Wyprawa pod Łomżę cz. 1

Nasz „opelek” zafira

Zdecydowaliśmy się pojechać ponad 300 km w Polskę, żeby spotkać się z moją rodziną od strony taty. Pretekstem i czymś co nas zmotywowało było zaproszenie na wesele mojego kuzyna. Dzieciaki z opowieści znają tamtą rodzinę i nawet z prababcią kiedyś się widzieli. Zdarza im się również rozmawiać przez telefon oraz wysyłać laurki na różne okazje.

Obaw miałam bardzo dużo. Po pierwsze to, że Trzecia od urodzenia nie lubi jeździć samochodem. Troszkę potrafi się uspokoić podczas słuchania muzyki (nie każda pomaga) bo wtedy w foteliku próbuje tańczyć. Swoją drogą muszę to nagrać, bo rusza tylko głową na boki :). Druga obawa to moi znudzeni synowie, którzy w takich momentach uwielbiają się zaczepiać słownie i fizycznie.

Kolejny problem to minimalizacja ilości rzeczy do spakowania. Dzieciaki miały wyglądać elegancko 🙂 ale i móc się w coś przebrać w razie ostrego wypadku brudowego (a był taki!). Tylko, że od kiedy nasz opel Zafira jest używany jako samochód rodziny wielodzietnej to chłopcy jeżdżą w bagażniku. Spokojnie! Tam producent zaplanował fotele. To mocno zmniejsza nam pojemnosc bagażnika. Wobec tej sytuacji nawet spakowanie nas w jedną torbę nie załatwiłoby sprawy bo byłaby za szeroka. Otrzymałam od męża wojskowe worki na ciuchy, więc nasze bagaże wyglądały nietypowo.

Dodatkowo nigdy nie wiem jak Pierwszy zareaguje na zmiany. Ma bardzo bogate słownictwo – nie tylko te kulturalne ;). Jeśli wiecie co mam na myśli.

Po tym wstępie zaczynam część pierwsza opowieści do momentu wesela.

Listę co muszę ze sobą wziąć zaczęłam robić w czwartek. Ponieważ jechaliśmy z moimi rodzicami, po konsultacji postanowiłam część rzeczy przekazać do ichniego bagażu. No i na mamę scedowałam też prowiant :). Musiałam każdemu dziecku przygotować zamienne ciuchy na wesele, coś na poprawiny, dwie piżamki na zmianę ;). Dobrze że pomyślałam o zabawkach to Pierwszy wziął ze sobą łazik arktyczny i ludziki oraz karty ninjago, a Drugi wziął ciężarówkę Mariana. Oprócz tego – garnitur męża oraz ciuchy dla siebie, dodatki do włosów i biżuteria dla mnie i Trzeciej, plus buty na imprezę dla nas. Było tego tyle, że na rano zostawiłam sobie kartkę na której, oprócz wymienionych tobołów do zabrania, były takie informacje jak: zamknij okna i drzwi :).

Trzecią ubrałam w sukienkę, żeby pokazała się godnie prababci. Chłopcom założyłam koszule w kratkę żeby byli ładni. Wychodziliśmy o godzinie 6 rano a termometr wskazywał 8 stopni. Drugi spojrzał na koszulę i na kurtkę i powiedział, że kurtka psuje efekt elegancki i wcale mu nie jest zimno i idzie w koszuli z krótkim rękawem i w czapce :).

Ruszyliśmy i zgarnęliśmy po drodze moich rodziców. Oczywiście pierwszy konflikt był już za nami – Drugi dał radę kopnąć brata (swoją drogą jest między nimi taka odległość, że musi mieć niezłą gibkość kolan) a Pierwszy zdążył mu powiedzieć kilka brzydkich słów. Trzecia natomiast już miała pierwszy kryzys.

Ruszyliśmy i po kilku minutach mój tata zaczął się zastanawiać czy ma ze sobą krawat. Byliśmy jeszcze w Lublinie, więc zdecydowaliśmy, że jednak lepiej żeby wrócił do domu po niego. Gdybyśmy byli poza, obawiam się że raczej przekonalibyśmy go, że jest piękniejszy bez tego sznura na szyi.

