała spod deski wyrwać „mydełko”. Drugi zaczął machać miską i robić z niej piłkę. No nie dałam rady nerwowo! 

Zawołałam męża :D, żeby ich wszystkich zabrał! Pierwszy się ogarnął sam. Drugi prawie też, chociaż bombę nocnikową trzeba było sprzątnąć zanim Młoda znów się pojawi.

Jak tylko wyszłam z łazienki, rodzina wróciła do normy – każdy w swoim kąciku ani pomyślał o tym by spędzać czas przy mnie. Piernicze – następnym razem nic nie powiem!

PS: Rysunek to moje dzieło  starałam się jak mogłam  za to mam prawa autorskie do niego