O nowym mieszkańcu

Dziś chyba ostatnie refleksje związane z psychologicznym szkoleniem unijnym dla rodziców. Tym razem o tym jak zrozumieć dziwne zachowanie dziecka, gdy pojawia się rodzeństwo.

Pani prosiła abyśmy sobie wyobrazili, że jako młode szczęśliwe małżeństwo miło spędzamy czas i nagle druga połówka mówi o tym, że przydałaby się druga żona/mąż. Ogólnie pomysł dobry, tylko my jako dorośli ludzie możemy najzwyczajniej w świecie się wyprowadzić – dziecko już nie.

No i ten nowy mąż się pojawia i zaczyna używać naszych rzeczy i jeszcze nic nie może robić bo jest niedoświadczony. Bałagan za to robi i zabiera uwagę naszej miłości. Oprócz tego przychodzi rodzina i mówi że taki cudowny ten drugi mąż i powinniśmy być szczęśliwi, że jest :).

Pomijając już to, że jako dorosły samodzielny człowiek mogę się zbuntować, to daje to troszkę do myślenia. Taki młody człowiek czuje ogromne zmiany.

Pierwszy był pierwszym dzieckiem w obydwu rodzinach. Zaakceptował konkurencję, ale do czasu gdy Drugi zaczął pełzać do jego zabawek. Dużo wody przepłynęło zanim się udało opanować sytuację. Teraz umieją się razem bawić, chociaż lubią inne zabawy.

Aktualnie mają duży problem z niszczącą im wszystko Trzecią, która bardzo chce uczestniczyć w ich zabawach. Pierwszy teraz potrafi być zarówno opiekuńczy, jak i wykrzyczeć nam że on mógłby żyć bez siostry. Drugi dla odmiany zrobił się bardzo „przytulaśny”, a Trzecia jak widzi że go przytulam wpada w czarną rozpacz.

Sama mam rodzeństwo, widzę relację męża z jego rodzeństwem i wiem, że bez względu na te uczucia które wywoływaliśmy w sobie w dzieciństwie, jesteśmy dla siebie ważni. Już widzę patrząc na moje dzieci, że fajnie że mają siebie nawzajem. Tak miałobyć, że będą mieli siebie na dobre gdy dzielą się czekoladą i na złe gdy działają sobie na nerwy.

Emocje

Dziś dalszą część opowiesci o szkoleniu dla rodziców. Ćwiczenie z emocjami przyprawiło mnie o białą gorączkę. Początkowo myślałam, że celowo dano taki podział emocji żeby ludziom było łatwiej je przyporządkować. Tylko wygląda na to, że prowadzącą również uważała, że są emocje złe i dobre. Bo jakoś nie czułam żeby miało to być podsumowane inaczej.

Dostaliśmy kartki z emocjami (m.in. nuda, złość, smutek czy zazdrość) i trzeba było dopasować je do dwóch grup „uczucia dobre” i „uczucia złe”. No i oczywiście były dyskusje w grupach, że to zależy od sytuacji czy to dobrze czy źle. No i tak miałobyć zrobione zadanie. I mocna była dyskusja m.in. o zazdrości że to niedobrze być zazdrosnym.

Nie wytrzymałam 🙂 i powiedziałam, że mylone są od początku pojęcia emocji oraz reakcji na emocję. Prawdą jest, że z emocjami możemy zrobić różne rzeczy. Różnie można sobie poradzić

Same uczucia ani nie są dobre ani złe. One są i tyle. Mają swoją konkretną rolę – informują o naszych potrzebach zaspokojonych lub nie. Jeśli już jakiś podział to raczej na przyjemne i nieprzyjemne.

Podałam przykład zazdrości którą bardzo wcześniej przeżywano. Zazdroszczę mamom, które mają podrośnięte wszystkie dzieci i spokojniej mogą odpocząć. To jest jedynie informacja o tym, że JA potrzebuję odpocząć. To nie znaczy, że będę porywać dzieci. Nie znaczy to też, że swoje zamknę w komórce. To jedynie informacja o mnie i o mojej niezaspokojonej potrzebie.