Jazda naprawdę była niezła, młoda słuchała jak śpiewam. Alarmy były, ale nie histeryczny. Jechało się bardzo przyjemnie. Chociaż była chwila, gdy Drugi poprosił o natychmiastową przerwę, bo źle się poczuł. Więc obejrzeliśmy piękną architekturę Zembrowa.

Dojechaliśmy do domu rodzinnego mojego taty. Tam wypiliśmy kawę, spróbowaliśmy kiełbaski domowej roboty. Trzecia sprawdziła co prababcia ma w szafkach oraz odkręciła gałki w drzwiach. Po chwili zlokalizowała miejsce w którym jest podręczna apteczka. Bardzo chciała spróbować kiełbaski ale za długo czekała i zmieniła zdanie. Zaczęła rzucać kiełbaską a prababcia ją podnosiła. Gdy babcia przerywała zabawę, bo chciała porozmawiać z synem, dziecko głośno domagało się powrotu do zabawy. Oprócz tego młoda zlokalizowała pomidory, które potraktowała jak piłki.

Drugi koniecznie chciał zwiedzić dom (był tam ostatnio jako niespełna roczniak i stawiał jedne z pierwszych kroków). Pierwszy zatroskany o zdrowie kochanej prababci oraz jako specjalista od budowy i remontów wygłosił swoje mądrości. Po pierwsze przeżywał, że babcia musi chodzić po schodach i postanowił zrobić jej remont i zainstalować windę. Jednak mówił o tym w wersji skróconej czyli, że babcia ma ciężkie warunki i potrzebny jest remont, co brzmiało wieloznacznie. Dopiero dopytany mówił, że chodzi o brak windy i to, że babcia chodzi o kuli.

Ruszyliśmy żeby zainstalować się w hotelu. Dzieci zwiedziły wszystkie schody i znalazły nawet piłkarzyki. Główny kierowca się położył, ja prasowałam to co pogięłam w workach a moi rodzice pilnowali, żeby Trzecia nie zabiła się chodząc gdzie ją nogi zaniosą.

Pierwszy tuż przed przebraniem poszedł pod prysznic i tuż przed wyjściem umył głowę (upału nie było). To był ten moment kiedy cieszyłam się, że niechcący obcięłam go krócej niż chciałam. Trzecia jak zobaczyła, że ja się przebrałam i wszyscy są już w innych ubraniach, jak nigdy sama chciała założyć sukienkę. Nawet chciała opaskę i spineczki, tylko szybko jej przeszło i potem jak tylko czuła coś na głowie szybko ściągała i rzucała w dal.

Pojechaliśmy na ślub – oczywiście mój najstarszy syn uważał że wyjazd na ślub jest „bez sensu” ;), ale został spacyfikowany 🙂 przez groźną matkę, że musimy być jako świadkowie, bo inaczej nie wypada pójść na wesele.

Byliśmy w kościele! Ale jakoś tak wyszło, że dzieci wyszły z nami na dwór. Trzecia robiła wyprawy na schody i wokół kościoła. Drugi chciał spod kościoła zabrać kamienie, tylko w kieszeni mu się nie zmieściły. Pierwszy zdążył przed wyjściem zabrać jojo i ćwiczył stojąc na murku (jest wtedy wyższy i ma więcej szans na „jojowanie”)

Potem były życzenia, tylko gości dużo i zaczęło się już trudniej. Drugi o coś się obraził i już dziś nie pamiętam o co. Stał i krzyczał co o mnie myśli. Tylko że drugi ślub się zaczął a on stał przy drzwiach. Pierwszy zaczynał się niecierpliwić a tata nie pozwalał mu machać jojem w stronę ludzi (też czuł się nie zrozumiany). Trzecia nadal chodziła wszędzie tam gdzie jej wzrok sięgał.

W momencie gdy lokalizowałam każde z dzieci i próbowałam gasić tlące się emocjonalne ogniska, straciłam z oczu na chwilę Trzecią. Po zobaczeniu jej, ujrzałam również mocno rozbawione kuzynki, mówiące że widać po mnie kiedy tracę z oczu moje dzieci.

