Najlepsze zabawy

Obserwuję sobie ten świat i już wiem, że najlepsze zabawki są pochowanie przede mną. Gdy podchodzę, słychać ogromny ryk i chłopaki wołają mamę. Troszkę się musiałam namęczyć, aby znaleźć sposób na dostanie się do schowanych na parapecie małych klocków. Z czasem urosłam i jak stanę na palcach i troszkę nimi poruszam to potrafię wszystko zrzucić. Jestem wtedy naprawdę z siebie zadowolona. Próbuje czasem z nimi budować, ale strasznie się złoszczą jak mi się to wszystko rozpada w rękach.

Najbardziej lubię wtedy uciekać z jakimś klockiem w ręce. Oni wtedy tak śmiesznie krzyczą i mnie gonią. Normalnie ubaw po pachy.

Lubię też grzebać w kuchni w takiej fajnej szafie. Strasznie ciekawie brzęczą te talerze. Tylko czasem rozpadają się na małe kawałki. Wtedy mama mnie stamtąd zabiera – a wtedy dopiero bym sobie chętnie te kawałeczki pooglądała.

W pokoju mam swoją ulubioną szafę – są tam kolorowe koszulki mojego brata. Nie rozumiem czemu bierze tak mało rzeczy. Lubię mu przynosić po kilka każdego rodzaju. Rozkładam je wtedy na łóżkach i na podłodze. Chyba mamie się to nie podoba bo coś tam mówi, ale jak tylko się odwraca – wyciągam mu kolejne.

Na stole wszystko strasznie dziwnie stawiają – zwłaszcza kubki z piciem. Chłopcy zawsze je przesuwają na środek. Teraz i ja przesuwam już swój kubek tam daleko, bo przecież też już sięgam.

Wiem też gdzie trzymają kredki i kolorowe kartki. A najbardziej to lubię wyrzucać z pudełek takie pocięte karteczki, lub kartki w kształcie dinozaurów. Jeśli nie leży to wszystko na ziemi to jakoś mi tak nieswojo.

No i lubię być na dworze. Jeśli nie zamkną dobrze bramki to daje radę sama uciec za dom. Już wiem co trzeba przesunąć aby ich zabezpieczenia były rozbrojone, brakuje mi tylko troszkę wzrostu. Jak już ucieknę, pilnuję żeby za mną nie szli, bo wolę sama się wspinać i zjeżdżać. I nie wiem czemu nie pozwalają mi jeść piasku, ani zrywać zielonych owoców. Dziwni ludzie – przecież chcieć to znaczy móc, nie?

A jak mnie trzymają w domu to sobie stoję w drzwiach wejściowych i sprawdzam co się dzieje. Jak nie zobaczą moich oczek to czasem uda mi się uciec gdy ktoś wchodzi :). Taka jestem sprytna.

Czas na pierwsze buty

Mama już od długiego czasu ignoruje moje jęki i stęki. Najgorsze jest to, że nawet jak uciekam to mnie łapie. Czasem czuję się jak Elastyna (wyginam się na wszystkie strony), a ona uparcie założy mi te straszne ubranko w którym nie mogę robić tego wszystkiego na co mam ochotę.

Tyle czasu się wyginałam i kopałam nóżkami – najlepiej idzie kolankiem – aż dziś po tym jak mama zapięła kombinezon, poczułam nagle cudowny luz. Najpierw powiedziała Zamek!? Teraz!? i jeszcze coś próbowała robić ale taki mały kawałek dziwny został jej w ręce. Zaczęła się śmiać. A mnie do śmiechu namawiać nie trzeba. Pośmiałyśmy się razem. Ale efekt osiągnęłam – ściągnęła ten bałwankowy ciuszek.

Tylko mnie zaskoczyła, bo nałożyła drugi ciuch, podobno bardziej nieprzemakalny i mówiła, że w ostateczności pozwoli mi w nim raczkować. Tylko w stopy było zimno. Przyniosła mi takie ciapki skarpetkowe na nogi i zanieśli mnie do samochodu. Ogólnie niby ręce mam wolne, nie czuję się jak bałwan, ale jednak to nadal nie jest to, co bieganie bez ciuchów, ale widocznie luzu więcej matce zabrakło.

Coś tam mówiła do taty, że koniec zaklinania rzeczywistości i musi mi w końcu wyciągnąć buty z szafy. No i mam 😀 tylko nie wiem po co, jak mi się w nich niewygodnie stoi? Zero luzu w tej matce, zero!

Trzecia (10 miesięcy i 7 dni)