I tego powinniśmy dzieci uczyć, że uczucia to informacja. I trzeba uczyć się odpowiadać na te informację z szacunkiem dla siebie ale i dla innych. Jeśli jesteśmy źli to trzeba znaleźć przyczynę tego stanu. Niekoniecznie należy kierownikowi dać „prosto w dziób” 😉 ewentualnie zniszczyć przystanek. Są inne metody.

Nie ma złych ani dobrych uczuć. Uczucia to drogowskazy informujące o potrzebach (czasem zaspokojonych). One nie są oceniane moralnie. Oceniane jest to jak reagujemy np. Sąsiad ma nowy dom. Reakcja dobra – szukam rozwiązania żeby zarobić pieniądze i również zapewnić sobie piękny nowy dom. Reakcje złe: spalenie sąsiadowi domu, obrażanie się na sąsiada, życzenie mu źle.

Mam nadzieję, że rozumiecie. Uczmy dzieci, że w wypadku uczuć to one są ważne. I to co z tymi uczuciami zrobią.

Podziel się

Kawka i ciasto od Unii Europejskiej

Gwoli wstępu daję znać co robiłam jak zostawiłam moje dzieci z tatusiem na 8h w sobotę. Historia tego szkolenia unijnego dla rodziców jest lekko zakręcona. Dość stwierdzić, że termin zgłoszeń upływał pomiędzy pogrzebem a złamaniem przez Pierwszego obojczyka. Naprawdę czułam się dziwnie tłumacząc z jakiego powodu oddaje zgłoszenie później, bo to brzmiało aż nieprawdopodobnie.

Szkolenie dotyczyło wychowania i rozwoju dziecka. Wbrew pozorom dużo wiedziałam, ale czasem warto niektóre rzeczy usłyszeć jeszcze raz. Oprócz tego były ćwiczenia – naprawdę fajnie pomyśleć o rzeczach które udały się nam w wychowaniu.

Dziś będzie o pierwszej rzeczy, którą niby wiedziałam, ale zawsze mimo chęci poprawy robiłam zdecydowanie nie tak. Dużo przeczytałam o tym, że dzieci wcale nie muszą się dzielić. Czytałam gdzieś porównanie dzielenia się zabawkami do dorosłego w kawiarni. Pijemy kawę, ktoś pyta czy może wypić z nami i jeszcze do tego chce zabrać nam czytaną książkę. I wszystko byłoby ok gdybym jednak nie namawiała dzieci do dzielenia się wszystkim jak przychodzą goście, a jak są w gościach mają rozumieć, że ktoś się nie dzieli (wszak to jego).

Wyobraźmy sobie sytuację w której przychodzi ktoś znajomy z dzieckiem. Dzieci się bawią i nasze nie chce dać zabawki, bo nie. Ja w takich wypadkach próbuje przemówić do serca młodego człowieka, że tamtemu smutno. Gdy my jesteśmy w gościach i drugie dziecko nie chce się dzielić – mojemu mówię, że tak bywa i nie trzeba się dzielić. Czyli początkowo tłumacze, że „gość w dom Bóg w dom” a w drugim przypadku jest informacja ” ale jak ty jesteś gościem to niekoniecznie ta zasada jest stosowana”.

Rzeczywiście przyjrzałam się swojemu podejściu. Wymagałam żeby byli życzliwi, a z drugiej strony nie walczyłam o nich gdy ktoś chciał ich skarby. Obce dzieci wiadomo 😉 ale z tymi gośćmi jest troszkę inaczej. No moim dzieciom pewnych rzeczy nie można ani w domu ani w gościach. Na harce gości przymykamy oko. Tym samym stosujemy troszkę inne standardy. Tylko dlaczego ze szkodą dla naszych?

Wynika to troszkę z wychowywania dzieci tak aby inni byli z nich zadowoleni. Czasem nawet obce osoby. Bo myśl „co ludzie powiedzą/pomyślą” kołacze mi w głowie za często.

Z jednej strony trzeba jakoś żyć w społeczeństwie i szacunować drugiego człowieka. Z drugiej tak naprawdę w głębi serca chciałabym aby moje dzieci były przede wszystkim szczęśliwe.

Ciąg dalszy przemyśleń nastąpi 😉