Młodzi od każdego z moich dzieci dostali czekoladę (jakoś nie widzę tego żeby dzieci wręczały wino) tylko Trzecia do jednej z nich zaczeła się przyssawać przez papierek.

Cdn.

Wioska

Tak się jakoś trafiło, że długi weekend obfitował w czas z moim i męża rodzeństwem. W praktyce dzieciakami nie opiekowali się tylko Ci którzy są poza Lublinem :).

Czytałam kiedyś, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska. Sama mam dużo wspomnień związanych z babcią. Relacje rodzinne są dość ważne. Akurat nasza trójka to pierwsze i jedyne dzieci w obydwu rodzinach (może kiedyś się to zmieni).

Pierwszy jako „pierwszy w tym pokoleniu” ma ciężko. Pomijając wybitne rozpieszczanie ;). Chodzi o to, że naprawdę wszystkie zabawki w zasięgu jego wzroku były dla jego, do czasu gdy pojawiła się konkurencja w postaci Drugiego. Dodatkowo była to domowa konkurencja 24 na dobę, więc dodatkowy szok. Póki co chłopcy są w stanie zrozumieć, że zabawki u dziadków są wspólne, ale to, że to są też dla innych dzieci nie mieści im się w głowie.

Pierwszy nadal na placu zabaw najlepiej dogaduje się z dorosłymi. Łatwiej mu złapać kontakt z opiekunami niż z rówieśnikami. Drugi natomiast naturalnie wchodzi w koleżeńskie. Trzecia ma w nosie rówieśników, wybiera bujaczki, samodzielne chodzenie i raczkowanie po błocie gdy się odwrócę (robi to z piskiem radości szybko zwiewając).

Każda relacja dzieciaków z każdym członkiem tej dużej rodziny jest unikalna. Nie ukrywam, że nie do końca jestem w stanie wpłynąć na młode jak się zachowują przy cioci, jeśli mnie przy tym nie ma. Tutaj tworzy się relacja na którą tylko częściowo mam wpływ.

Mam niejaki wpływ na zachowanie dzieci, chociaż nigdy nie jestem pewna czy tym razem się udalo. Jednak świadomość, że jeśli będą zachowywać się jak dziki i będzie to niebezpieczne to ja się nie zgodzę na samodzielne spacery z danym członkiem rodziny, póki co przynosi skutek. Jakoś działa na nich hasło: „robi się niebezpiecznie jak tak robicie” na nich działa.

Naprawdę moje serce rosło, gdy widziałam, że potrafią cioci siąść na kolanach i w ciszy coś obejrzeć. Przytulone braterskie zdjęcia ze spaceru sam na sam z ciocią mnie rozczuliły. Potem stryjka poprosili o pomoc w budowaniu kopalni srebra z klocków LEGO. Oczywiście na kolanach wylądowała też Trzecia. Ostatni obrazek rodzinny jest już dość standardowy, bo ten wujek najczęściej ma na głowie moje dzieci (to ta relacja jest obrazkiem głównym tego wpisu). Na zdjęciu jest mój brat grający w szachy z chłopakami i przytulający Trzecią, która czeka na moment, w którym będzie mogła zabrać kółka figur z szachownicy. Często jeszcze wujek żongluje, żeby zainteresować młodą czymś innym niż plansza. Często też grają w go lub inne gry planszowe.

Czy potrzebna jest wioska do wychowania człowieka? Oczywiście, bo każda relacja jest inna, każda daje coś innego. Ja mogę popychać, tłumaczyć, opowiadać, ale to w tych rodzinnych relacjach wychodzi to co trzeba tłumaczyć młodemu człowiekowi.

Czytałam gdzieś, że dzieci najbardziej nieznośne są przy rodzicach. To oznacza, że mogą „wrzucić na luz” bo czują się bezpiecznie. Odreagowują i to dobrze, że tak jest. I tego się trzymam, zwłaszcza wtedy gdy „skaczą po lampach”, jęczą i marudzą. Jeśli tak jest tylko przy mnie to znaczy, że jestem dobra mamą ;).